<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636</id><updated>2012-02-16T06:04:52.027-08:00</updated><title type='text'>Samotność za oknem napawa mnie lękiem....</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>27</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-2937791955700356873</id><published>2011-12-16T12:07:00.000-08:00</published><updated>2011-12-16T12:07:21.261-08:00</updated><title type='text'>Rozdział 27</title><content type='html'>Święta świętami... śniegu brak.. z nastroju dupa i nawet cynamonowe świeczki nie pomagają... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;eh...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Mozart'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obudziłem się z twarzą Eryka pod powiekami. Bezczelnie nawiedzał mnie w snach.&lt;br /&gt;Pozbawiony szacunku jak zawsze.&lt;br /&gt;Była sobota, więc wstałem bez pośpiechu, ubrałem się, przemyłem twarz wodą i poszedłem biegać.&lt;br /&gt;Październik rozpoczął się deszczem, na co ja nie narzekałem.&lt;br /&gt;Biegnąc nie czułem chłodu, a po tylu latach ćwiczeń, żadna pogoda nie była w stanie mnie przestraszyć.&lt;br /&gt;Biegłem trasą wyznaczoną przed laty, którą znałem już na pamięć, i której z czystego przyzwyczajenia i lenistwa nie zmieniałem. &lt;br /&gt;Wkraczając na jego ulicę przyspieszyłem spuszczając głowę, ale jak zwykle nie mogłem powstrzymać się od kretyńskiego zerknięcia. &lt;br /&gt;Boże… nienawidziłem tego miejsca.&lt;br /&gt;Skręciłem obok naszego gimnazjum i pobiegłem w stronę domu. Wybiegając z ulicy wpadłem na coś miękkiego, potknąłem się i upadłem, ciągnąc to ‘coś’ za sobą. &lt;br /&gt;-Wiktor?- usłyszałem pod sobą. Leżałem na Julii. &lt;br /&gt;Drobne krople deszczu spływające mi z włosów opadały na szkła jej okularów i zsuwały się po jej nosie na ładne, półotwarte usta. &lt;br /&gt;-Jesteś ciężki.- powiedziała odpychając mnie. Wstałem nie pomagając jej się podnieść. &lt;br /&gt;-Jak łazisz?- fuknąłem. –Nie widziałaś, że biegnę?- otrzepałem spodnie. Prychnęła poprawiając okulary środkowym palcem. &lt;br /&gt;Dziwnie czułem, że zrobiła to specjalnie.&lt;br /&gt;-To ty powinieneś uważać.- włożyła ręce do kieszeni. &lt;br /&gt;-Co ty tu w ogóle robisz?- zapytałem, próbując pozbyć się spod powiek koloru jej oczu. &lt;br /&gt;-Mieszkam? Poza tym wyszłam na spacer. Lubię deszcz.- odparła łagodniejąc.&lt;br /&gt;-Wisisz mi kawę.- rzuciłem krzyżując ręce na piersi. –Ubrudziłem swój najdroższy komplet do biegów.- dodałem. Zmierzyła mnie zażenowana, dostrzegając tylko jedną, małą plamkę nad kolanem.&lt;br /&gt;W końcu upadłem na nią. &lt;br /&gt;Widocznie czekała, aż wybuchnę śmiechem i ją przeproszę, ale widząc, że nic z tego nie będzie, westchnęła ciężko i ominęła mnie, zahaczając łokciem o mój bok. &lt;br /&gt;-No to chodź. Pójdziemy do mnie.&lt;br /&gt; Pierwsze co ujrzałem przekraczając próg jej pokoju było okno. Duże, opatulone z dwóch stron ciężkimi, błękitnymi zasłonami, ukazujące rozległą panoramę jego ulicy.&lt;br /&gt;Uśmiechnąłem się pod nosem, nie mogąc oprzeć się myśli, że mnie prześladuje. &lt;br /&gt;Rozejrzałem się dokładnie.&lt;br /&gt;W rogu pod oknem, na krótkim podeście stało pianino. Ładne… dąb zapewne. Obok na stoliku, w futerale leżały skrzypce. &lt;br /&gt;Stradivarius. &lt;br /&gt;Spojrzałem na Julkę i jej druciaki na nosie.&lt;br /&gt;Pieprzony hipster.&lt;br /&gt;Pod ściana przy drzwiach stał niebieski fotel, przy którym na stojaku dumnie prężyła się wiolonczela.&lt;br /&gt;Po drugiej stronie stało tylko łóżko z szafką nocną i laptopem, a w rogu opierała gitara akustyczna.&lt;br /&gt;Kilka półek płyt klasyków, szary dywan na środku i nic więcej. &lt;br /&gt;Ściany okalała ręcznie malowana pięciolinia z wypisanym utworem w nutach.&lt;br /&gt;Pierwszych kilka dźwięków wskazywało na marsz żałobny.&lt;br /&gt;-Rozgość się. Zaparzę kawę.- powiedziała i wyszła, a ja rzuciłem się na łóżko.&lt;br /&gt;Wziąłem w ręce gitarę, bo przyznaję, na akustycznej nie grałem.  &lt;br /&gt;W brzmieniu od razu się zakochałem.&lt;br /&gt;Gdyby nie zegarek dla Eryka już bym taką miał. &lt;br /&gt;Gdy skończyłem ją dostrajać, coś wielkiego przykuło moja uwagę. &lt;br /&gt;Na dywanie leżał pies…&lt;br /&gt;Chyba pies…&lt;br /&gt;Nigdy takiego nie widziałem.&lt;br /&gt;Był duży, pokraczny, z nadmiarem skóry i uszami dłuższymi niż masywne łapy. Patrzył na mnie smutnymi, przekrwionymi oczami merdając ogonem.&lt;br /&gt;Prosił o pomoc?&lt;br /&gt;Julka wróciła po chwili, niosąc dwa parujące kubki. &lt;br /&gt;-Katujesz go?- zapytałem, gdy podała mi jeden. &lt;br /&gt;-Co?- zaśmiała się. –To basset. One tak wyglądają.- zawołała go do siebie. –To Mozart.- pogłaskała go.&lt;br /&gt;Zastygłem.&lt;br /&gt;-Nazwałaś ‘TO’ Mozart?!- nie wierzyłem.&lt;br /&gt;-To takie dostojne imię…- Mozart jakby podzielając zdanie właścicielki, ostentacyjnie i zapewne specjalnie, wytarł wiszącą mu z pyska ślinę o moje dresy. &lt;br /&gt;-Faktycznie… szczyt elegancji. &lt;br /&gt; Sączyliśmy kawę we względnej ciszy, dopasowując oddech do rytmu deszczu uderzającego w szybę. &lt;br /&gt;-Gzie twój przyjaciel?- zapytała nagle, przenikając mnie wzrokiem. &lt;br /&gt;-Wyprowadził się.- utopiłem gorycz w łyku kawy. –Mieszkał tutaj.- urwałem i wskazałem palcem jasny dom na ulicy za oknem, odznaczający się pustką na tle innych. –Nigdy cię tu nie widziałem.- mruknąłem. Julia oderwała oczy od szyby. &lt;br /&gt;-Po podstawówce dostałam stypendium w szkole muzycznej w Nowym Yorku.&lt;br /&gt;Zakrztusiłem się.&lt;br /&gt;-Poważnie?- zapytałem się, ocierając twarz rękawem.&lt;br /&gt;-Mhm. Uczyłam się tam gry na skrzypcach i wiolonczeli. Widzisz?- podeszła do pięknego Stradivariusa i wepchnęła mi go brutalnie w ręce. &lt;br /&gt;Mimo mojej obsesji czystości, bałem się ich dotknąć myśląc, że je pobrudzę. &lt;br /&gt;-Dostałam je za pierwsze miejsce w konkursie. Na gryfie masz grawer.- przejechała po błyszczącym lakierze palcem zatłuszczając drewno mętnymi odciskami. &lt;br /&gt;Wytarłem je dokładnie o koszulkę. &lt;br /&gt;Faktycznie, długi napis z gratulacjami błyszczał złotymi literami. &lt;br /&gt;Oddałem jej skrzypce z palącą zazdrością gdzieś w okolicach żołądka.&lt;br /&gt;-A wiolonczela?- zapytałem wskazując instrument głową. &lt;br /&gt;-Jest stara. Dostałam ja na urodziny od rodziców.- wzruszyła ramionami. &lt;br /&gt;-Zagraj.- odstawiłem kubek na szafkę nocną. &lt;br /&gt;-He?- odwróciła się zmieszana. &lt;br /&gt;-Wiolonczela. Zagraj mi na niej.- wciąż patrzyła na mnie z niedowierzaniem. –Julka, grałaś mi już na gitarze. Wyobraź sobie, że to gitara ze smyczkiem.- uśmiechnąłem się zażenowany własnym porównaniem.&lt;br /&gt;Przytaknęła niepewnie.&lt;br /&gt;Usiadła w fotelu i objęła czule duży instrument. Szarpnęła delikatnie strunami i przejechała smyczkiem sprawdzając dźwięk. &lt;br /&gt;Dawno nie grała. &lt;br /&gt;Rozstroiła się.&lt;br /&gt;Pokręciła z gracja złoconymi kluczami i znów sprawdziła brzmienie. &lt;br /&gt;Przyglądałem się jej uważnie, rozsiadając się wygodnie.&lt;br /&gt;W końcu wzięła głęboki oddech i uniosła smyczek w górę. &lt;br /&gt;Zastygła. &lt;br /&gt;Wyprostowała się i zerknęła na mnie. Jej policzki automatycznie pokryły się soczystą czerwienią. &lt;br /&gt;-Co?- mruknąłem chłodno, niecierpliwiąc się. &lt;br /&gt;-Nie patrz się tak na mnie. Zamknij oczy. Wstydzę się.- opuściła głowę. &lt;br /&gt;Kurwa, błagam…&lt;br /&gt;Mlasnąłem zniesmaczony. &lt;br /&gt;-Chcę zobaczyć jak grasz. Jeśli chciałbym posłuchać wiolonczeli, włączyłbym sobie koncert Matthiasa Monna i z całym szacunkiem, i ignorancją pierdolonąłbym się na łóżko i usnął.- syknąłem. –Gitara w moich rękach ma się dobrze, co wyrobiło mój słuch, ale z przyszłego zawodu jestem rysownikiem. Większą uwagę skupiam na ruchach i gestach. Więc w dupie mam twoją skromność i wstydliwość. Graj.- skończyłem strzelając palcami. &lt;br /&gt;Przełknęła głośno ślinę i z wciąż płonącą twarzą zaczęła grać trzęsącymi się dłońmi. &lt;br /&gt;Kilka pierwszych nut zahuczało przeraźliwie, pewnie przez to, że się zestresowała.&lt;br /&gt;Psycholog ze mnie, że ja pierdolę…&lt;br /&gt;Po chwili muzyka porwała ją do tańca i rozluźniła mięśnie, napinające się już tylko z każdym wyższym dźwiękiem. &lt;br /&gt;Kołysała się rytmicznie wyznaczając szlaki w metalowych strunach palcami oduczonymi bólu. &lt;br /&gt;Oddech dopasowany do pociągnięć smyczka. &lt;br /&gt;Pierwszy raz słyszałem wiolonczelę na żywo i choć bardzo się starałem utrzymać minę obojętnego faszysty, Julka grała genialnie. &lt;br /&gt;W samotności przymknął bym oczy i dał ponieść się tej niezwykłej melodii, ale przy Julii nie mogłem splugawić swojej reputacji. &lt;br /&gt;Gdy skończyła, opadła wykończona na oparcie fotela i ukryła twarz we wciąż roztrzęsionej dłoni. &lt;br /&gt;Teraz dodatkowo zmęczonej od wysiłku. &lt;br /&gt;Milczała, wyraźnie przyglądając mi się spomiędzy palców i czekając na moją recenzję. &lt;br /&gt;Wymusiłem długie ziewnięcie. &lt;br /&gt;Wyciągnąłem z kieszeni papierosa i odpaliłem go, na co Julka zareagowała natychmiast, prawie że wypuszczając instrument z rąk.&lt;br /&gt;-Pogięło cię? Moi rodzice są w drugim pokoju! Zgaś to!- krzyknęła przez zaciśnięte gardło. &lt;br /&gt;Spojrzałem na nią zażenowany i zaciągnąłem się potężnie. &lt;br /&gt;Podszedłem do okna i otworzyłem je, pozwalając jesiennemu deszczu połaskotać twarz. Wypuściłem dym na zewnątrz.&lt;br /&gt;-Po dobrym koncercie muszę zapalić.- dodałem z papierosem w zębach.&lt;br /&gt;O ile to w ogóle możliwe, jej policzki zaczerwieniły się jeszcze bardziej.&lt;br /&gt;Ciemność okien jego domu przyprawiła mnie o mdłości.&lt;br /&gt; Gdy wychodziłem, ubrała się i razem z Mozartem poszła mnie kawałek odprowadzić. &lt;br /&gt;Znów między nas wkradło się milczenie, które przerwałem po chwili kolejnym papierosem.&lt;br /&gt;Mlasnęła zniesmaczona. &lt;br /&gt;Spojrzałem na nią z ukosa dmuchając na nią dymem.&lt;br /&gt;Zakaszlała teatralnie.&lt;br /&gt;-Dlaczego zacząłeś palić? Problemy rodzinne? Śmierć bliskich? Nerwy w szkole?- zapytała, odciągając Mozarta od soczystego szczura w końcowym etapie rozkładu. &lt;br /&gt;-Nie.- odparłem.&lt;br /&gt;-Więc czemu?&lt;br /&gt;-Bo chciałem być fajny.- odwarknąłem na odczepkę. &lt;br /&gt;-A nie jesteś fajny bez tego?-  poklepała mnie po ramieniu tak, jak tylko on to zawsze robił i odeszła zostawiając na moim ręku rozpaczliwy ślad wspomnienia. &lt;br /&gt;-Idiotka…- prychnąłem, gdy zniknęła w deszczu, w którym nie mogła już mnie usłyszeć.&lt;br /&gt;Myśląc, że coś takiego może odwieść mnie od palenia, utwierdziła mnie w przekonaniu o swojej pustości. &lt;br /&gt;Dopiero przed domem spostrzegłam, że wciąż trzymam dłoń, w miejscu, które dotknęła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-2937791955700356873?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/2937791955700356873/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/12/rozdzia-27.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2937791955700356873'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2937791955700356873'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/12/rozdzia-27.html' title='Rozdział 27'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-3425740003583008970</id><published>2011-11-11T04:03:00.001-08:00</published><updated>2011-11-11T04:03:55.638-08:00</updated><title type='text'>Rozdział 26</title><content type='html'>Nędza... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 26&lt;br /&gt;‘Julia’&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;Rok szkolny zacząłem, jak to miałem w zwyczaju, siadając w ostatniej ławce.&lt;br /&gt;Moją nienaruszalnie spokojną egzystencję zagłuszono dopiero dwa tygodnie później, gdy do klasy doszła nowa osoba. &lt;br /&gt;Była mało atrakcyjną dziewczyną, szczelnie opatuloną w połacie ubrań. &lt;br /&gt;Julia? &lt;br /&gt;Chyba tak…&lt;br /&gt;Gdy rozpoczęła swoją wędrówkę między wolnymi miejscami, ja już zsunąłem plecak z krzesła. &lt;br /&gt;Dejavu?&lt;br /&gt;Usiadła obok. &lt;br /&gt;-Jestem Julka.- uśmiechnęła się wyciągając dłoń. &lt;br /&gt;-Słyszałem.- nie podałem swojej.  &lt;br /&gt;Spojrzałem w jej zawiedzione oczy przez szkła jej okularów i po raz pierwszy od dłuższego czasu straciłem panowanie nad żołądkiem. &lt;br /&gt;Przestraszyłem się…&lt;br /&gt;Bo ciepło takich oczu widziałem już raz.&lt;br /&gt; Opracowałem taktykę ignorowania, biorąc przykład z próby odepchnięcia od siebie Eryka. Może i w tedy nie poskutkowała, ale przecież on był idiotą. Ona wyglądała na odrobinę mądrzejszą.&lt;br /&gt;Pewnie przez te okulary…&lt;br /&gt;Myliłem się. &lt;br /&gt;Nie poddała się nawet wtedy, gdy syczałem jej ‘wypierdalaj’ prosto w twarz.&lt;br /&gt;Jeżeli mówiłem, że Eryk był upierdliwy to Julka  była jak ten wkurwiający rzep, co zawsze przyczepi się gdzieś do spodni czy bluzy. &lt;br /&gt;Jedynym miejscem, w którym chwytałem chwile wolności była męska toaleta.&lt;br /&gt;Chcąc nie chcąc, zacząłem spędzać w niej ponad połowę przerw. &lt;br /&gt;Później całe.&lt;br /&gt;A później do Julki dotarło w końcu, że natarczywa biegunka nie może męczyć przez miesiąc , bo prędzej bym padł i umarł, niż wracał do domu spokojnie, z papierosem w zębach.&lt;br /&gt;Do toalety mogłem wychodzić tylko w czasie lekcji.&lt;br /&gt;Właściwie, to szkoda. Zdążyłem już się przyzwyczaić do przerw w samotności, siedząc na oknie, dzwoniąc do Eryka i upajając się nikotyną.  &lt;br /&gt;I pomimo moich nienawistnych wywodów i całej tej niechęci jaką mu przekazałem, kazał mi z nią chociaż porozmawiać. &lt;br /&gt;I tak się zaczęło.&lt;br /&gt;Zawsze chciałem poznać osobę nic nie znaczącą, nie mającą żadnych zainteresowań, pasji. Zwykłego statystę, za którym nigdy bym nie tęsknił i nigdy nie przejmował. Ludzie bez artystycznego zamiłowania nie mieli dla mnie wartości. &lt;br /&gt;Ale, jako że byłem niezwykłym szczęściarzem, Julka żyła  muzyką. &lt;br /&gt;Grała na fortepianie, wiolonczeli i gitarze, oraz w czasie nudy nieskończonej komponowała własne utwory. Miała doskonały słuch. Uczyła się grać po dźwiękach siedząc pod oknem szkółki muzycznej blisko jej domu, a sposób w jaki grała na gitarze przyprawiał mnie wręcz o wzwód.&lt;br /&gt;Nie raz widziałem jak podczas lekcji wybija palcami jedną z sonat Mozarta i preludiów Chopina.&lt;br /&gt;Zazdrościłem jej tego… &lt;br /&gt;I dlatego jej nienawidziłem.&lt;br /&gt; Julka szybko przyzwyczaiła się do mojego sposobu bycia i nauczyła się nie zwracać uwagi na moje opryskliwe zachowanie. &lt;br /&gt;Niestety…&lt;br /&gt;W dodatku była duszą dobroci i miłości, co odrzucało mnie od niej strasznie. &lt;br /&gt;Nie byłem przyzwyczajony do takich osób. &lt;br /&gt;Nawet Eryk ze swoim anielskim wyrazem twarzy gardził życiem.&lt;br /&gt;Nie pasowała do mnie.&lt;br /&gt;A i ja jakoś tak nie mogłem przywyknąć do jej prawdziwie entuzjastycznego uśmiechu. &lt;br /&gt;Przez te wszystkie lata zbyt nauczyłem się ignorować udawaną radość, szczerość była dla mnie czymś nowym. &lt;br /&gt; Siedzieliśmy razem na wszystkich lekcjach, przez co musiałem słuchać jej trzeszczenia praktycznie przez cały czas. W dodatku od pierwszego dnia, przyglądała mi się dziwnie. Najzwyczajniej mnie badała, od góry do dołu z bezczelnym zainteresowaniem. &lt;br /&gt;O mój boże… czułem się onieśmielony.&lt;br /&gt;Gdyby się we mnie zakochała, popełniłbym samobójstwo…&lt;br /&gt;Po ostatnich wakacjach mam dość miłości. &lt;br /&gt;W końcu, pod koniec września, nie wytrzymałem. &lt;br /&gt;Podczas przerwy śniadaniowej, wlepiła we mnie swoje wielkie oczy, przez co nie mogłem spokojnie zjeść kanapki.&lt;br /&gt;Pysznej zapewne… przygotowanej przeze mnie starannie z samego rana.&lt;br /&gt;-O co ci chodzi?- syknąłem, nie mogąc dłużej znieść burczenia w brzuchu.&lt;br /&gt;-Pamiętam cię.- palnęła, mierząc we mnie palcem. &lt;br /&gt;Spojrzałem na nią zażenowany.&lt;br /&gt;-Ze swoich pornograficznych wizji?- prychnąłem, odtrącając jej dłoń sprzed twarzy. &lt;br /&gt;Odgryzła porządny kawałek bułki przewracając oczami.&lt;br /&gt;-Widziałam cię przed wakacjami. Szedłeś do parku z chłopakiem.- uśmiechnęła się z dumą.&lt;br /&gt;Zastygłem.&lt;br /&gt;Przypomniałem sobie nagle ten nasz spacer, w deszczu, ten pierwszy, w którym Eryk mnie nie zostawił.&lt;br /&gt;Mijaliśmy ładną, rudą dziewczynę, którą zmierzyliśmy bezczelnie od góry do dołu. &lt;br /&gt;Uśmiechnąłem się do niej.&lt;br /&gt;I trzymałem Eryka za rękę…&lt;br /&gt;Przełknąłem głośno ślinę.&lt;br /&gt;-Z przyjacielem.- fuknąłem. Uśmiechnęła się wyrozumiale.&lt;br /&gt;-No… ale płci męskiej. &lt;br /&gt;  Nastrajałem gitarę, gdy do mnie zadzwonił.&lt;br /&gt;-Jaka ona jest?- zapytał. &lt;br /&gt;Sam do siebie wzruszyłem ramionami.&lt;br /&gt;-Głupia.- ziewnąłem. &lt;br /&gt;-A jak wygląda? Masz jej zdjęcie?- zaciągnął się papierosem.&lt;br /&gt;-Nie mam. Nie specjalnie. Piegi, okulary, odstające uszy. Długie rude włosy. Zwykła taka.- nie potrafiłem powiedzieć mu, że to ją mijaliśmy w wakacje. Jakoś dziwnie wiedziałem, że przyklejenie mi łatki homoseksualisty napełni go niewyobrażalną dumą.&lt;br /&gt;-Piegi są fajne.- odparł. –Mnie to nikt nie lubi w tej szkole. Moje nazwisko jest zbyt znane. No i idę w ślad za rodzicami. Ignorują mnie.- zaśmiał się. &lt;br /&gt;Pieprzony kłamca i udawacz. &lt;br /&gt;Nic nie odpowiedziałem.&lt;br /&gt;-Hej. Ściągnij ten program do gadania przez neta. Chcę cię widzieć, gdy z tobą rozmawiam. Brakuje mi tych twoich zażenowanych min.- dodał. &lt;br /&gt;-A mi się nie chce na ciebie patrzyć.- syknąłem. &lt;br /&gt;Rozłączając się znów poczułem, że w jakiś sposób zrobiłem mu krzywdę. &lt;br /&gt; Jako osoba emanująca zajebistością i egoizmem miałem całkiem niezłe wzięcie. Mając tak wysportowane ciało i taką twarz, to właściwie nic dziwnego. W dodatku, moja ignorancja na tym etapie nauki była raczej plusem, więc zyskałem respekt kolegów z klasy. &lt;br /&gt;Im bardziej miałem ich w dupie, tym bardziej mnie szanowali. &lt;br /&gt;Jezu…&lt;br /&gt;Ludzie to są barany.&lt;br /&gt;Jednak brzydziłem się tych wszystkich kretyńskich, nic nieznaczących miłostek.&lt;br /&gt;Chwilowych i ulotnych.&lt;br /&gt;Bezsensownie nudnych. &lt;br /&gt;Wolałem kochać się platonicznie w Izabeli, niż w tych wszystkich bezmózgich plastikach. &lt;br /&gt;Kretynki.&lt;br /&gt;No i miałem Julkę. Nie byłem przyzwyczajony do natłoku znajomych. Nie byli mi potrzebni. A i ona była wystarczająco upierdliwa.&lt;br /&gt;Spędzała ze mną każdą wolną chwilę i była drugą osobą spoza rodziny, która przebywała u mnie w domu. &lt;br /&gt;Ale tylko, gdy nie było moich rodziców. &lt;br /&gt;Matka jest za bardzo podejrzliwa, odkąd wchodzisz w wiek dojrzewania. &lt;br /&gt;Mimo iż wciąż tkwi w przekonaniu o mojej czystości i tak wpycha nos w sprawy, o których tak naprawdę nie chce wiedzieć.&lt;br /&gt;Ale pomimo tego wszystkiego związanego z Julią, tych wszystkich jej wad i zalet, jej denerwujących nawyków i przesłodzonych odpowiedzi…&lt;br /&gt;Była jedyną osobą, która tak bardzo mi go przypominała.&lt;br /&gt;I choć broniłem się przed tą myślą, kolegowałem się z nią tylko z tego powodu.&lt;br /&gt;Życie bez Eryka, nagle przestało wydawać mi się takie ciężkie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-3425740003583008970?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/3425740003583008970/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/11/rozdzia-26.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3425740003583008970'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3425740003583008970'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/11/rozdzia-26.html' title='Rozdział 26'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-1833761638786218020</id><published>2011-09-21T10:56:00.001-07:00</published><updated>2011-09-21T10:56:46.496-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 25</title><content type='html'>no... grafomaństwo aż trzeszczy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Cyrk'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Cały czas zastanawiałem się co będę robił, gdy Eryk w końcu wyjedzie. Myślałem, że pewnie nic się nie zmieni, że dalej będę robił te same rzeczy, które robiłem gdy się nie widywaliśmy. &lt;br /&gt;Ale ja… nie robiłem nic.&lt;br /&gt;Nie mogłem się zmusić do biegania, nie grałem na gitarze, nie wychodziłem z domu i nawet papierosy smakowały inaczej. &lt;br /&gt;Mój szkicownik pokrył się kilkudniowym kurzem, a ołówki wytępiły się pogryzione przez Pędzla. &lt;br /&gt;Moim jedynym, sensownym i właściwym zajęciem było wpatrywanie się tępo w przeciwległą  ścianę i strzelanie już obolałymi palcami.&lt;br /&gt;Tak naprawdę byłem przerażony. &lt;br /&gt;Nocami, mama odwiedzała mnie w pokoju i sprawdzała temperaturę. &lt;br /&gt;Za każdym razem chciałem jej coś powiedzieć. Podzielić się z nią tym wszystkim co gdzieś głęboko we mnie ukryte, nie daje mi żyć.&lt;br /&gt;Ale tylko udawałem, że śpię. &lt;br /&gt;Na dworze było ponad dwadzieścia stopni. Otworzyła mi okno i wyszła czule całując mnie w głowę.&lt;br /&gt;Znów stchórzyłem. &lt;br /&gt;Obudziłem się rano z Izabelą na piersi. &lt;br /&gt;Spojrzałem na jej ciemne oczy, znów tak kojące pocieszeniem i uśmiechnąłem się pod nosem.&lt;br /&gt;Kim byś teraz była, Izabelo?&lt;br /&gt;Potrząsnąłem nerwowo głową, odrzucając od siebie wizje o niej i o tym, że rozmawiam tylko z jej podobizną…&lt;br /&gt;Idiotycznym kawałkiem nic nieznaczącego papieru.&lt;br /&gt;Byłem nad wyraz zdesperowany.&lt;br /&gt;Prychnąłem ohydnie.&lt;br /&gt;Jestem płomieniem nienawiści…&lt;br /&gt;Czemu leżę na łóżku i użalam się nad sobą? &lt;br /&gt;Pędzel wskoczył na pościel i zaczął układać mi się we włosach.&lt;br /&gt;Gdy skończył wstałem i poszedłem biegać.&lt;br /&gt;Idiotyczny kawałek papieru właśnie przemówił mi do rozsądku.&lt;br /&gt;Po jakimś czasie, rozstanie z nim przywróciło mnie do stanu normalności, choć gdzieś w środku czułem, że po raz kolejny straciłem swój sens istnienia. &lt;br /&gt;Utrzymywaliśmy kontakt ze wszystkich sił.&lt;br /&gt;Dzwoniliśmy do siebie, pisaliśmy na komunikatorze i wysyłaliśmy maile.&lt;br /&gt;Ani on, ani ja nie wspominaliśmy o tej wiadomości, którą od niego dostałem w nasz ostatni wieczór.&lt;br /&gt;Nawet nie napomknąłem o tym, co zrobiłem dnia następnego.&lt;br /&gt;Kretyn.&lt;br /&gt;Mówił, że w mieście jest ładnie, ale że jest za duże i jeszcze się w nim gubi, że już uczy się drogi do szkoły, i że w rodzinie nic się nie zmieniło… &lt;br /&gt;Wciąż przebywał w domu sam. &lt;br /&gt;Nigdy go nie pocieszałem.&lt;br /&gt;Byłem na to zbyt dumny.&lt;br /&gt;I byłem idiotą. &lt;br /&gt;Mimo iż pomału godziłem się z naszym rozstaniem, nie potrafiłem się przełamać by postawić stopę w liceum wcześniej, niż to było konieczne. Nie chciałem sobie wyobrażać tych miejsc, w których siedzielibyśmy razem z Erykiem.&lt;br /&gt;Poprosiłem mamę, żeby zaniosła mi dokumenty. Wybrałem profil ogólny. Profil dla leni i osób bez jakichkolwiek ambicji. &lt;br /&gt;Ja miałem ambicje.&lt;br /&gt;Ale nie poszedłem do plastyka.&lt;br /&gt;Uczenie się matematyki i fizyki w szkole o takim kierunku było dla mnie czymś niepojętym. &lt;br /&gt; Ostatnie dwa tygodnie wakacji , choć wcale się tego nie spodziewałem, minęły szybko i mało atrakcyjnie. &lt;br /&gt;Kilka samotnych wyjazdów nad jezioro, jeden z rodzicami nad morze, przebiegnięte kilometry i wbijanie kolejnych leveli w grach, które teraz jakoś przestały sprawiać mi już przyjemność. &lt;br /&gt;Nie miałem już z kim rywalizować. &lt;br /&gt;I gdy byłem właśnie u kresu śmierci z nudy i bezczynności… przyjechał cyrk. &lt;br /&gt;Mimo, że starałem się bardzo zepchnąć gdzieś w kąt te wszystkie obietnice, że mieliśmy iść tam razem, coś we mnie drgnęło niemiło. &lt;br /&gt;Postanowiłem pójść tam sam. &lt;br /&gt;Zawsze fascynowała mnie ta specyficzna magia cyrku. &lt;br /&gt;Ta tajemniczość w jaki sposób pojawiają się i znikają niewiadomo kiedy. &lt;br /&gt;Tym razem, to zobaczę.&lt;br /&gt; Rozstawiali się na małym, trawiastym placu, blisko mojego bloku, więc wstałem wcześnie rano i poszedłem biegać. &lt;br /&gt;Zrobiłem kilka rund wokół mojego osiedla i pobiegłem trochę poszpiegować.&lt;br /&gt;Dopiero rozkładali namiot.&lt;br /&gt;Gdzieś między drzewami chodziły wielbłądy, a w okratowanej ciężarówce leżały cztery lwy. &lt;br /&gt;Podbiegłem do nich cicho, żeby nikt mnie nie zauważył i zacząłem przyglądać im się uważnie. &lt;br /&gt;Patrzyły na mnie obojętnie, smutnym wzrokiem, który nie zaznał nigdy wolności.&lt;br /&gt;Całe życie poganiany batem i oglądający świat przez pryzmat metalu.&lt;br /&gt;Za dzieciaka, patrząc na to, byłem zachwycony.&lt;br /&gt;Wyjrzałem z za samochodu.&lt;br /&gt;Pięciu mężczyzn rozstawiało stelaże między wielkimi ciężarówkami. &lt;br /&gt;Jak oni naciągną ten materiał?&lt;br /&gt;Miałem już odejść, żegnając się z lwami porozumiewawczym, zmęczonym spojrzeniem, kiedy ktoś pociągnął mnie za koszulkę. &lt;br /&gt;Stała kolo mnie mała, bardzo ładna dziewczynka, gdzieś może w wieku lat pięciu, z wielkimi, zielonymi oczami, które błyszczały w pomału wschodzącym słońcu. &lt;br /&gt;-Ja je kocham.- powiedziała, pokazując mi w uśmiechu brak pierwszego mleczaka. &lt;br /&gt;-Mój tata też je kocha. Wcale nie są takie smutne.- wciąż przyglądała mi się uważnie, lekko ciągnąć za skraj mojej bluzki. &lt;br /&gt;-Ty wyglądasz na smutniejszego od nich.- dodała. Odchrząknąłem zakłopotany. &lt;br /&gt;-Ania! Chodź tu szybko.-  w drzwiach jednej z przyczep stanęła blond włosa kobieta, tak niewiarygodnie piękna, że przez chwile straciłem poczucie rzeczywistości. &lt;br /&gt;Włosy sięgały jej pasa, okalały mlecznobiałą twarz i podkreślały duże, zielone oczy, bystre i błyszczące. &lt;br /&gt;Takie same jak oczy dziewczynki. &lt;br /&gt;-Chodź tu. Nie zaczepiaj pana.- mówiła z lekkim ukraińskim akcentem, odrzucając wodospad złota z ramion. &lt;br /&gt;Dziewczynka uśmiechnęła się i podbiegła do matki. Stanęła na schodku i pomachała jeszcze nim weszła do środka. &lt;br /&gt;Nie odmachałem. &lt;br /&gt;Odwróciłem się i pobiegłem dalej, ciesząc się właściwie. &lt;br /&gt;Skoro tak małe dzieci widzą moje nieszczęście, to znak, że powracam do normalności. &lt;br /&gt; Wróciłem do domu, wykąpałem się, zjadłem i rzuciłem na łóżko zmęczony. Gdy zacząłem przysypiać zadzwonił telefon.&lt;br /&gt;-Tęskniłem.- to było pierwsze co usłyszałem w słuchawce. &lt;br /&gt;-Kurwa, Eryk… jest dziewiąta. Nie śpisz już?- burknąłem i wzdrygnąłem się na uczucie przyjemnego ciepła w środku, gdy usłyszałem jego głos. &lt;br /&gt;-Źle tu sypiam, a ty i tak już pewnie wstałeś. Po szóstej chodzisz biegać.- odparł ziewając. &lt;br /&gt;Kiedy zdążył poznać mnie tak dobrze?&lt;br /&gt;-Idę dziś do cyrku.- nie wiem czemu to powiedziałem, ale czułem, że byłoby to nie w porządku, gdyby o tym nie wiedział.&lt;br /&gt;W końcu to był nasz cel, żeby tam pójść. &lt;br /&gt;-O-oh… to fajnie! Szkoda, że nie mogę iść tam z tobą.-  nie wyczułem w jego głosie specjalnego zawodu. &lt;br /&gt;-Szkoda.- ja natomiast nim ociekałem. –Chciałeś coś szczególnego?- zapytałem poirytowany.&lt;br /&gt;-Usłyszeć cię…- Jezu. –Hej, Wikuś…- tylko on tak zdrabniał moje imię. –Zagraj mi coś na gitarze. Brakuje mi tego tutaj.&lt;br /&gt;-Nie.- burknąłem patrząc na zakurzoną, zaniedbaną gitarę, której nie ruszałem od jego wyjazdu. &lt;br /&gt;-Nastrój i zagraj, proszę…&lt;br /&gt;Skąd on to wszystko wie, kurwa?!&lt;br /&gt;Mruknąłem przekleństwo pod nosem i wstałem po nią.&lt;br /&gt;Szarpnąłem strunami klika razy sprawdzając dźwięk i przejechałem po nich wywołując ten specyficzny odgłos ślizgających się palców.&lt;br /&gt;Podłączyłem słuchawki do telefonu i włożyłem je do uszu.&lt;br /&gt;Zawsze lubiłem to uczucie, gdy podczas grania uświadamiałem sobie, że zapomniałem danego chwytu, ale za to moje dłonie pamiętały go doskonale.&lt;br /&gt;Gdy nie byłem pewny co grać, po prostu zamykałem oczy i pozwalałem moim palcom ułożyć się samodzielnie. &lt;br /&gt;Nie grałem od ponad dwóch tygodni.&lt;br /&gt;Wyszło bezbłędnie.&lt;br /&gt;Gdy skończyłem, wciąż siedzieliśmy w ciszy nie chcąc przerwać tego echa muzyki,  rozbrzmiewającej jeszcze gdzieś w zaułkach naszych uszu.&lt;br /&gt;Wyobraziłem sobie Eryka, opartego o ścianę na łóżku, z zamkniętymi oczami i stopą wymierzającą rytm piosenki. &lt;br /&gt;Tak jak zawsze.&lt;br /&gt;Odłożyłem instrument, bo nagle wydał mi się niewiarygodnie ciężki. &lt;br /&gt;Westchnął głośno.&lt;br /&gt;-Zagraj mi coś jeszcze.- zaśmiał się. &lt;br /&gt;-Wypierdalaj! Idę spać.- warknąłem, zagłuszony jego kretyńskim chichotem.&lt;br /&gt;-Zadzwoń, gdy wrócisz z cyrku. Chcę wiedzieć jak było.- rzucił i rozłączył się nim zdążyłem odpowiedzieć stanowcze NIE.&lt;br /&gt; Do cyrku wyszedłem wcześniej, uzbrojony po zęby w banknoty na watę cukrową i inne atrakcje. Kupiłem bilet o wiele droższy niż się spodziewałem i przeszedłem przez podest chcąc rzucić się w wir zabaw.&lt;br /&gt;Zastałem pustkę i trzy kuce przypięte do spróchniałej ławki. &lt;br /&gt;No chyba nie…&lt;br /&gt;Ruszyłem wydeptaną ścieżką ku rozchylonym kurtynom namiotu i zniknąłem w ciemności. &lt;br /&gt;Przez kilka sekund  nie widziałem nic, oślepiony jeszcze jaskrawym blaskiem słońca. &lt;br /&gt;Zamrugałem kilka razy by przyzwyczaić się do tego półmroku. &lt;br /&gt;Chyba jednak wolałem ten mrok.&lt;br /&gt;W środku było obskurnie i brudno, a cała atmosfera magii, którą chowałem w sobie od dzieciństwa, umarła pod alkoholową mgiełką od kilku krzywo pomalowanych klownów. &lt;br /&gt;Wzdrygnąłem się przechodząc obok nich i usiadłem na zbutwiałych, popisanych ławkach. &lt;br /&gt;Ja pierdole.&lt;br /&gt;Byłem jednym z pierwszych. &lt;br /&gt;Dopiero dziesięć minut przed spektaklem ludzie zaczęli zbierać się wokół małej i bardzo smutnej arenki.&lt;br /&gt;Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu stoiska z popcornem i watą cukrową. &lt;br /&gt;Dwie pulchne panie stały przy maszynach do przekąsek, których jednak jakoś nie kupiłem. &lt;br /&gt;Z daleka mogłem spokojnie ocenić zwietrzałość kukurydzy.&lt;br /&gt;Nagle nawiedziła mnie wizja cyrkowców pożerających małe, otrute wcześniej dzieci.&lt;br /&gt;Zanotowałem do narysowania.&lt;br /&gt;Powinienem się leczyć.&lt;br /&gt;Byłem tu jedyną osobą w moim wieku.&lt;br /&gt;Nieszczęśliwi, spoceni ojcowie odciągali swoje pociechy od niebotycznie drogich i brzydkich balonów, i odmawiali kupienia popcornu, tak samo jak i ja przerażeni sepsą. &lt;br /&gt; Zaczęło się z piętnastominutowym opóźnieniem od czarnowłosej, niespecjalnie ładnej pani, kłusującej na szarym koniu. &lt;br /&gt;Gdyby nie jej jaskraworóżowy kostium, chyba bym zasnął.&lt;br /&gt;Występ nie wzbudził szczególnych owacji, ale dziewczyna ukłoniła się nisko i wbiegła za kurtynę.&lt;br /&gt;Następną atrakcją były popisy ewidentnie nietrzeźwych klownów, przewracających się i bełkoczących niewyraźnie, co mimo śmiechu dzieci, dla nas - dorosłych, było po prostu obrzydliwe. &lt;br /&gt;Chciałem wyjść, gdy zaczęli staczać się ze sceny, kiedy pojawiły się one. &lt;br /&gt;Dwie, równie piękne i błyszczące w słabym świetle przykurzonego reflektora. &lt;br /&gt;W takich samych, fioletowych, brokatowych trykotach i złotymi włosami upiętymi w idealne koki. &lt;br /&gt;W głośnikach rozbrzmiał Bach, charcząc i skrzecząc, ale one zaczęły tańczyć, wymachując kolorowymi wstążkami. &lt;br /&gt;Wyginały się, skakały i wirowały w takt muzyki, opadając na parkiet z głuchym, dostojnym łoskotem. &lt;br /&gt;Mała Anna dorównywała matce we wszystkim. Była równie zwinna i giętka, a przecież miała tak mało lat. &lt;br /&gt;Obserwując je, nawet nie wiem kiedy z powrotem opadłem na ławkę i oddałem się reszcie pokazów, bez słowa sprzeciwu i dziwnych myśli.&lt;br /&gt;Nawet tresowane lwy nie wzbudziły we mnie nienawiści. &lt;br /&gt;Na koniec wszyscy pojawili się  na arenie i ukłonili nisko, żegnani oklaskami o średniej częstotliwości. &lt;br /&gt;Ania zwróciła się ku mnie i pomachała wesoło, wyraźnie szczęśliwa, że przyszedłem.&lt;br /&gt;Potem podeszła do jednego z lwów i pogłaskała go czule po pysku, jakby chciała mi udowodnić, że naprawdę są tu szczęśliwe. &lt;br /&gt;Piękna, dziecięca naiwność. &lt;br /&gt;Znów nie odmachałem, ale nie przejęła się tym chyba zbytnio, bo tylko podbiegła z powrotem do matki. &lt;br /&gt;Też kiedyś będę miał dzieci?&lt;br /&gt;Jezu…&lt;br /&gt;Wyszedłem wtapiając się w tłum.&lt;br /&gt;Po raz kolejny oślepłem na chwilę porażony ostatnimi promieniami słońca. &lt;br /&gt;Przyjemny chłód świeżego powietrza owiał mi twarz. Rozciągnąłem sztywne kości i wyciągnąłem telefon. &lt;br /&gt;Miałem tego nie robić ale tragizm tego cyrku mnie do tego zmusił. &lt;br /&gt;Odebrał ziewając.&lt;br /&gt;-Czterdzieści złoty wyjebałem w błoto…- mruknąłem odpalając papierosa. –Kurwa, maiłbym za to dwa niezłe flamastry.- prychnąłem. Zaśmiał się cicho. &lt;br /&gt;-Aż tak źle?- zapytał.&lt;br /&gt;-Szkoda gadać.&lt;br /&gt;-Tutaj są fajne cyrki. Jak przyjedziesz to pójdziemy.- odparł smutno.&lt;br /&gt;Po tylu latach razem, odwiedzanie się co jakiś czas było dla nas tak oczywiste, że już planowaliśmy nasze wspólne wycieczki.&lt;br /&gt;Jednak ja, będąc z naszej dwójki bardziej realistą niż optymistą, czułem, że tak czy inaczej, pomimo chęci i starań… coś między nami umrze. A my zastąpimy to po jakimś czasie, kimś nowym i bliższym niż przyjaźń z dzieciństwa. &lt;br /&gt;Bolało jak sam skurwysyn.&lt;br /&gt;Odprowadził mnie do domu opowiadając o jakiś kretyństwach z dnia poprzedniego. &lt;br /&gt;Ponoć na mailu czekał mnie nowy rozdział.&lt;br /&gt;Nawet nie sprawdziłem.&lt;br /&gt;Przebrałem się w czyste rzeczy nie przesiąknięte alkoholem i potem klownów, i znów wyszedłem. &lt;br /&gt;Usiadłem na przystanku autobusowym naprzeciw placu, na którym cyrk pomału zaczął się już składać. &lt;br /&gt;Kończyłem trzeciego papierosa, gdy całkowicie się spakowali, a wieczór ukazał się w całej okazałości.&lt;br /&gt;Banda dresów wracała z pobliskiego stadionu, a ja byłem sam, uzbrojony tylko w dość mocny prawy sierpowy. &lt;br /&gt;Zabiją mnie na bank.&lt;br /&gt;Zaciągnąłem się potężnie i wypuściłem dym prosto na nich, ewidentnie ich prowokując.&lt;br /&gt;Ochujałem?&lt;br /&gt;Jeden z nich zatrzymał się i odwrócił w moją stronę.&lt;br /&gt;Był cztery razy ode mnie wyższy, trzy razy szerszy i dziesięć tysięcy razy głupszy, ale mimo wszystko umarłbym po pierwszym ciosie. &lt;br /&gt;Stałem jednak dalej, obserwując sprzątających statystów. &lt;br /&gt;Gdzieś w dali mignęła mi złota poświata włosów matki Anny…&lt;br /&gt;Albo był to samochodowy reflektor.&lt;br /&gt;Dres widocznie nie zobaczył we mnie godnego przeciwnika, bo prychnął tylko z pogardą i odszedł do reszty swoich znakomitych przyjaciół.&lt;br /&gt;Co się dzieje z tymi ludźmi?&lt;br /&gt;Wyrzuciłem peta pod nogi jakiejś blondynki spacerującej z rudym psem, ale nie zauważyła tego, zapatrzona w błyszczący księżyc nad nami. &lt;br /&gt;Cyrk odjechał i pozostawił po sobie tylko pustkę, i kilka plakatów naklejonych na pobliskie słupy. &lt;br /&gt;I mnie… pomału popadającego w słodką, jesienną depresję. &lt;br /&gt;I tyle z tej magii.&lt;br /&gt; Ostatniego dnia wakacji, poszedłem po nowe zeszyty i kilka podręczników, których nigdy nie będę używał. &lt;br /&gt;Mimo tego, że znów zaczynała się szkoła, uwielbiałem kupować nowe przybory. Potrafiłem godzinami wybierać ołówki i kredki, dokupywać nowe flamastry i słuchać szelestu zeszytowych kartek. &lt;br /&gt;Byłem upierdliwym klientem, ale solidnym i zawsze zostawiałem w sklepach mnóstwo pieniędzy. &lt;br /&gt;Tak…&lt;br /&gt;Połowy rzeczy nigdy nie włożyłem nawet do torby, bo było mi po prostu szkoda.&lt;br /&gt; Na rozpoczęcie roku wcale się nie spieszyłem. Szedłem spacerem, chłonąc ten&lt;br /&gt;wszechobecny już zapach jesieni.&lt;br /&gt;Nie wiem czemu, ale wybrałem drogę dłuższą, bezsensownie zahaczającą o jego ulicę.&lt;br /&gt;Przechodząc obok niej, widząc z daleka jego dom i uświadamiając sobie, że nikt nie czeka na mnie przy ostatnim budynku, coś nieprzyjemnie szarpnęło mnie w żołądku. &lt;br /&gt;Przyspieszyłem.&lt;br /&gt;Stanąłem w bramie, wśród setek uczniów szukających swoich przyjaciół. Gdzieniegdzie grupa znajomych wracała z ostatniego papierosa przed czterdziesto minutowym apelem, a nauczyciele biegali w koło, rycząc wściekle, ze jest pięciominutowe opóźnienie. &lt;br /&gt;Grupki pierwszoroczniaków, kolegów jeszcze z lat wcześniejszych, stały w kącie przerażone nowymi przedmiotami. &lt;br /&gt;A ja…&lt;br /&gt;Ja, pierwszy raz od ośmiu lat, przed szkołą stanąłem sam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-1833761638786218020?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/1833761638786218020/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/09/rozdzia-25.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1833761638786218020'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1833761638786218020'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/09/rozdzia-25.html' title='Rozdział 25'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-7752966334393091038</id><published>2011-08-02T14:15:00.000-07:00</published><updated>2011-08-02T14:15:45.276-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 24</title><content type='html'>Dziwnie mi smutno...   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;następny rozdział za pół roku pewnie... coś czuję, że po tym ciągłym pisaniu, moja Wena znów się kurwić zacznie... eh...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 24&lt;br /&gt;'Sam'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Przez dwa dni nie odbierałem od niego telefonów. Nie mogłem się do tego zmusić.&lt;br /&gt;Moja męska godność została splugawiona i nie mogłem sobie z tym poradzić.&lt;br /&gt;Najgorsze jednak było to, że każde wspomnienie z tamtej nocy porażało moje ciało gorącym dreszczem przyjemności… &lt;br /&gt;Przyszedł w końcu wieczorem i stanął nade mną, wpatrując się we mnie smutnymi oczami. Wyciągnął dłoń chcąc wpleść mi ją we włosy.&lt;br /&gt;Odtrąciłem ją z obrzydzeniem i odsunąłem się na drugi koniec łóżka. &lt;br /&gt;Bałem się tego co by się stało, gdybym znów dotknął jego skóry…&lt;br /&gt;Westchnął ciężko, wyraźnie zmęczony i usiadł na podłodze pod ścianą. &lt;br /&gt;-Niedługo wyjeżdżam, Wikuś…- szepnął. Zadrżałem mimowolnie. Każde słowo z jego ust brzmiało teraz inaczej…&lt;br /&gt;Bardziej lubieżnie.&lt;br /&gt;-A ty mnie ignorujesz.- dodał, bawiąc się paczką papierosów. Wzruszyłem ramionami starając się być obojętny. –Nie chcę wyjeżdżać, nie odzywając się do ciebie.- wiąż wpatrywał się we mnie tym samym, wykończonym wzrokiem. Pełnym tej swoistej, przytłaczającej samotności, która bezlitośnie się do nas zbliżała.&lt;br /&gt;-Obiecywaliśmy sobie przyjaźń. A ja dotrzymuję obietnic.- skończył. &lt;br /&gt;Uświadomiłem sobie, że odkąd się poznaliśmy ta rozmowa, była naszą pierwszą naprawdę poważną.&lt;br /&gt;Przytaknąłem.&lt;br /&gt;Wstałem żeby zrobić herbatę i spodziewałem się, że znów zrobi coś by mnie dotknąć. Zazwyczaj gdy koło niego przechodziłem starał się choćby musnąć mnie palcem.&lt;br /&gt;Teraz nie zrobił nic…&lt;br /&gt;Wróciłem z dwoma parującymi kubkami. Włączył konsolę i grał w coś zawzięcie, więc nie chcąc mu przeszkadzać, dostroiłem gitarę i szarpnąłem za struny. &lt;br /&gt;Dawno nie grałem klasyków, a Vivaldi był moim ulubieńcem. &lt;br /&gt;Kochałem Jesień. I tą złożoną z deszczu i wiatru, i tą z samych nut. &lt;br /&gt;Opuszki palców, dopiero co zagojone, znów zaczęły krwawić, lecz ja nie przestawałem. Prawdziwa muzyka musi składać się z bólu…&lt;br /&gt;Inaczej nie jest godna słuchania.&lt;br /&gt;Dopiero gdy skończyłem spostrzegłem Eryka siedzącego obok mnie na tapczanie, wpatrującego się w moją zakrwawioną dłoń. &lt;br /&gt;-To nic.- mruknąłem podnosząc z krzesła moją koszulkę. Zawinąłem w nią rękę i oparłem głowę o chłodną ścianę.&lt;br /&gt;Wciąż mnie nie dotknął, choć widziałem w jego twarzy tą niemą rozpacz i niezdecydowanie. &lt;br /&gt; Przez kolejne, ostatnie dni nie widziałem go jak pisze. Siedzieliśmy razem, piliśmy piwo, jeździliśmy nad morze i nad jezioro, ale mimo wszystko nie zauważyłem by chociaż myślał nad czysta kartką. &lt;br /&gt;Sam też nie mogłem się zebrać do rysowania. &lt;br /&gt;Każda postać czy kolejny krajobraz wydawał mi się krzywy i bezduszny. &lt;br /&gt;Zupełnie bezużyteczny.&lt;br /&gt; Któregoś razu poszliśmy na cmentarz, żeby Eryk mógł pożegnać się z Izabelą. &lt;br /&gt;Pogłaskał ją z czułością po bladym, marmurowym policzku i zapalił znicz. Jej oczy rozbłysły pocieszeniem.&lt;br /&gt;Jej uśmiech jak zwykle kojący.&lt;br /&gt; Wróciliśmy do domu Eryka. Pierwsze co poczułem, gdy do niego wszedłem to dojmujący smutek. Wszystkie pokoje, w których spędziłem połowę dzieciństwa zmieniły się pod wpływem wielkich, przepełnionych kartonów i mebli, zupełnie pustych, przestawionych i naszykowanych do wyniesienia. &lt;br /&gt;Błądziłem między nimi, dotykając wszystkiego tęsknie obolałymi palcami. Echo moich kroków odbijało się od ścian. &lt;br /&gt;Niczym we śnie, niezupełnie świadom, wszedłem po schodach i pomału otworzyłem drzwi do jego pokoju, nie ze strachu przed jego łóżkiem i tym co się na nim działo, ale z paniką, że po prostu może go już tam nie być. &lt;br /&gt;Tak jak innych jego rzeczy.&lt;br /&gt;I gdy tak przekroczyłem jego próg i stanąłem w nim cały, miałem ochotę paść na kolana i zacząć płakać.&lt;br /&gt;Łóżko stało, tak jak wcześniej, z wciąż gdzieniegdzie poplamioną krwią pościelą, ale nad nim nie było już mojego obrazu, a inne ściany zionęły pustką z niewyraźnymi, ciemniejszymi plamami po zdjęciach. &lt;br /&gt;Wszystkie jego książki i zeszyty spoczywały równo ułożone w kolejnym kartonie na środku pokoju, a jedyną rzeczą, która była na swoim miejscu była jakaś porzucona koszulka, gdzieś w kącie, która chciała wprowadzić tu ten sam nastrój co zawsze.&lt;br /&gt;Przerażająco komiczna i smutna.&lt;br /&gt;Przełknąłem głośno ślinę i potrząsnąłem nerwowo głową, żeby choć przez chwilę być tak samo zimny i nienawistny jak zawsze.&lt;br /&gt;Ale jakoś tak… nie potrafiłem.&lt;br /&gt;-Strasznie, co? A ja tu wciąż mieszkam.- zaśmiał się sztucznie, choć dobrze wiedziałem, że zrobił to tylko po to by nas rozweselić. &lt;br /&gt;-Pierwszy raz w życiu widzę twój pokój tak wysprzątany.- odparłem zniesmaczony. &lt;br /&gt;-Masz rację!- uśmiechnął się. –Ale wolałem ten chaos.- rozłożył się na łóżku.&lt;br /&gt;Tak…&lt;br /&gt;Ja też.&lt;br /&gt; Wróciłem do domu, cały roztrzęsiony i nie w pełni sprawny, jak po jakiejś poważnej chorobie, która zabrała potężny kawałek mnie. &lt;br /&gt;Eryk, chyba z szacunku do mnie i ze strachu, że mogę go odtrącić stał się chłodny i praktycznie bezuczuciowy. Ani razu nie usłyszałem od niego żartu o pocałunkach czy przytulaniu. Ani razu mnie nie dotknął, ba… dziwnie ode mnie uciekał, nawet gdy to ja starałem się podejść do niego bliżej. &lt;br /&gt;Trzymał do mnie dystans, który teraz, po tych kilku latach razem, przytłaczał mnie i męczył, bo zamiast starego przyjaciela, miałem nowego, tego wymarzonego, bez czułości i ciepła. &lt;br /&gt;Chciałem powrotu dawnego.&lt;br /&gt;Zerwałem z tablicy nad łóżkiem portret Izabeli i odsłoniłem nasze wspólne zdjęcie, przewieszając ją gdzie indziej.&lt;br /&gt;Upadłem na łóżko i zaśmiałem się głośno. &lt;br /&gt;Nagle naszła mnie myśl, tak absurdalna, że aż komiczna. &lt;br /&gt;Nie wierzyłem w zabobony. W magię. &lt;br /&gt;Przypomniałem sobie to życzenie, które pomyślałem w dniu moich czternastych urodzin i pokręciłem głową z niedowierzaniem. &lt;br /&gt;Przecież to niemożliwe, żeby się spełniło.&lt;br /&gt;Tak naprawdę nigdy nie chciałem by wyjeżdżał. Nigdy nie myślałem o tym poważnie, a tamto kretyńskie zdanie, które wypowiedziałem w myślach, było pod wpływem emocji. &lt;br /&gt;Znów uśmiechnąłem się z politowaniem do samego siebie.&lt;br /&gt;Mam piętnaście lat, a przejmuję się tak kretyńskimi rzeczami.&lt;br /&gt;I co gorsza… zaczynam się za nie nienawidzić. &lt;br /&gt; Dwudziesty trzeci lipca przyszedł niemożliwie szybko, choć staraliśmy się spędzać czas w jak najmniej urozmaicony sposób. Ostatniego wieczora wypiliśmy po piwie i poszliśmy się przejść dookoła parku. O tym nieszczęsnym, pijackim incydencie zdążyliśmy już obaj zapomnieć. &lt;br /&gt;A przynajmniej, przestaliśmy pokazywać, iż pamiętamy. &lt;br /&gt;Błądziliśmy po udeptanych przez nas ścieżkach do nikąd, w tą i z powrotem, rozmawiając o pierdołach, zbędnych bzdetach, tak jakbyśmy mieli jutrzejszego dnia spotkać się znowu i przejść tą samą, nudną drogę, jak co dzień. &lt;br /&gt;To było takie żałosne, ale żadne z nas nie potrafiło od tak, po prostu powiedzieć: ‘nie chce się z tobą rozstawać.’ &lt;br /&gt;Gdy byliśmy razem panowała miedzy nami atmosfera dziwnego spokoju. Czuliśmy się tak jakby cale zło świata spływało po nas jak deszcz, jedynie mocząc, lecz nie krzywdząc. Chroniła nas niewidzialna bariera, której nikt nie umiał pokonać. &lt;br /&gt;Oboje panicznie baliśmy się, że ona zniknie, razem z naszym pożegnaniem. &lt;br /&gt;Doszliśmy pod moją klatkę. Zadowoleni z udanego spaceru. Opętani przez cudowny nastrój nocy. &lt;br /&gt;Oparłem się o drzwi uśmiechając lekko. &lt;br /&gt;Eryk podszedł do mnie gwałtownie. Zimna ściana wbijała mi się w plecy. &lt;br /&gt;Jego dłonie oparte przy mojej głowie. &lt;br /&gt;Kolano między moimi nogami. &lt;br /&gt;Chciałem go odepchnąć, ale nie byłem w stanie. &lt;br /&gt;Wpatrywaliśmy się sobie w oczy chłonąc nasze spojrzenia, prawdopodobnie po raz ostatni, wciągając zapach, którego pewnie już nigdy nie poczujemy. &lt;br /&gt;Eryk przybliżył się jeszcze bardziej, zatrzymując się w połowie drogi do moich ust. &lt;br /&gt;‘A teraz zrób to… Nachyl się nade mną i pocałuj. Przecież widzę, że tego chcesz...’- myślałem. Ale on po prostu uśmiechnął się krzywo, odwrócił i odszedł, zostawiając mnie samego w środku ciszy i ciemności. &lt;br /&gt;Z daleka obserwowałem jego znikającą sylwetkę w cieniu blokowego lasu. &lt;br /&gt;Gdy zniknęła wszedłem do domu, znów pochłonięty destrukcyjnymi myślami. Ów uczucie błogości zdarzyło już wyparować po drodze na trzecie piętro. Rozłożyłem się wygodnie na tapczanie i zapaliłem papierosa. Dostałem smsa. Rozleniwiony nie miałem ochoty sięgać po telefon. Jednak on zawodził nieszczęśnie, więc moja ręka mimowolnie wsunęła się w kieszeń. Jasny ekran oślepił mnie na chwilę. Odczytałem z niedowierzaniem dwa puste słowa: ‘kocham Cię.’ &lt;br /&gt;Prychnąłem. &lt;br /&gt;Nie istnieje coś takiego, jak miłość. &lt;br /&gt;Nigdy w nic takiego nie wierzyłem, a jedyną oznaką mojego zainteresowania był szacunek i odrobina kultury.&lt;br /&gt;Zjechałem do końca wiadomości. &lt;br /&gt;Podpisano: ‘Eryk’. &lt;br /&gt;Nie chodzi o to, że to było dziwne. Po prostu z jakiegoś powodu zapragnąłem wpatrywać się w te słowa do końca życia. &lt;br /&gt;Ekran w końcu zgasł, a ja wciąż wpatrywałem się w niego niewidzącymi oczami. Dopiero papieros otrzeźwił mnie parząc w palce żarem. &lt;br /&gt;Czy rzeczywiście aż tak długo leżałem, że zdążył się wypalić? &lt;br /&gt;Usiadłem gasząc go na parapecie. Serce nagle przyspieszyło. Wstałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju. &lt;br /&gt;–To nic……- mówiłem. –Jutro pójdę i wszystko się wyjaśni… Wszystko się wyjaśni.- powtarzałem naiwnie. &lt;br /&gt;Długo nie mogłem zasnąć.&lt;br /&gt;Następnego dnia wstałem wcześnie, ogarnąłem się szybko i jak co dzień wybrałem się na poranne bieganie. Biegłem szybciej, dłużej niż zwykle. O dziwo, nie męcząc się. &lt;br /&gt;Byłem zbyt  wstrząśnięty, żeby czuć ból. &lt;br /&gt;Biegłem przez park, przez pole, przez małą uliczkę między blokami, przez szkolne boisko. Podbiegłem pod dom Eryka żeby móc razem z nim wyśmiać tego smsa, który po dłuższych przemyśleniach uznałem za żart. &lt;br /&gt;Choć tak naprawdę nie chciałem w to uwierzyć. &lt;br /&gt;Na początku nie zauważyłem braku firanek w oknach, braku wycieraczki i tej zepsutej, nigdy nie świecącej się lampki na murku. Nie było przy wąskiej, kamiennej dróżce doniczkowych kwiatów, wielkich… zawsze trochę większych niż nasza dwójka. Nie zwróciłem uwagi na brak samochodu i różowej świeczki w małym oknie garażu. Wbiegłem na schody i zastukałem w drzwi. &lt;br /&gt;Cisza.&lt;br /&gt;Echo rozniosło pukanie po pustym domu, odbijając je od ścian. Wróciło do mnie przytłumione dębowymi drzwiami. Oparłem o nie głowę uśmiechając się ironicznie. Nagle wszystkie braki uderzyły we mnie z siłą bardzo bolesną. Założyłem słuchawki na uszy i odbiegłem, starając się nie oglądać już za siebie. &lt;br /&gt;Okazało się jednak, że nie byłem tak silny, jak myślałem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-7752966334393091038?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/7752966334393091038/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/08/rozdzia-24.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/7752966334393091038'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/7752966334393091038'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/08/rozdzia-24.html' title='Rozdział 24'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-5462981445692244867</id><published>2011-07-26T11:42:00.000-07:00</published><updated>2011-07-26T11:44:46.109-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 23</title><content type='html'>Czegoś mi w nim brakuję... w ostatniej, najważniejszej scenie... która zresztą napisałam dobre dwa lata temu... Może kiedyś poprawię...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla Ciebie, A. za to, że czytasz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 23&lt;br /&gt;'My'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy nie myślałem, że będę przygnębiony na zakończenie roku. Wszyscy trzecioklasiści biegali szczęśliwi wymachując świadectwami, a ja… Ja z Erykiem snuliśmy się po mieście ze spuszczonymi głowami i tą paskudną myślą, że został nam tylko miesiąc.&lt;br /&gt;Czułem się jakby coś wewnątrz mnie gniło, rozsypywało się i dręczyło mnie przez cały ten czas, który z nim spędzałem. &lt;br /&gt;Gdzieś w środku tkwiło we mnie to zniecierpliwienie, bo w gruncie rzeczy chciałem, żeby wyjechał już teraz, za chwilę..&lt;br /&gt;Za każdym razem gdy na niego spojrzałem, czułem jego palce na ramieniu, ogarniało mnie uczucie chłodu i przerażenia, że zabraknie mi jego dotyku i bliskości. &lt;br /&gt;Czekanie mnie zabijało, utrwalając we mnie to uczucie beznadziejności i bezradności, jakbym czekał na egzekucję, która dłużyła się niemiłosiernie. &lt;br /&gt;A strach wciąż kłębił się w środku, nie ustępując. &lt;br /&gt;Kupiliśmy piwo i wyłożyliśmy się nad rzeką chłonąc delikatny wiatr przedzierający się przez nasze eleganckie koszule. &lt;br /&gt;-Wiesz już do jakiego liceum pójdziesz?- zapytałem podając mu papierosa. Odpalił go i zaciągnął się zachłannie. –Prywatnego. Mama mnie zapisała. Szkoła pełna snobów i artystycznego kalectwa. Bez duszy i mózgu.- prychnął wypuszczając dym. –Nienawidzę jej za to, że stara się kierować moim życiem.- ciągnął poirytowany. &lt;br /&gt;-Powiedz jej to.- odparłem. Prychnął dość ohydnym śmiechem. Pełnym obrzydzenia jakiego wcześniej u niego nie znałem. &lt;br /&gt;-Na pewno! Uwierz mi, Wikuś… chcę się jeszcze z tobą widzieć parę razy. Po takich tekstach wróciłbym do nauczania w domu.- sięgnął po butelkę wyrzucając papierosa do wody i śledząc go póki nie zniknął za zakrętem.   &lt;br /&gt;W takich momentach zastanawiałem się, kto cierpiał bardziej z powodu rozstania.&lt;br /&gt;Ja czy on?&lt;br /&gt;Ja miałem jeszcze siebie.&lt;br /&gt;On siebie nienawidził…&lt;br /&gt;W domu padłem na łóżko zmulony jednym piwem i gorącem. &lt;br /&gt;Beata dzwoniła do mnie czasem nocą, szepcząc do słuchawki słowa ociekające pożądaniem, ale ja ograniczałem się do prostych, chłodnych odpowiedzi, żeby nie dać się ponieść tej ohydnej perwersji. &lt;br /&gt;Choć ona, jak widać, wcale jej się nie opierała. &lt;br /&gt;Od bierzmowania nie spotkałem się z nią ani razu. Nie potrzebowałem jej już do niczego więc wcale nie starałem się zachowywać grzecznie. &lt;br /&gt;Po jakimś czasie wyczuła moją niechęć, gdy po raz wtóry dochodziła z kablem od telefonu między udami. &lt;br /&gt;-Co jest, Wiktor?- szepnęła zdyszana. Zatrzymałem grę. &lt;br /&gt;-Nic.&lt;br /&gt;-Nie podoba ci się to? Przecież zawsze możemy się zobaczyć.- ciągnęła dalej. –Na żywo jest lepiej, prawda?- mruczała rozkosznie. &lt;br /&gt;-Beata, nie… słuchaj.- ukryłem twarz w dłoni, bo już nie miałem siły. –Po prostu nie mogę się z tobą spotykać. &lt;br /&gt;Uznałem ją za kobietę dojrzałą, więc powiedziałem jej wszystko wprost. &lt;br /&gt;Jednak baba to baba…&lt;br /&gt;Więcej już nie zadzwoniła.&lt;br /&gt;Przez pierwszy tydzień wakacji nie robiliśmy dosłownie nic. Jednak połowę czasu przesypialiśmy i nim zdaliśmy sobie z tego sprawę, nadchodził wieczór, a my, znudzeni i rozespani nie mieliśmy nawet siły na spacer. &lt;br /&gt;W końcu Eryk nie wytrzymał i zamówił nam bilety na premierę filmu według jednej z naszych ulubionych książek w jakimś większym kinie w pobliskiej metropolii.&lt;br /&gt;Ok.…&lt;br /&gt;Seans był o północy, więc musieliśmy wyjechać autobusem po dwudziestej pierwszej. Było gorąco i duszno, a autobus nie posiadał klimatyzacji. &lt;br /&gt;Niespodzianka.&lt;br /&gt;Włożyliśmy sobie po jednej ze słuchawek od mojego telefonu i oddaliśmy się w ramiona muzyki klasycznej. &lt;br /&gt;Gdy dojechaliśmy na miejsce – padało. &lt;br /&gt;Nie znaliśmy ulic i nie wiedzieliśmy gdzie jedzie który tramwaj. Ruszyliśmy więc przed siebie, bez parasola i milcząc, bo pomimo naszej bezkresnej miłości do takiej pogody, byliśmy wkurzeni. &lt;br /&gt;Inaczej jest moknąć przed domem, do którego można w każdej chwili wrócić i osuszyć się ręcznikiem. &lt;br /&gt;Eryk złapał mnie pod rękę, a ja dokładnie mogłem przyjrzeć się skórze jego przedramienia, mokrej i zmarzniętej. &lt;br /&gt;-Ktoś mi mówił, że tutaj deszcz smakuje inaczej.- powiedziałem wystawiając język.&lt;br /&gt;-Deszcz? Deszcz zawsze smakuje tak samo. Tylko miasta pachną inaczej.- ziewnął opierając głowę o moje ramię. Uśmiechnąłem się mimowolnie.&lt;br /&gt;Tak… tego właśnie będzie brakować mi najbardziej. &lt;br /&gt;Gdy weszliśmy do centrum handlowego, prawie wszystko było już zamknięte. Jakimś cudem znaleźliśmy czynny super market i kupiliśmy sobie jakieś tanie, kretyńskie ubranie. Nie wytrzymalibyśmy długo w tych mokrych ciuchach. &lt;br /&gt;Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed seansem więc poszliśmy na ciepłą kawę do jednego z fast fordów na tym samym piętrze co kino. &lt;br /&gt;Od razu poczuliśmy się lepiej.&lt;br /&gt;Poszliśmy odebrać bilety i stanęliśmy w niekończącej się kolejce po popcorn. &lt;br /&gt;Miliard ludzi w koło wrzeszczało, śmiało się i ogólnie denerwowało mnie swoim istnieniem, co raz się przepychając, popychając i w ogóle oddychając…&lt;br /&gt;Żałowałem, że nie mam ze sobą małej bomby domowej roboty, która rozpiżdżyła by to wszystko w drobny mak.&lt;br /&gt;Dożywocie? &lt;br /&gt;Nie ma sprawy.&lt;br /&gt;Kara śmierci?&lt;br /&gt;Zgłaszam się!&lt;br /&gt;To jest warte mojego poświęcenia. &lt;br /&gt;Po dobrych piętnastu minutach i kilkudziesięciu soczystych ‘kurwach’, które mimowolnie wysyczałem, stanęliśmy przed kasą.&lt;br /&gt;-Zestaw dla dwojga!- ryknął Eryk, nim sam zdążyłem otworzyć usta i jakoś dziwnie zrozumiałem, że zrobił to specjalnie. Kasjerka, ładna dziewczyna, kilka lat od nas starsza, uśmiechnęła się wyrozumiale. Podając nam cole mrugnęła do Eryka porozumiewawczo.&lt;br /&gt;No to chyba jakiś żart.&lt;br /&gt;Pozostawiłem to bez komentarza.&lt;br /&gt;I znów kolejka. Tym razem do sali kinowej.&lt;br /&gt;Nosz kurwa z tymi kolejkami!&lt;br /&gt;Nigdy więcej nie pojadę na premierę.&lt;br /&gt;Eryk zniknął mi na chwilę ale to może i właściwie lepiej. &lt;br /&gt;Powiedziałbym, że nastała chwila ciszy, gdyby znów kłąb bezmózgów nie otoczył mnie z każdej strony. &lt;br /&gt;Ja peirdolę.&lt;br /&gt;Wrócił, gdy ja stałem już przed chłopakiem sprawdzającym bilety. &lt;br /&gt;-Zobacz! Kupiłem nam słomki z serduszkami!- krzyknął, przepychając się przez tłum. &lt;br /&gt;Chyba umarłem…&lt;br /&gt;Chłopak parsknął śmiechem i wręczył nam bilety. &lt;br /&gt;Ruszyłem przodem zostawiając Eryka za sobą, bo gdyby w tej chwili zbliżył się do mnie choć  o kilka kroków, rozłupałbym mu czaszkę o drzwi toalety dla dziewcząt. &lt;br /&gt;-Ej no… Wikuś. Masz!- wsunął mi jedną w kubek i uśmiechnął się promiennie. &lt;br /&gt;-Jeżeli za trzy sekundy nie ściągniesz tego serca z tej pieprzonej słomki, to osobiście wetknę ci to wszystko w dupę.- syknąłem i z nerwów rozsypałem trochę popcornu po podłodze. &lt;br /&gt;Wyszczerzył się i zerknął na numer naszych miejsc. &lt;br /&gt;-Chodź bo się zacznie zaraz.- pobiegł przodem, a ja pełen nienawiści, zacząłem wymieniać w myślach plusy jego wyjazdu.&lt;br /&gt;Mimo wszystko, żadnego nie znalazłem.&lt;br /&gt;Film poprzedzony był dwudziestominutowymi reklamami o podpaskach, pastach do zębów i piwie, z dwoma zwiastunami najbliższych premier. &lt;br /&gt;Połowa popcornu zniknęła jeszcze przed informacją o reżyserze. W dodatku Eryk wypił ponad połowę swojego napoju. &lt;br /&gt;Jeśli będzie biegać siku w czasie seansu, przysięgam, że naprawdę zrobię mu krzywdę.&lt;br /&gt;O dziwo wytrwał do końca.&lt;br /&gt;Byliśmy jedynymi osobami, które zostały na napisach końcowych. Robiliśmy tak za każdym razem, gdy jechaliśmy do kina. &lt;br /&gt;Choćby nie wiem jak wspaniały byłby dany film, jak zaskakujące efekty by zawierał i jak przejmującą miałby fabułę, dla nas najlepsze były napisy końcowe. &lt;br /&gt;Ze wspaniałą muzyką otaczającą nas z każdej strony i tym dziwnym uczuciem, gdzieś wewnątrz, że życie tak naprawdę nie jest takie złe, skoro można tworzyć tak niewiarygodne dźwięki tylko za pomocą kawałka drewna, metalu czy plastiku. &lt;br /&gt;Gdy zapalili światło my wciąż siedzieliśmy, śledząc wzrokiem znikające, białe litery i rozkoszując się prawdziwą chwilą spokoju. &lt;br /&gt;Eryk oparł brodę na otwartej dłoni i spojrzał na mnie spod naprawdę długich rzęs, których jakoś wcześniej nie dostrzegłem.&lt;br /&gt;-W mieście, do którego wyjeżdżam też są kina. Nawet lepsze.- uśmiechnął się z nadzieją. &lt;br /&gt;Błagam…&lt;br /&gt;-Nie no… przejażdżka sześciuset kilometrów na jeden film… Jasne! Co weekend!- odparłem z sarkastycznym przejęciem. &lt;br /&gt;Wzruszył ramionami opadając głębiej w fotel.&lt;br /&gt;Wyszliśmy z kina sporo po trzeciej nad ranem. Mimo to najbliższy pociąg mieliśmy o piątej. &lt;br /&gt;Półtorej godziny włóczenia się po mieście…&lt;br /&gt;Przestało padać, a powietrze było przyjemnie chłodne i orzeźwiające, pachnące pierwszym śladem poranka i pustką mokrych ulic.  &lt;br /&gt;Spacerowaliśmy między latarniami tlącymi się żółtym i mdłym światłem.&lt;br /&gt;Zwiedziliśmy ładny plac i przeszliśmy obok sklepu muzycznego. &lt;br /&gt;Gitary na wystawie igrały z błądzącymi po nich światłami samochodowych reflektorów i oślepiały mnie blaskiem nowego lakieru. &lt;br /&gt;Pachniały pewnie pięknie nowością farby, drewnem i metalem strun.&lt;br /&gt;Ich kształty nęciły mnie bardziej niż smukłości kobiet. &lt;br /&gt;Obok nich prężyły się dumnie skrzypce i kontrabasy, a ja dziwnie zacząłem żałować, że nie umiem na nich grać.&lt;br /&gt;Gdzieś z tyłu – pięknie oświetlony fortepian. &lt;br /&gt;Ponoć Eryk potrafił coś na nim zagrać.&lt;br /&gt;Biorąc pod uwagę jego słuch…&lt;br /&gt;Absolutnie mu nie wierzyłem!&lt;br /&gt;Minęliśmy sklep z artykułami artystycznymi, zachwycając się wspaniałym piórem z wymiennymi stalówkami i zestawem pędzli z końskiego włosia. &lt;br /&gt;Doszliśmy nad rzekę i usiedliśmy na ławce przy zacumowanych statkach. &lt;br /&gt;Odpaliłem papierosa i podałem go Erykowi, po czym wyciągnąłem sobie drugiego. &lt;br /&gt;-To jak pocałunek.- uśmiechnął się wciągając dym.&lt;br /&gt;Przewróciłem oczami.&lt;br /&gt;Zaczęliśmy dyskutować o filmie, który był denny i komercyjny. Robiony dla mas, nie dla prawdziwych fanów.&lt;br /&gt;Rozumiem, że ekranizacje muszą się różnić od książek. Nie da się wszystkiego przelać na ekran, bo film trwałby dziesięć tysięcy godzin. &lt;br /&gt;Ale żeby zmieniać fakty? &lt;br /&gt;Dla nas, prawdziwych wielbicieli, to jak wymierzenie policzka.&lt;br /&gt;O w pół do piątej poszliśmy na PKP kończąc już chyba czwartego papierosa. Czekaliśmy jeszcze chwilę na peronie na jak zwykle opóźniony pociąg. &lt;br /&gt;Przyjechał prawie pusty, z kilkoma osobami, które wysiadły dużo przed naszą miejscowością.&lt;br /&gt;Eryk przysnął z głową opartą o brudną szybę, więc sam musiałem walczyć z wszechogarniającą mnie sennością. &lt;br /&gt;Wyciągnąłem z torby zeszyt z opowiadaniem Eryka i jego długopis, i zacząłem szkicować jakieś bzdury na ostatniej stronie, tej której nigdy nie zapisywał.&lt;br /&gt;Pewnie dostanę opierdol…&lt;br /&gt;O szóstej trzydzieści byliśmy na miejscu. Musiałem naprawdę się natrudzić, żeby obudzić Eryka, a i tak wychodząc z pociągu, musiałem go podtrzymywać, żeby nie upadł gdzieś i nie rozbił sobie głowy o chodnik. &lt;br /&gt;Poszliśmy do niego bo już nie miałem nawet siły iść do domu. Rzuciliśmy się na łóżko ściągając brudne ubrania przesiąknięte smrodem przedziałów.&lt;br /&gt;Nie miałem pojęcia ile spałem.&lt;br /&gt;Obudziło mnie zwyczajowe krzątanie się po kuchni i ciche rozmowy domowników.&lt;br /&gt;Eryka przy mnie nie było.&lt;br /&gt;Wciąż byłem niewyspany, a każdy mięsień pulsował bólem, jakby przypalany gorącym żelazkiem.&lt;br /&gt;Nie mogłem się rozprostować.&lt;br /&gt;Spojrzałem na jego kieszonkowy zegarek zwisający ze szlufki dżinsów.&lt;br /&gt;Dochodziła szesnasta czterdzieści.&lt;br /&gt;Ubrałem się i wyszedłem z pokoju doskonale zdając sobie sprawę, że wyglądam gorzej niż wrak człowieka.&lt;br /&gt;Wszedłem do kuchni niesiony krótkimi wymianami zdań.&lt;br /&gt;Przy stole siedział Eryk wraz z ojcem, pijąc kawę i patrząc na siebie spod tak samo czarnych włosów, a jego mama stała przy blacie, najwyraźniej szukając czegoś w książce kucharskiej.&lt;br /&gt;Nigdy nie widziałem, jak gotuje.&lt;br /&gt;Śmiała się delikatnie, odrzucając jasne włosy na plecy. &lt;br /&gt;Miał jej ciemne oczy i jej usta, wciąż uśmiechnięte.&lt;br /&gt;Tyle, że Eryk uśmiechał się szczerze.&lt;br /&gt;Powitali mnie radośnie, a ja wzdrygnąłem się nieświadomie przez tą  przytłaczającą sztuczność.&lt;br /&gt;Usiadłem obok Eryka i grzecznie przytaknąłem, zapytany o coś do jedzenia. &lt;br /&gt;Wchłonąłem kilka kanapek, popiłem je herbatą, podziękowałem i skierowałem się do wyjścia, przepraszając za kłopot.&lt;br /&gt;Odprowadził mnie do drzwi. Pożegnaliśmy się bez słowa, albo zbyt zmęczeni, albo przygnębieni tą dziwną atmosferą unoszącą się w jego domu. &lt;br /&gt;Wychodząc posłałem mu najbardziej pocieszający uśmiech na jaki było mnie stać, choć pewnie wyglądałem zbyt żałośnie, żeby to wyczuł. &lt;br /&gt;-Dzięki.- powiedział i zamknął drzwi.&lt;br /&gt;Kolejny papieros.&lt;br /&gt;Następny weekend spędziłem w domu Eryka. Jego rodzice znów gdzieś wyjechali więc to była dobra okazja na zabicie się odrobiną alkoholu na jakiejś nudnej, żałosnej imprezie, u osób których nawet nie znałem.&lt;br /&gt;Limit swój znałem aż za dobrze. Ale tym razem, Panie Jezu wybacz mi, zapierdoliłem się prawie do nieprzytomności. &lt;br /&gt;Eryk, choć sam w niewiele lepszym stanie, prowadził mnie do domu. &lt;br /&gt;Może to przez alkohol, może przez przeprowadzkę Eryka, ale gdy tylko doszliśmy na miejsce, zacząłem płakać. &lt;br /&gt;Od czasu świątecznego oszustwa po raz drugi. &lt;br /&gt;A przecież miałem piętnaście lat. &lt;br /&gt;Jednak to Eryk pokazywał mi świat, uczył… &lt;br /&gt;A teraz zostawiał mnie w najtrudniejszym momencie mojego życia. &lt;br /&gt;Przekroczyliśmy próg jego pokoju potykając się o framugę. Ledwo wczołgałem się na łóżko. &lt;br /&gt;Nie byłem wszystkiego do końca świadom, ale czułem jak jego chłodne dłonie ocierają łzy z mojej twarzy, jak rozpinają kolejno guziki mojej koszulki, jak delikatnie pieszczą moje ciało, jak jego gorący oddech zsuwa się coraz niżej, i niżej. &lt;br /&gt;Nim się powstrzymałem, Eryk leżał już na podłodze z krwawiącym nosem. &lt;br /&gt;Dostrzegłem w jego oczach zdziwienie, bo widocznie nie spodziewał się, że tak zareaguję.&lt;br /&gt;Wstał po chwili i przygniótł mnie do łóżka, uśmiechając się w sposób tak okrutny, jak jeszcze nigdy wcześniej. &lt;br /&gt;Ten cios kosztował mnie resztkę moich sił. Zostały mi tylko wyzwiska, z których on bezczelnie się śmiał. &lt;br /&gt;Obaj byliśmy już nadzy, odziani tylko w szkarłatne plamy krwi i wiatr wdzierający się przez niedomknięte okno, gdy poczułem jego usta na swoich. &lt;br /&gt;Na początku ostrożnie, jakby bał się, że znów go uderzę, a przecież ręce miałem skrępowane za głową jego własną dłonią. &lt;br /&gt;Potem czułem jak jego język splata się z moim, karząc mi jęknąć nieświadomie. &lt;br /&gt;Był to pocałunek tak gorący, jakiego nigdy nie podarowała mi kobieta i zarazem tak bolesny, jak nic innego na świecie. &lt;br /&gt;To było nienormalne jednak czując na sobie jego dłonie w końcu przestałem się opierać. Nie pamiętam już nawet, kiedy straciłem nad sobą kontrolę. &lt;br /&gt;Całkowicie oddałem się jego palcom i pocałunkom, zupełnie jak marionetka.&lt;br /&gt;Jednocześnie brzydziłem się siebie, jak i pragnąłem tego więcej, i więcej.&lt;br /&gt;Szeptałem jego imię, nieświadomie, w alkoholowym letargu, nie chcąc by ten sen się kiedykolwiek skończył.   &lt;br /&gt;Byliśmy jeszcze dziećmi.... Pijanymi w dodatku.&lt;br /&gt;Obudziłem się pierwszy z niewyraźnymi wspomnieniami nocy. Nie myśląc nawet o tym, że byłem nagi, ręką szukałem ciała przyjaciela obok mnie. W duchu modliłem się, żeby pod palcami poczuć tylko płaską fakturę łóżka. Jednak moja dłoń napotkała ciepłą skórę. Z obrzydzeniem ją zabrałem. &lt;br /&gt;Podniosłem się i ubrałem szybko. &lt;br /&gt;–Ej… Poleżmy jeszcze trochę razem.- Eryk ziewnął długo. Spojrzałem na niego z nienawiścią. &lt;br /&gt;–Chyba zwariowałeś.- fuknąłem rzucając mu bokserki w twarz. Wciągnął je na siebie leniwie i wstał. Podszedł do mnie i przytulił. –Nienormalny jesteś?!- krzyknąłem odpychając go od siebie. –To co się stało w nocy jest jedną wielką pomyłką, jasne? Na trzeźwo bym ci na to nie pozwolił!- wrzeszczałem. Stał i przygadał mi się uważnie przez chwilę, po czym zaśmiał się sztucznie. &lt;br /&gt;–Jasne! Ha ha… Byliśmy przecież pijani.- podrapał się w tył głowy. &lt;br /&gt;Pieprzony kłamca. &lt;br /&gt;Odwrócił się do mnie. &lt;br /&gt;Na plecach miał wielkie, czerwone ślady… paznokci.... moich.... paznokci? &lt;br /&gt;Jęknąłem głośno i wyszedłem trzaskając drzwiami. &lt;br /&gt;‘To chore.’ myślałem odpalając papierosa. Co chwila przed oczami przemykały mi momenty nocy. Potrząsałem nerwowo głową, żeby pozbyć się ich na dobre. &lt;br /&gt;Ale one wracały jeszcze silniejsze, jeszcze bardziej wyraźne, przyspieszając niebezpiecznie bicie mojego serca. &lt;br /&gt;Wpadłem do domu słowem nie odzywając się do matki. Zamknąłem się w pokoju, ustawiłem wzmacniacz na cały regulator i zacząłem grać. Musiałem jakoś odreagować.&lt;br /&gt;Kurwa…&lt;br /&gt;Czemu to ja musiałem być na dole?&lt;br /&gt;Potarłem z czułością bolące pośladki.  &lt;br /&gt;Uchyliłem okno i przytknąłem koszulę do twarzy. Wciągnąłem zapach Eryka, którym nasiąkło moje ubranie i parsknąłem bezradnym śmiechem.&lt;br /&gt;Czemu to stało się teraz, dwa tygodnie przed jego wyjazdem?&lt;br /&gt;I czemu nie potrafię go za to nienawidzić?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-5462981445692244867?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/5462981445692244867/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/07/rozdzia-23.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/5462981445692244867'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/5462981445692244867'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/07/rozdzia-23.html' title='Rozdział 23'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-3316535409984647998</id><published>2011-07-22T12:07:00.000-07:00</published><updated>2011-07-22T12:07:17.319-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 22</title><content type='html'>23 już kończę... Wena wróciła na chwilę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 22&lt;br /&gt;'Bierzmowanie' &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Po kilku dniach erykowego trzeszczenia w sprawie świadków na bierzmowanie, zdobyłem się na wykręcenie numeru pani Beaty. &lt;br /&gt;Wcześniej pozbyłem się tego debila, bo czułem, że rozmowa przy nim skończyłaby się permanentnym obrażeniem i katastrofą.&lt;br /&gt;-Halo?- jej aksamitny głos rozbrzmiał po drugiej stronie.&lt;br /&gt;-Jak się czuje pani siostra?- boże… jak ja nisko upadłem. &lt;br /&gt;-Ach, to ty. Coraz lepiej, dziękuję!- odparła dziwnie podekscytowana. –Co się stało, że dzwonisz?- dodała, zaciągając się papierosem. &lt;br /&gt;Rozkoszny nałóg…&lt;br /&gt;-Chciałbym się z panią spotkać, jeśli było by to możliwe.- rzuciłem, usiłując wyzbyć się z głosu tego obrzydzenia, które do siebie czułem.&lt;br /&gt;Cisza…&lt;br /&gt;W słuchawce słyszałem tylko powolne wypuszczanie dymu z ust.&lt;br /&gt;-Pasuje ci czwartek o osiemnastej?- zapytała, gdy ja już miałem się rozłączać.&lt;br /&gt;-Ok.- odparłem zdezorientowany. &lt;br /&gt;Ustaliliśmy, że spotkamy się w miejscowej kawiarni. &lt;br /&gt; Przyszedłem punktualnie, choć wiedziałem, że pewnie się spóźni. &lt;br /&gt;Pieprzone babsztyle. &lt;br /&gt;Pojawiła się dwadzieścia minut po ustalonym czasie, gdy ja byłem już w połowie mojej kawy. &lt;br /&gt;Ubrała się jak to na damę przystało, w ładną koktajlową, kremową sukienkę i brązowe sandałki na koturnie. Przez ramię przerzuciła małą torebkę w kolorze butów.&lt;br /&gt;Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i usiadła naprzeciw mnie przy stoliku. &lt;br /&gt;Podała gładką dłoń pachnącą drogim kremem, którego zapach utrzymywał mi się na ręce jeszcze przez kilka dni.&lt;br /&gt;Zamówiła latte z odtłuszczonym mlekiem.&lt;br /&gt;Dbała o linię…&lt;br /&gt;Nie lubiłem takich kobiet. &lt;br /&gt;Były zbyt sztuczne i wyrachowane…&lt;br /&gt;Za bardzo dbały o to, by rzucać się w oczy. &lt;br /&gt;-Jak masz na imię?- zagadnęła odgarniając brązowe włosy z twarzy.&lt;br /&gt;-Wiktor.- odparłem, obojętnie przyglądając się obrazkom na ścianach.&lt;br /&gt;Stuknęła kilka razy paznokciami o blat, gdy dopijałem kawę. &lt;br /&gt;-Ile masz lat? Jesteś chyba nazbyt dojrzały jak na swój wiek, prawda? Zauważyłeś?- wciąż uśmiechała się przymilnie. &lt;br /&gt;-Zachowuję się odpowiednio do swojego wieku. To moi rówieśnicy są idiotami.- odparłem uprzejmie, starając się ukryć zażenowanie tą rozmową. &lt;br /&gt;-Możliwe.- wsypała cukier do świeżo przyniesionej kawy. –Co dokładnie ode mnie chciałeś?- rozchyliła delikatnie nogi, niby niechcący, abym mógł przez kilka sekund popatrzyć na jej jasną, niebywale prześwitującą, koronkową bieliznę. &lt;br /&gt;Nie żeby mnie to jakoś specjalnie podjarało. &lt;br /&gt;Przy dostępie do takiej ilości pornoli nie takie rzeczy już widziałem. &lt;br /&gt;Ale jak w takiej sytuacji poprosić ją o bycie świadkiem na bierzmowaniu? &lt;br /&gt;Kurwa, jestem idiotą…&lt;br /&gt;Nim się obejrzałem, rżnąłem ją przez dwie godziny w jej luksusowym samochodzie, na wkurwiajacych skórzanych fotelach, do których przyklejałem się spoconymi kolanami. &lt;br /&gt;Nastolatki dochodzą szybciej, więc zmęczyłem się okrutnie.&lt;br /&gt;Opadłem obok niej i sięgnąłem po spodnie, żeby wyciągnąć z kieszeni paczkę papierosów. Dałem jej jednego, po którego sięgnęła z trudem i odpaliłem go. Uchyliła zaparowane okna i wciągnęła głęboko świeże, wieczorne powietrze. &lt;br /&gt;Ubrałem się i wyszedłem z samochodu żeby się rozprostować i pozwolić jej w spokoju dojść do siebie. &lt;br /&gt;Kończyłem trzeciego papierosa, gdy wyszła z drugiej strony. &lt;br /&gt;-Odwieźć cię?- zapytała ochrypłym od krzyku głosem. &lt;br /&gt;-Do miasta.- zgasiłem papierosa i przeciągnąłem się po raz ostatni. &lt;br /&gt;Wracaliśmy milcząc w towarzystwie cichego radia wygrywającego wciąż i wciąż te same utwory. &lt;br /&gt;Gdy wysiadałem złapała mnie za rękę i jeszcze raz pocałowała krótko w usta. &lt;br /&gt;Uśmiechnąłem się zmęczony, podziękowałem i poszedłem. &lt;br /&gt;I chuja załatwiłem.&lt;br /&gt;Była dwudziesta druga trzydzieści, ale Eryk jeszcze nie spał pewnie, więc poszedłem do niego, powiadomić o mojej porażce.&lt;br /&gt;-No wiesz co?- jęknął siadając na schodach przed domem. –Kurde, wystarczyło zapytać tylko… sam mówiłeś, że jest dla ciebie za stara.- syczał dalej. &lt;br /&gt;-Kurwa! Robiła mi laskę przez piętnaście minut! Musiałem się kurwa spinać żeby nie dojść za szybko i się nie upokorzyć! Miałem ją poprosić w trakcie tego, żeby towarzyszyła mi w sakramencie świętym? Ja pierdole…- trzasnąłem go w tył głowy. &lt;br /&gt;-Napiszę do niej maila.- roztarł bolące miejsce.&lt;br /&gt;Zastygłem.&lt;br /&gt;-Do niej?- wyprostowałem się. &lt;br /&gt;-Nom… chciałem to zrobić od razu, ale jakoś tak… się wstydziłem.- zaczął oglądać swoje palce, a ja poczułem jak klatkę piersiową rozrywa mi bomba atomowa z czystej nienawiści. Zacisnąłem pięści.&lt;br /&gt;-Ja się męczę, błaźnię… bo sam mnie wrobiłeś w to gówno, a ty teraz wyskakujesz, że mogłeś od razu napisać jej maila?- mimo iż szczerze starałem się opanować ten niesamowicie potężny gniew, to głos sam mi się podnosił. &lt;br /&gt;Westchnął ciężko wyrażając ból swojej nieporadności. &lt;br /&gt;W końcu uśmiechnął się niewinnie i spojrzał na mnie spod opadających na oczy włosów.&lt;br /&gt;-Przynajmniej zamoczyłeś…- wyszczerzył się, a ja już dłużej nie panując nad sobą, złapałem go za koszulkę, rzuciłem na ziemię i kopnąłem z całej siły w żebra.&lt;br /&gt;Znów zaśmiał się histerycznie. &lt;br /&gt;Nie lubiłem tego śmiechu.&lt;br /&gt;Zbyt porażał mnie smutkiem. &lt;br /&gt;Usiadłem na schodach i zapaliłem papierosa, obserwując jak mozolnie podnosi się z chodnika.&lt;br /&gt;Otrzepał się, poprawił włosy i otarł łzy na policzkach, a ja starałem się wmówić sobie, że to na pewno od śmiechu… nie z bólu.&lt;br /&gt;Opadł koło mnie i oplótł moja rękę sowimi, przytulając się do mnie mocno. &lt;br /&gt;-Żałujesz?- zapytał pociągając głośno nosem.&lt;br /&gt;-Czego?&lt;br /&gt;-Jej…- zapatrzył się w przestrzeń, jakby nie chcąc słyszeć odpowiedzi. &lt;br /&gt;Prychnąłem.&lt;br /&gt;-Tak. Wolałbym ten czas spędzić z tobą.- sczochrałem mu włosy wolną dłonią i poczułem jak drętwieje i zaciska się na mnie nerwowo.&lt;br /&gt;Uśmiechnął się niepewnie.&lt;br /&gt;Jak dziecko…&lt;br /&gt; Wróciłem do domu jeszcze lekko wkurzony. Odpaliłem komputer kopniakiem i zacząłem nastrajać gitarę.&lt;br /&gt;Dawno na niej nie grałem.&lt;br /&gt;Wypolerowałem jej lakier dokładnie i szarpnąłem za struny.&lt;br /&gt;Ustawiłem wzmacniacz i spojrzałem na portret Izabeli, niezmiennie uśmiechający się do mnie ze ściany, po czym zacząłem grać.&lt;br /&gt;Grałem długo i wytrwale, dopóki moje palce nie zaczęły krwawić, a ja przestałem je czuć.  &lt;br /&gt;Przyjemnie ciepły strumień czerwieni spływał mi po dłoni i wtapiał się w błyszczący lakier gitary. &lt;br /&gt;Formalnie złączyłem się z muzyką.&lt;br /&gt;Gdy skończyłem, było sporo po drugiej w nocy. &lt;br /&gt;Poszedłem do kuchni i zakleiłem pokaleczone palce. Wyjrzałem na zewnątrz, gdzie księżyc delikatnie oświetlał brudne podwórko. Plac zabaw, na którym Eryk chciał popełnić samobójstwo i na ławkę, na której tyle czasu żeśmy zmarnowali nim odkryliśmy nasze parkowe miejsce. &lt;br /&gt;Widziałem w tym słabym i chłodnym świetle te wszystkie ścieżki, które razem wydeptaliśmy przez te wszystkie lata. &lt;br /&gt;Otworzyłem okno pragnąc zażyć ukojenia owiany nocnym wiatrem, ale powietrze było niebywale duszne i męczące. Zamknąłem je i oparłem głowę o szybę. &lt;br /&gt;Będzie mi go cholernie brakować, niestety.&lt;br /&gt;Byłem strasznie przygnębiony. &lt;br /&gt;Wróciłem do pokoju gdzie od razu wpakowałem się do łóżka i starałem się usnąć.&lt;br /&gt; Niestety, w końcu musieliśmy iść do kościoła. Nie lubiłem kościołów. Śmierdziało w nich tymi kadzidłami, starymi ludźmi i wilgotną stęchlizną. &lt;br /&gt;Zastanawiałem się, czy kilkaset lat temu, gdy te budowle były jeszcze w wieku niemowlęcym, też pachniały tak samo?&lt;br /&gt;Usiedliśmy gdzieś z tyłu, czekając na naszego świadka.&lt;br /&gt;Beata, jak zwykle spóźniona, usiadła między nami uśmiechając się ponętnie do Eryka, a mnie uraczając delikatnym przejazdem dłoni od kolana po same krocze.&lt;br /&gt;Przypominam, że wciąż miałem piętnaście lat.&lt;br /&gt;Jej siostra wychodziła ze szpitala dopiero w przyszłym tygodniu, więc nie mogła się stawić na próbie. Ale jeżeli ona jest do niej choć trochę podobna z zachowania…&lt;br /&gt;Jesteśmy straceni.&lt;br /&gt;O dziwo jednak, ksiądz był nami zachwycony, bo pomimo, że ani nas ani jej nie było na żadnym z owych ćwiczeń, zachowywaliśmy się bez błędnie i niesłychanie grzecznie.&lt;br /&gt;Tak naprawdę Eryk czytał książkę pod ławą, ja wydrapywałem w drewnie penisy kluczem, a Beata piłowała paznokcie.&lt;br /&gt;Ot, cała zagadka spokoju i uległości. &lt;br /&gt;Potworna nuda i chęć skończenia tego jak najszybciej. &lt;br /&gt;Kobieta nie wspomniała nawet słowem o naszym ostatnim spotkaniu, a i ja wolałem milczeć, bo gdyby dowiedziała się o co tak naprawdę mi chodziło, zapewne by mnie wyśmiała. &lt;br /&gt;Oczywiście biorąc pod uwagę to, że Eryk sam jej o tym nie wspomniał w mailu.&lt;br /&gt;Zabiłbym go…&lt;br /&gt;Po wszystkim poszliśmy na kawę i uzgodniliśmy ostatnie rzeczy, bo do bierzmowania nie będziemy się już widzieć.&lt;br /&gt;Beata pożegnała nas czułym pocałunkiem w usta i odeszła machając nam, i stukając wysokimi obcasami w betonowy chodnik. &lt;br /&gt;Eryk wzdrygnął się mimowolnie.&lt;br /&gt;-Pedofil?- zagadnął, poprawiając koszule, by wyglądała jeszcze bardziej niechlujnie niż przed sekundą. Wzruszyłem tylko ramionami. &lt;br /&gt;Koniec maja był nieznośny i upalny więc wizja paradowania po dworze w garniturze zmuszała mnie do popełnienia samobójstwa. &lt;br /&gt;Ale wyprasowałem go sobie dokładnie, koszulę jak zwykle zaczynając od kołnierza.&lt;br /&gt;Ubrałem się starannie, przygładziłem włosy i pokropiłem się perfumami za uszami i na nadgarstkach. &lt;br /&gt;Pogłaskałem Pędzla, uważając  by nie osierścił czarnych spodni. Zamruczał lubieżnie starając się o mnie otrzeć, ale powstrzymałem go stopą. &lt;br /&gt;Syknął zdenerwowany i odszedł obrażony z wysoko uniesionym ogonem. &lt;br /&gt;Poszedłem po Eryka. Czekał na mnie na początku ulicy i wymachiwał zegarkiem na łańcuszku za dziewięćset osiemdziesiąt złotych. &lt;br /&gt;Pierwsze co zrobiłem, to uderzyłem go w tył głowy, jak zwykle, gdy mnie wkurzał.&lt;br /&gt;Prawie wypadł mu z rąk.&lt;br /&gt;Poprawiłem.&lt;br /&gt;W końcu zrozumiał i schował zegarek do kieszeni marynarki – tam, gdzie jego miejsce.&lt;br /&gt;Dopiero teraz zauważyłem, że nie ma na sobie zwykłego garnituru. &lt;br /&gt;Prawdę mówiąc, nigdy go nawet w garniturze nie widziałem. Nawet na testy przyszedł tylko w koszuli i ciemnych spodniach. &lt;br /&gt;Ale teraz miał na sobie naprawdę nieźle dopasowany frak, białą koszulę i spodnie przepasane szelkami. Marynarka robiła wrażenie trochę za dużej, ale to pewnie przez jego posturę. &lt;br /&gt;Na głowie miał mały cylinder.&lt;br /&gt;Krawat w paski.&lt;br /&gt;No tak…&lt;br /&gt;Wyglądał jak prowadzący pogrzebową paradę w dziwnej i mrocznej wesołości, albo jak główny bohater z ‘Benny and Joone’. &lt;br /&gt;-Wyglądasz jak tani czarodziej.- mruknąłem poirytowany. Uśmiechnął się szeroko i ukłonił, ściągając kapelusz.&lt;br /&gt;-Do usług. Chce pan zobaczyć mój popisowy numer?- wyprostował się i zakręcił czapką między palcami. Wzruszyłem ramionami, zdegustowany.&lt;br /&gt;Wtedy on złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie raptownie, zakrywając nasze profile kapeluszem. &lt;br /&gt;Byłem zbyt oszołomiony by jakoś zareagować. I kiedy on rozchylił moje usta kciukiem, potrafiłem tylko zamknąć oczy. &lt;br /&gt;-Eryku! Zapomniałeś o kwiatach!- usłyszałem z oddali glos jego matki. Jego ręka zacisnęła się mocno na moim ramieniu, a potem delikatnie mnie uwolnił, jakby nagle stracił resztki sił i chęci do życia. Wypuścił głośno powietrze w moje wciąż na wpół otwarte usta, a ja poczułem od niego czystą i piękną rozpacz. &lt;br /&gt;Potem zabrał kapelusz i słońce oślepiło mnie na chwilę, gdy otworzyłem oczy. &lt;br /&gt;Wzdrygnąłem się z obrzydzenia…&lt;br /&gt;Albo i podniecenia… sam już nie wiem. &lt;br /&gt;Wrócił chwilę później z rękami w kieszeniach i zakłopotaniem wypisanym na twarzy. &lt;br /&gt;-Chodź, bo się spóźnimy.- powiedział i poszedł przodem ze spuszczoną głową.&lt;br /&gt;Beata czekała na nas przed kościołem ubrana w ładną, bladofioletową sukienkę i białe sandałki na obcasie. Włosy upięła w luźny kok, więc kilka pasm opadało jej na delikatnie pomalowaną twarz. &lt;br /&gt;-Cześć- przywitaliśmy się ostrożnie i odsunęliśmy się od niej trochę, na wypadek gdyby znów chciała nas całować, ale ona o dziwo pomachała nam tylko i podała dłoń z uśmiechem. &lt;br /&gt;-Gdzie twoja siostra? Mamy nadzieję, że to jej zbytnio nie nadwyręży po wypadku.- zaczął Eryk, który chyba się już trochę rozweselił. &lt;br /&gt;-Nic mi nie będzie. A Beata zaraz przyjdzie. Poszła tylko po coś do samochodu. Jestem Monika.&lt;br /&gt;Święty boże! &lt;br /&gt;Są bliźniaczkami! &lt;br /&gt;Beata pojawiła się kilka minut później w takiej samej sukience jak siostra, ale w kolorze świeżego łososia. &lt;br /&gt;Stanęły obok siebie, nieludzko pogodne i złapały się za ręce.&lt;br /&gt;Jezusie, zbawco miłosierny…&lt;br /&gt;Wybacz mi te wizje, które właśnie pojawiły się w moich myślach. &lt;br /&gt;Odchrząknęliśmy z Erykiem w tym samym czasie i wystawiliśmy ramiona by mogły wsunąć w nie ręce. Zrobiły to odruchowo i poprowadziły nas do ław kościelnych. &lt;br /&gt;Byliśmy nimi oddzieleni, więc mogliśmy wymieniać tylko porozumiewawcze spojrzenia. &lt;br /&gt;Beata nie omieszkała zmolestować mojego kolana, gdy tylko zajęliśmy miejsca. Chciałem coś odwarknąć, ale znów nawiedził mnie obraz bliźniaczek, roznegliżowanych i obrzydliwie podniecających. &lt;br /&gt;Oh… zapomniałem, że siedzę w kościele. &lt;br /&gt;Msza trwała o wiele zbyt długo i była o wiele zbyt męcząca.&lt;br /&gt;W dodatku popełniliśmy chyba jeden z gorszych grzechów, bo nie byliśmy u spowiedzi. &lt;br /&gt;Od czasu komunii świętej. &lt;br /&gt;Uznaliśmy, że żaden stary pierdziel nie będzie słuchał o naszych podłych, rozpustnych masturbacjach, przekleństwach i znęcaniu się na młodszych uczniach. &lt;br /&gt;Po prostu nie byli tego godni. &lt;br /&gt;Bóg – o ile istnieje – sam dobrze widzi co robimy i sam może nam to rozgrzeszenie dać, jeśli byśmy wystarczająco żałowali.&lt;br /&gt;To, że nie żałowaliśmy… to już inna sprawa.&lt;br /&gt;Czas dłużył się niewiarygodnie, a ksiądz z całych sił starał się nas rozbawić opowiadając anegdotki z życia Chrystusa.&lt;br /&gt;Wypuść nas stąd, kurwa!&lt;br /&gt;A nie bredzisz historie o kimś, kogo nigdy nie było…&lt;br /&gt;Byłem zażenowany.&lt;br /&gt;Eryk szeptał rozkosznie z Moniką.&lt;br /&gt;Jednak w przeciwieństwie do swojej siostry, nie wykazywała skłonności pedofilskich. &lt;br /&gt;Właściwie szkoda. &lt;br /&gt;I kolejna brudna wizja w myślach. &lt;br /&gt;Czas przyjąć komunię i wypierdalać do domu. &lt;br /&gt;Po wszystkim zaproponowaliśmy im wspólny obiad, ale odmówiły grzecznie i powiedziały, że chcą spędzić trochę czasu same.&lt;br /&gt;Ponoć ten wypadek bardzo je do siebie zbliżył. &lt;br /&gt;Przytaknęliśmy i podziękowaliśmy za poświęcenie nam czasu. Beata machnęła ręką. –Oh przestańcie! Dzwońcie, gdybyście jeszcze czegoś potrzebowali!- tu mrugnęła do mnie, a ja dziwnie zrozumiałem, że to ona zadzwoni do mnie pierwsza.&lt;br /&gt;Potem pocałowały nas w policzki i odeszły uśmiechnięte, a my pożegnaliśmy je chwalebnie, podążając wzrokiem za ich jędrnymi pośladkami, falującymi zgrabnie dzięki wysokim obcasom.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-3316535409984647998?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/3316535409984647998/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/07/rozdzia-22.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3316535409984647998'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3316535409984647998'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/07/rozdzia-22.html' title='Rozdział 22'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-7433528643258597945</id><published>2011-06-23T14:42:00.001-07:00</published><updated>2011-06-23T16:15:52.388-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 21</title><content type='html'>Coś za szybko ten nowy rozdział... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 21&lt;br /&gt;‘Mam nadzieję…’&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Wiosna nadeszła niebywale szybko, dobitnie uświadamiając nam, że czas do wyjazdu Eryka znacznie się skrócił. Ale w powietrzu unosiło się coś jeszcze, coś co nam obu nie dawało spokoju, choć nie mogliśmy sobie przypomnieć co to było.&lt;br /&gt;Dopiero gdy w połowie marca w końcu zdecydowaliśmy się pójść na religię, dostaliśmy objawienia. &lt;br /&gt;Co właściwie do siebie pasuję.&lt;br /&gt;Musieliśmy zostać po lekcji.&lt;br /&gt;-Chyba sobie ksiądz żartuje.- założyłem ręce na piersi i spojrzałem na niego krzywo.&lt;br /&gt;Eryk rysował bohomazy na marginesie.&lt;br /&gt;Dzięki za wsparcie…&lt;br /&gt;-Nie mam zamiaru uczyć się, a tym bardziej zaliczać tych modlitw. Ponoć wiara to stan wolny. Mogę robić co chcę.- wpatrywałem się w oczy księdza z każdym kolejnym moim słowem rozszerzające się bardziej. &lt;br /&gt;-Wiktorze błagam…- przetarł twarz dłonią wyraźnie zmęczony. &lt;br /&gt;-Dostaliście te kartki już w październiku. Musicie je zaliczyć.- mówił. Wciąż patrzyłem na niego złowrogo. &lt;br /&gt;Tak…&lt;br /&gt;Zupełnie zapomnieliśmy o bierzmowaniu. &lt;br /&gt;Moje milczenie uznał za odpowiedź twierdzącą i wrócił do biurka.&lt;br /&gt;Wrzuciliśmy rzeczy do plecaków i ruszyliśmy do wyjścia. &lt;br /&gt;-I jeszcze jedno chłopcy…- powiedział, gdy staliśmy już w drzwiach. &lt;br /&gt;-Musicie wybrać sobie imię.&lt;br /&gt; Załamani wpadliśmy do mnie do domu i zjedliśmy obiad. Na dworze robiło się coraz cieplej, więc wydrukowaliśmy kartkę z imionami i poszliśmy w nasze miejsce do parku.&lt;br /&gt;-O… to jest dobre…- powiedział rozkładając się na trawie i zakreślając coś ołówkiem. –Kwadrat. Pasuje mi.- zamyślił się, a ja przewróciłem oczami. Było miliard równie debilnych imion, więc po przeczytaniu listy kilka razy zrezygnowałem i zapatrzyłem się w rzekę.  &lt;br /&gt;Eryk wybierze coś dla nas obu. &lt;br /&gt; Czas bierzmowania zbliżał się niebezpiecznie, a my jak imion nie znaleźliśmy, tak ich nie mieliśmy do tej pory. &lt;br /&gt;Ale… jak się okazało, to wcale nie było najgorsze. &lt;br /&gt;W ostatni dzień terminu oddawania kartek z imieniem wpisaliśmy swoje własne nawzajem i wręczyliśmy je księdzu z pogardą. Uśmiechnął się do nas z wyraźną ulgą . –Musicie przyjść dziś na próbę.- powiedział. –Przyprowadźcie świadków.&lt;br /&gt;Ok.…&lt;br /&gt;To nie tak, że moja rodzina była niewierząca.&lt;br /&gt;Mój ojciec nosił krzyżyk na piersi, mama miała zdjęcie papieża w samochodzie, a mnie za dzieciaka uczyli prostych modlitw.&lt;br /&gt;Ale żadne z nas nie chodziło do kościoła, bo nie było po co.&lt;br /&gt;Moi rodzice uważali, że aby spotkać się z Bogiem, wystarczyła chwila ciszy… Bo przecież, jest wszędzie. &lt;br /&gt;A ja… ja po tylu latach nauki historii i sentymencie do starożytności, nauczyłem się po prostu postrzegać religię jako kolejny mit stworzony przez myślicieli, by ludzkość nie pogrążyła się w chaosie. &lt;br /&gt;Ale kurwa, jak to możliwe, że nie miałem pojęcia o konieczności posiadania świadka?&lt;br /&gt;Wizja któregoś z rodziców obok mnie w kościelnej ławce przyprawiła mnie o mdłości.&lt;br /&gt;Jako odludki nie mieliśmy znajomych. &lt;br /&gt;Przynajmniej ja nie miałem.…&lt;br /&gt;Eryk jeszcze trochę utrzymywał z kimś kontakty, bo jak mówił, nigdy nie wiadomo kiedy ci ludzie będą ci potrzebni. Ale i tak ograniczał się do rozmów w obrębie klasy, bądź rówieśników. &lt;br /&gt;Żaden z nas nie znał nikogo starszego.&lt;br /&gt;Aż zdarzył się cud.&lt;br /&gt;Odprowadziłem Eryka pod dom i poszedłem do siebie. &lt;br /&gt;Był wyjątkowo ciepły dzień.&lt;br /&gt;Duszny i męczący.&lt;br /&gt;Spociłem się jak świnia w drodze powrotnej.&lt;br /&gt;Na ławce pod moim blokiem siedziała kobieta.&lt;br /&gt;Bardzo ładna kobieta, w krótkich spodenkach, obcisłej bluzce bez rękawów i sporym biustem. Prężyła swoje ładne, opalone ciało ku słońcu.&lt;br /&gt;Przeszedłem obok niej obojętnie. Kątem oka  spostrzegłem jak prostuje się i poprawia okulary przeciwsłoneczne, podążając za mną wzrokiem. Ale nic nie powiedziała.&lt;br /&gt;Dopiero gdy wyciągnąłem klucze z kieszeni, odchrząknęła znacząco. &lt;br /&gt;Prychnąłem poirytowany i odwróciłem się do niej. &lt;br /&gt;Hollywoodzki, oślepiający uśmieszek.&lt;br /&gt;Bogata, wyrachowana dziwka.&lt;br /&gt;-W czym mogę pani pomóc?- uśmiechnąłem się fałszywie, ale albo to zignorowała, albo była idiotką. &lt;br /&gt;-To ty zadzwoniłeś na pogotowie po wypadku?- zapytała, wyciągając z torebki paczkę papierosów. –Nie. Mój kolega.- odrzekłem dość opryskliwie. &lt;br /&gt;Przytknęła papierosa do ust i czekała.&lt;br /&gt;To chyba jakiś żart.&lt;br /&gt;Podszedłem do niej i odpaliłem go. Uśmiechnęła się ostrożnie, wypuszczając dym. &lt;br /&gt;-Twój znajomy mówi, że podałeś jego dane.-  uniosła brew.&lt;br /&gt;Zabiję debila.&lt;br /&gt;Milczałem.&lt;br /&gt;Też wyciągnąłem papierosa i zapaliłem go. Podrapałem się w skroń. –Powiedzmy, że akurat miałem przebłysk dobroci. Co pani do tego?- zaciągnąłem się. Wstała. Na osiemnasto centymetrowych szpilkach była mojego wzrostu. Ściągnęła okulary i odsłoniła brązowe oczy, wyraźnie zaczerwienione i zapuchnięte od płaczu. –Moja siostra leży w szpitalu.- powiedziała drżącym głosem.&lt;br /&gt;Pięknie…&lt;br /&gt;Ale co mnie to obchodzi?&lt;br /&gt;-Przykro mi…- rozłożyłem ręce w geście bezradności. Odwróciłem się i ponownie ruszyłem w stronę drzwi. –Chciałam tylko podziękować.- wręczyła mi swoją wizytówkę, nie zapominając o kokieteryjnym przejechaniu kciukiem po moim palcu.&lt;br /&gt;Odchrząknąłem. &lt;br /&gt;-Ile ma pani lat?- zapytałem rzucając jej peta pod nogi. Uśmiechnęła się krzywo. &lt;br /&gt;-To niegrzeczne pytać kobietę o wiek.- przydepnęła tlący się niedopałek niebotycznie wysokim obcasem, po czym odwróciła się i wsiadła do nowego mercedesa.&lt;br /&gt;I tyle ją widziałem.&lt;br /&gt;Spojrzałem na wizytówkę.&lt;br /&gt;Beata Różycka. &lt;br /&gt;Niewyżyta stara kurwa. &lt;br /&gt;Włożyłem karteczkę do kieszeni i wszedłem do domu, by oddać się ekstazie podczas wyzywania Eryka przez komunikator.&lt;br /&gt;‘ZDRAJCA!’ ryknąłem drukowanymi literami.&lt;br /&gt;‘Heee? No wiesz co? Ostrą babiczę Ci podesłałem. Do wyruchania… &gt;:D’&lt;br /&gt;‘O mój boże, Eryk! Przecież ona ma z trzydzieści lat!’&lt;br /&gt;‘Oj tam! Oj tam.’&lt;br /&gt;Gdyby siedział obok mnie, zmiażdżyłbym mu głowę klawiaturą.&lt;br /&gt;‘Jej siostra brała udział w wypadku?’ dodał.&lt;br /&gt;‘Ta… leży w szpitalu. A jeżeli mają tyle samo ilorazu inteligencji, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby to ona ten wypadek spowodowała.’ &lt;br /&gt;‘Jesteś okrutny Wiktorze… Ohohohohohooo~’&lt;br /&gt;Jego pisanina z każdym rokiem stawała się coraz bardziej debilna.&lt;br /&gt;Boże.&lt;br /&gt;Z kim ja się do cholery zadaję?&lt;br /&gt;‘Ej, to mówisz, że są siostrami?’ zagadnął nagle.&lt;br /&gt;‘NO WOW! SERIO? KURWA TAK!’ znów krzyknąłem dużą czcionką. &lt;br /&gt;Potęga Internetu…&lt;br /&gt;Wyrażanie emocji za pomocą wielkości liter.&lt;br /&gt;Jak nisko upadliśmy…&lt;br /&gt;‘No bo wiesz… Nas też jest dwóch… a nie mamy świadków na bierzmowanie.’ &lt;br /&gt;W tym momencie coś ciężkiego spadło mi na głowę.&lt;br /&gt;‘O kurwa…’&lt;br /&gt;‘No właśnie. :D’&lt;br /&gt;Znów cisza.&lt;br /&gt;Otworzyłem okno i zapaliłem papierosa korzystając z chwilowej nieobecności rodziców. &lt;br /&gt;‘Umów się z nią i porozmawiaj o tym.’ dodał, stawiając mnie przed faktem dokonanym i rzeczą już postanowioną.&lt;br /&gt;Miałem odwalić brudną robotę.&lt;br /&gt;‘Jesteś słodszy… Lepiej wychodzi Ci omamianie dziewczyn.’ odpowiedziałem.&lt;br /&gt;‘;&gt; woli Ciebie… Przykro mi… &gt;:D’&lt;br /&gt;Sarkazm przebił się przez szkło ekranu i ugodził mnie w twarz.&lt;br /&gt;‘Bardzo zabawne…’ prychnąłem wielokropkami.&lt;br /&gt;‘Wpadnę dziś do Ciebie. Chyba będzie burza.’ zostawił moją wypowiedź bez komentarza.&lt;br /&gt;Ja też już nic nie odpisałem.&lt;br /&gt; Przyszedł, gdy niebo zdążyło już okryć się charakterystyczną szarością i pochłonąć miasto ciepłym, ostrym wiatrem. &lt;br /&gt;Zgasiłem światło.&lt;br /&gt;Mama weszła do pokoju i postawiła na parapecie świeżo zerwany bez.&lt;br /&gt;Zmierzwiła nasze grzywki i wyszła odprowadzona moim pogardliwym prychnięciem i wdzięcznym uśmiechem Eryka.&lt;br /&gt;Pędzel wdrapał się na jego kolana i zamruczał głośno domagając się pieszczot, a ja usiadłem na podłodze i czekałem.&lt;br /&gt;Pierwsze krople uderzyły w okno ciągnąc za sobą salwę kolejnych.&lt;br /&gt;Wstałem i uchyliłem je, wpuszczając do środka słodki zapach ulic. &lt;br /&gt;Uklęknęliśmy na łóżku opierając się o parapet i chłonęliśmy parujący oddech miasta.&lt;br /&gt;Niebo rozerwał pierwszy, kolorowy błysk, a my uśmiechnęliśmy się pod nosem szeroko, jak smarki widzące błyskawicę po raz pierwszy. &lt;br /&gt;A potem przymknęliśmy oczy nasłuchując przyjemnego huku niebiańskiej nienawiści. &lt;br /&gt;Powietrze pachniało bzem i deszczem…&lt;br /&gt;I jego perfumami nęcącymi mnie dziwnie niewidzialną mgiełką tuż przed moim nosem. &lt;br /&gt;-Chodźmy na dwór. Mam ochotę coś popisać…- szepnął dotykając szyby i kropel po jej drugiej stronie. &lt;br /&gt; Wyszliśmy na zewnątrz gdzie deszcz, na przywitanie ucałował mnie czule w nagie ramiona. Eryk odchylił do tyłu głowę, tak jak zawsze, jakby to był jakiś magiczny rytuał. Ale tym razem nie poszedł przed siebie zostawiając mnie kilka kroków w tyle.&lt;br /&gt;Odwrócił się do mnie z naprawdę pogodnym uśmiechem, przymkniętymi oczami i wyciągniętą ku mnie dłonią. &lt;br /&gt;-Dzisiaj chcę iść z tobą.- powiedział, przechylając lekko głowę. Wzruszyłem ramionami i podszedłem do niego. Jego dłoń osunęła się niżej i chwyciła moją. &lt;br /&gt;Znów pozwoliłem mu trzymać się za rękę, ale ulice tylko płakały rzewnie zmuszając wszystkich do ucieczki i tak naprawdę nikt nie zwracał na nas uwagi. &lt;br /&gt;Wchodząc do parku minęliśmy dziewczynę, chyba w naszym wieku, o długich, rudych włosach spływających na ramiona razem z wodą. &lt;br /&gt;Jej bluzka przykleiła się do ciała, przez co mogliśmy bezwstydnie przyjrzeć się jej kształtom. &lt;br /&gt;Szła spokojnie i powoli z palcami utkwionymi w szlufkach dżinsów i oczami wbitymi w błotnistą ścieżkę. &lt;br /&gt;Uniosła głowę, trochę zdziwiona, nie spodziewając się kogoś spacerującego w taką pogodę. &lt;br /&gt;Uśmiechnęła się do nas spod grzywki. &lt;br /&gt;Odwzajemniliśmy jej porozumiewawczy uśmiech i poszliśmy dalej.&lt;br /&gt;A moja dłoń, która dostrzegła jej spojrzenie i chciała się wyrwać automatycznie, została powstrzymana uściskiem silnym niczym imadło. &lt;br /&gt;Choć twarz miał wciąż uśmiechniętą spokojnie.&lt;br /&gt;Chyba mnie trochę przerażał…&lt;br /&gt;Usiedliśmy pod dachem na brzydkiej scenie, zniszczonej wiekiem i byle jak poplamionej farba olejną. &lt;br /&gt;Żałowałem, że nie mam ze sobą gitary i nie mogę zagrać deszczu jednej z naszych ulubionych piosenek. &lt;br /&gt;Ściągnęliśmy buty i wystawiliśmy stopy pod gładki strumień wody spływający z dachu. &lt;br /&gt;Będziemy chorzy jak nic…&lt;br /&gt;Eryk wyciągnął zegarek z kieszeni i sprawdził godzinę. &lt;br /&gt;Była prawie dwudziesta druga.&lt;br /&gt;Zapaliliśmy wilgotne papierosy, zaciągając się deszczem. &lt;br /&gt;Usiadł za mną i oparł się plecami o moje plecy, odchylając głowę na moje ramię. &lt;br /&gt;-Ej, Wikuś…- zaczął. Milczałem czekając.&lt;br /&gt;-Tak będzie zawsze, co? &lt;br /&gt;-To znaczy?- zapytałem.&lt;br /&gt;-No między nami… nawet jeśli wyjadę, wciąż będziemy przyjaciółmi, prawda?- wyjaśnił cicho. Wzruszyłem ramionami. &lt;br /&gt;-Nie wiem.- wrzuciłem peta w kurtynę wody.&lt;br /&gt;-Ja też…- odparł, choć dziwnie czułem, że było to skierowane do moich myśli, których nie śmiałem wypowiedzieć, by nie spaść na niziny mojej godności. &lt;br /&gt;‘Mam nadzieję…’&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-7433528643258597945?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/7433528643258597945/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/06/rozdzia-21.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/7433528643258597945'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/7433528643258597945'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/06/rozdzia-21.html' title='Rozdział 21'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-3002116691308612003</id><published>2011-06-11T10:32:00.000-07:00</published><updated>2011-06-11T10:32:13.494-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 20</title><content type='html'>Rozdział 20&lt;br /&gt;‘Zegarek’&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Wracaliśmy  do domu. Ostatnie lekcje były wyjątkowo nudne więc byliśmy tak rozleniwieni, że nawet nie chciało nam się rozmawiać. Ziewaliśmy co raz przedzierając się przez brudne zaspy śniegu. Gdy byliśmy tuż pod moja klatką, usłyszeliśmy przeraźliwy huk  gniecionego metalu i tłuczonego szkła. &lt;br /&gt;Obróciliśmy się szybko. &lt;br /&gt;Na skrzyżowaniu, przed wjazdem na moją ulicę zderzyły się dwa samochody. Wyglądało dość poważnie. &lt;br /&gt;Wyciągnąłem telefon z kieszeni Eryka i zadzwoniłem na pogotowie. &lt;br /&gt;Prócz tego, że przez te pięć minut przez które pani po drugiej stronie wypytywała mnie o dane osobowe (i tak podałem Eryka), mógł ktoś umrzeć, to wszystko było w porządku. &lt;br /&gt;Gdy w końcu oznajmiła mi, że karetka będzie za kilka minut, rozłączyłem się z goryczą i oddałem Erykowi komórkę. &lt;br /&gt;-Musimy chwilę poczekać.- mruknąłem siadając na ławce i przyglądając się ludziom wychodzącym z domów. &lt;br /&gt;To dziwne…&lt;br /&gt;Dopiero, gdy ktoś umiera na ulicy, dowiadujesz się w końcu ilu masz sąsiadów. &lt;br /&gt;Ambulans przyjechał zadziwiająco szybko. Dwóch sanitariuszy dorwało się do rannych osób. &lt;br /&gt;Chyba nic poważnego się nie stało. &lt;br /&gt;Przyjechała policja, spisała zeznania. Dopytywała się nas o to jak do tego doszło, ale żaden z nas nie umiał na to odpowiedzieć. Byliśmy odwróceni do tego plecami.&lt;br /&gt;Zabrali poszkodowanych do szpitala i tyle ich widzieliśmy. &lt;br /&gt;Ani dziękuję, ani pocałuj mnie w dupę. &lt;br /&gt;Równie dobrze mogłem nie robić nic. &lt;br /&gt;Żenada.&lt;br /&gt;Weszliśmy do mnie do domu. Pozwoliłem Erykowi przygotować dla nas coś dobrego do picia. Pewnie przez to, że praktycznie zawsze sam musiał przygotowywać jedzenie, radził sobie w kuchni lepiej niż ja. &lt;br /&gt;Zrobił gorące kakao z bitą śmietaną, które posypał czymś dziwnym, kolorowym, ponoć jadalnym, czego nigdy wcześniej u nas nie widziałem. &lt;br /&gt;Tajemne szafki kuchenne. &lt;br /&gt;Przerażające dość. &lt;br /&gt;Wypił gorący napój duszkiem i rozciągnął się na łóżku z nosem umazanym śmietaną. &lt;br /&gt;-Przyjdziesz jutro?- zapytał ziewając potężnie. –Znów będę sam. Nie chcę być jutro sam.- dodał wyraźnie przygnębiony. &lt;br /&gt;-A co jest jutro?- zapytałem zdegustowany, odcinając głowę przeciwnikowi w grze. –Ach… właściwie to nic.-  szepnął i odwrócił się do mnie plecami. Spojrzałem na kalendarz nad telewizorem.&lt;br /&gt;O kurwa…&lt;br /&gt;Zapomniałem.&lt;br /&gt;Wstałem i kopnąłem go w pośladki. &lt;br /&gt;-Przyjdę, debilu, nie dąsaj się.- włożyłem ręce do kieszeni. –Ale zrób coś dobrego do jedzenia. &lt;br /&gt; Od razu po szkole zbyłem Eryka idiotyczną wymówką i pobiegłem do miasta kupić mu jakiś godny prezent. &lt;br /&gt;Boże…&lt;br /&gt;Niczego nie było.&lt;br /&gt;Przeszukałem wszystkie sklepy papiernicze i artystyczne, przeszperałem wszystkie księgarnie w naszym miasteczku i antykwariaty, ale dosłownie nie było niczego, co mógłbym mu dać.&lt;br /&gt;W końcu poddałem się i poirytowany ruszyłem do domu. Może w trzy godziny zdołam narysować mu coś sensownego. &lt;br /&gt;I gdy właśnie przeszukiwałem w pamięci te wszystkie karty z jego ulubionych mang, którymi był tak łaskaw się ze mną podzielić, minąłem zegarmistrza. &lt;br /&gt;Przeszedłem jeszcze parę kroków i zatrzymałem się. &lt;br /&gt;Cofnąłem się i przylgnąłem nosem do szyby. &lt;br /&gt;Dzięki ci panie! &lt;br /&gt;Właśnie zaoszczędziłem hektolitry czarnego, ultra drogiego tuszu. &lt;br /&gt;Wszedłem do środka &lt;br /&gt;Pomieszczenie było ciasne, ciemne i zadymione, a w ciężkim powietrzu unosiły się drobinki kurzu, jakby zastygłe w czasie. &lt;br /&gt;Na ścianach od góry do dołu wisiały zegary- nowe i stare, z wahadłami i elektroniczne, wskazujące dobrą godzinę i złą…&lt;br /&gt;Działające i nie…&lt;br /&gt;W środku pachniało smarem, a w uszach szumiał mistyczny oddech wszystkich urządzeń. &lt;br /&gt;Nikogo nie było. &lt;br /&gt;Na brudnej ladzie stał zardzewiały dzwonek, taki jak w recepcjach, więc nie zastanawiając się długo wcisnąłem go kilka razy.&lt;br /&gt;Zazgrzytał przeraźliwie, brzmiąc bardziej jak zarzynany kot. &lt;br /&gt;Mimo to, po kilku chwilach z zaplecza wyłonił się stary mężczyzna, chudy i żylasty, z nieogoloną twarzą i zapuchniętymi oczami. &lt;br /&gt;-Dzień dobry.- przywitałem się ostrożnie. –Witam.- odparł przyglądając mi się badawczo. &lt;br /&gt;Jego głos brzmiał dziwnie ponuro w tej scenerii. &lt;br /&gt;-W czym mogę panu pomóc?- zapytał rozkładając ręce i pokazując zaplecze zegarów.&lt;br /&gt;-Zegar…- zachrypiałem. –Zegar kieszonkowy… tan na wystawie… Działa?- spojrzałem na niego z nadzieją. Przez jego twarz przemknął cień uśmiechu. –Możliwe- odparł zagadkowo podchodząc do szyby i wyciągając stamtąd zegarek. Podniósł go na wysokość oczu i zakołysał nim delikatnie. –Solidny, nakręcany. Długo posłuży.- włożył mi go w dłoń. &lt;br /&gt;Z bliska był jeszcze wspanialszy. &lt;br /&gt;Pięknie grawerowana pokrywa, ciężkie pokrętło, które chodziło niezwykle lekko pomimo swoich lat. &lt;br /&gt;Otworzyłem go delikatnie. Na tarczy uśmiechało się wielkie, mosiężne słońce. Każda z trzech ciężkich wskazówek zwieńczona była haftowanym srebrem w kształtach faz księżyca, a zamiast cyfry były srebrne gwiazdy, każda o innym wyrazie twarzy i każda z oczami z czerwonych cyrkonii.  &lt;br /&gt;Gdy wyrecytował cenę, zbladłem. &lt;br /&gt;-Zegar jest tego wart, młody człowieku.- szepnął i zabrał mi go z rąk &lt;br /&gt;Milczałem chwilę rozważając wszystkie ‘za i przeciw’, i mimo, iż więcej było tych negatywnych stron, powiedziałem w końcu:&lt;br /&gt;-Dobrze… Wezmę go.&lt;br /&gt;Gardło ścisnęło mi się niebezpiecznie. &lt;br /&gt;-Odłoży go pan. Wrócę za chwilę i zapłacę.- pomknąłem ku drzwiom. &lt;br /&gt;-Do zobaczenia.- usłyszałem za sobą i przysiągłem sobie, że to będzie ostatni raz, kiedy wrócę do tego sklepu. &lt;br /&gt;Wpadłem do domu jak burza, nie ściągając nawet butów i roznosząc błoto po całym mieszkaniu. &lt;br /&gt;-Wiktor! No błagam!- usłyszałem głos mamy, gdzieś z zakątków kuchni, ale nie zwróciłem na to uwagi. &lt;br /&gt;Wleciałem do pokoju i wyciągnąłem z tajnej ksiązki moje wszystkie oszczędności, które zbierałem pomału na nową gitarę. &lt;br /&gt;Miałem już ponad połowę. &lt;br /&gt;Z ciężkim sercem włożyłem wszystko do kieszeni i wyfrunąłem z domu, cały spocony i zmęczony jak cholera. &lt;br /&gt;Bieganie w ciężkich butach po oblodzonych chodnikach zabija. &lt;br /&gt;Kurwa..&lt;br /&gt;Czemu musiałem mieszkać tak daleko od centrum?&lt;br /&gt;Nim wszedłem do zegarmistrza, oparłem się dłońmi o ścianę i spróbowałem wyrównać oddech. Nawet nie zauważyłem, jak mężczyzna wyszedł z zakładu i odpalił papierosa. &lt;br /&gt;-Palisz?- podsunął mi paczkę pod nos. Zdezorientowany wziąłem jednego. &lt;br /&gt;-Po co ci taki zegarek, chłopaku? To antyk… czy wy teraz nie nosicie jakiś super plastikowych, elektronicznych śmieci?- zaciągnął się, a ja jakoś dziwnie poczułem do niego sympatię. Na tle białych budynków nie rozsiewał już tej złowrogiej aury. &lt;br /&gt;-To prezent.- odrzekłem. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem. &lt;br /&gt;-Ta osoba… musi być dla ciebie bardzo ważna, skoro chcesz jej podarować coś tak cennego.- uśmiechnął się delikatnie. Milczałem przez chwilę żłobiąc w lodzie butem. –Możliwe…-mruknąłem w końcu. Zgasił papierosa na parapecie. –Szczęściara z niej.- wszedł do sklepu zostawiając otwarte drzwi. &lt;br /&gt;Zastygłem.&lt;br /&gt;‘Z niej’?&lt;br /&gt;Potrząsnąłem energicznie głową i wrzuciłem peta w brudną zaspę. &lt;br /&gt;Kurwa żenada…&lt;br /&gt;Położyłem pieniądze na ladzie i czekałem. &lt;br /&gt;Zegarmistrz wyciągnął z szuflady leciwe, granatowe, aksamitne pudełko. Odkurzył je wilgotną szmatką i odłożył ostrożnie. Jeszcze raz obejrzał zegarek, ustawił go dokładnie i przetarł z czułością szybkę. &lt;br /&gt;Widać, że ciężko mu było się z nim rozstawać. &lt;br /&gt;Włożył go do pudełka i zamknął wieko. Westchnął ciężko.&lt;br /&gt;-Ten zegarek był ze mną od początku. Dbajcie o niego.- powiedział wycierając ręce w fartuch. &lt;br /&gt;To inwestycja mojego życia… Oczywiście, że kurwa każe mu o niego dbać. &lt;br /&gt;Przytaknąłem tylko, podziękowałem i wyszedłem żegnając się grzecznie. &lt;br /&gt;Za dwie godziny miałem być u Eryka. &lt;br /&gt;Byłem spocony i brudny. I na pewno czekało mnie szorowanie podłogi w mieszkaniu. Wyciągnąłem telefon.&lt;br /&gt;‘SPÓŹNIĘ SIĘ, KURWAAA!!!’ napisałem i wysłałem mu smsem, po czym pobiegłem do domu, pogrążając się w słowach zegarmistrza huczących mi w środku głowy. &lt;br /&gt;Tak… Eryk definitywnie był dla mnie kimś ważnym…&lt;br /&gt;Czemu w takim razie, tak się tym przejąłem?&lt;br /&gt;Szybki papieros pod klatką, wytarcie butów na wycieraczce. &lt;br /&gt;Półtorej godziny.&lt;br /&gt;Do łazienki po mopa. &lt;br /&gt;Zmyłem podłogę jaśminowym płynem.&lt;br /&gt;Chciałem wypastować ale już nie miałem czasu.&lt;br /&gt;Pech…&lt;br /&gt;Pokój.&lt;br /&gt;Czyste ubrania. Jezu… trzeba prasować. &lt;br /&gt;Dobra…&lt;br /&gt;Do łazienki, woda do wanny i znów do pokoju.&lt;br /&gt;Rozstawiam deskę, podłączam żelazko…&lt;br /&gt;BUM.&lt;br /&gt;Wyjebuje korki… &lt;br /&gt;Szlag.&lt;br /&gt;Na przedpokój, krzesło, wcisnąć korek i do pokoju.&lt;br /&gt;Woda. &lt;br /&gt;Do łazienki, zakręcam wodę, pokój, prasuję, wyłączam żelazko, koszula na wieszak, pięknie!&lt;br /&gt;Do wanny…&lt;br /&gt;Piętnaście minut szorowania , mycie głowy, golenie kilku włosów zarostu na twarzy.&lt;br /&gt;ZROBIONE!&lt;br /&gt;Trzy krople perfum za uszami, trzy w dołkach między obojczykami. &lt;br /&gt;Ok.&lt;br /&gt;Koszula, dżinsy, skarpety i suszarka. &lt;br /&gt;Dobra… może się nie spóźnię. &lt;br /&gt;Włosy suche, idę po buty, szalik, czapka.&lt;br /&gt;-Wiktor! Śmieci!- mama…&lt;br /&gt;Ja pierdole, kurwa, czemu?&lt;br /&gt;Dobra…&lt;br /&gt;Buty ściągnąć, do kuchni, śmieci, przedpokój, buty, na dół, ok.&lt;br /&gt;Z powrotem do mieszkania, buty, łazienka, szorowanie rąk dwa razy, pomoczone rękawy płaszcza, przedpokój, buty, rękawiczki, ‘cześć mamo! Nie wrócę na noc!’,  wyszedłem.&lt;br /&gt;Na dół, odpalam papierosa, ręce do kieszeni, idę.&lt;br /&gt;Wychodzę z ulicy…&lt;br /&gt;Kurwa…&lt;br /&gt;Zapomniałem o zegarku.&lt;br /&gt;Do domu… gaszenie papierosa na drzwiach, buty, zegarek, buty, na dół, nowy papieros, soczyste ‘kurwa’ pod nosem…&lt;br /&gt;Wszystko.&lt;br /&gt;Gdy stanąłem pod jego drzwiami byłem wykończony. &lt;br /&gt;-Łoaa, Wikuś, wcale się nie spóźniłeś tak strasznie!- powiedział w drzwiach uśmiechając się szeroko. –Kawy…- ziewnąłem ściągając szalik. –Bo umrę…&lt;br /&gt;Przytaknął i zniknął w kuchni.&lt;br /&gt;W powietrzu unosił się zapach czegoś dobrego i od razu zrobiłem się głodny.&lt;br /&gt;Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie jadłem nic od rana. &lt;br /&gt;Wszedłem do salonu. &lt;br /&gt;Na stole chłodziła się butelka wina w pojemniku z lodem, stały dwa talerze i lampki do trunku. Na środku dwie czerwone, cienkie świece i tort. Mały, z kilkoma świeczkami, symboliczny. &lt;br /&gt;Stanąłem w progu i zastanawiałem się czy nie lepiej będzie uciec.&lt;br /&gt;-Chciałeś zjeść coś dobrego, więc przygotowałem wszystko odpowiednio do potrawy.- usłyszałem za sobą i podskoczyłem nerwowo. –Świetnie…- mruknąłem, maskując zakłopotanie i rozwaliłem się niegrzecznie na kanapie. &lt;br /&gt;-Kawa.- postawił mi ja przed nosem i wrócił do kuchni. &lt;br /&gt;Przyłożył się.&lt;br /&gt;Wrócił po chwili z parującymi talerzami. &lt;br /&gt;Spaghetti.&lt;br /&gt;Ale nie takie, jakie zawsze robiłem sam, z sosem ze słoika i parówkami zamiast prawdziwego mięsa.&lt;br /&gt;Eryk zrobił najprawdziwsze spaghetti, z pomidorami, bazylią i mnóstwem przypraw, które zawsze piętrzyły się w jego kuchni. Z małymi klopsikami posypanymi świeżo startym serem. &lt;br /&gt;Jezu…&lt;br /&gt;Ale było pyszne.&lt;br /&gt;Wchłonąłem wszystko ekspresowo i popiłem winem. &lt;br /&gt;Byłem spełniony.&lt;br /&gt;-Skąd to masz?- pokręciłem lampką między palcami. Uśmiechnął się. –Zbiory ojca. Ma dobry gust…-wciągnął makaron, obryzgując twarz sosem. &lt;br /&gt;Zapewne tez byłem upaprany, ale nie miałem siły iść do łazienki. &lt;br /&gt;Gdy wyszedł zanieść talerze, zapaliłem świeczki na torcie i położyłem pudełko z prezentem na stole. &lt;br /&gt;Wrócił niosąc chipsy. &lt;br /&gt;-Wszystkiego najlepszego.- powiedziałem niewyraźnie, bo zawsze jakoś ciężko mi było życzyć komuś czegoś innego od śmierci. &lt;br /&gt;Uśmiechnął się.&lt;br /&gt;-Nie musiałeś.- rzekł biorąc do rąk pudełko. –Wiesz, że po prostu nie chciałem być sam. Sam w sobie jesteś dla mnie wystarczającym prezentem.- dodał, po czym spuścił głowę chowając czerwone policzki, jakby to co przed chwilą powiedział było jakąś wstydliwą tajemnicą.&lt;br /&gt;Puściłem to mimo uszu. &lt;br /&gt;Drżącymi dłońmi uchylił wieko i zamknął je natychmiast.&lt;br /&gt;Zdziwiłem się.&lt;br /&gt;-Co jest?- uniosłem brwi.&lt;br /&gt;No żeby kurwa umarł, jeżeli mu się nie podoba.&lt;br /&gt;-To za dużo, Wikuś… Nie mogę tego przyjąć.- szepnął chowając twarz we włosach. &lt;br /&gt;Idiota.&lt;br /&gt;Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, uderzyłem go w tył głowy otwartą dłonią.&lt;br /&gt;-Nie wkurwiaj mnie.- prychnąłem i wyciągnąłem papierosa.&lt;br /&gt;Wyszedłem na ganek odpalając go.&lt;br /&gt;Pieprzony niewdzięcznik.…&lt;br /&gt;A prawie miałem już gitarę.&lt;br /&gt;Zaciągnąłem się potężnie, czując w płucach krzepiący ból. Przytrzymałem go chwilę i wypuściłem nosem dopiero, gdy poczułem mdłości. &lt;br /&gt;Zapatrzyłem się w niebo zwiastujące hektolitry deszczu i zamyśliłem się.&lt;br /&gt;Zwrot zegarka nie wchodził w grę.&lt;br /&gt;Nie słyszałem jak wyszedł z domu. &lt;br /&gt;Poczułem tylko jego głowę między moimi łopatkami i ciepły oddech szybko stygnący na koszulce. &lt;br /&gt;Jego ręce oplotły mi się wokół pasa.&lt;br /&gt;Nie protestowałem…&lt;br /&gt;Dlaczego?&lt;br /&gt;-Dziękuję…- powiedział w moje plecy, a ja znów prychnąłem ironicznie. &lt;br /&gt;-Głupek.- mruknąłem gasząc papierosa na balustradzie. &lt;br /&gt;Chwila minęła nim wróciliśmy do domu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-3002116691308612003?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/3002116691308612003/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/06/rozdzia-20.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3002116691308612003'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3002116691308612003'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/06/rozdzia-20.html' title='Rozdział 20'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-2786278478420430793</id><published>2011-04-21T12:23:00.000-07:00</published><updated>2011-04-21T12:23:16.251-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 19</title><content type='html'>Nie wyrabiam się...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 19&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obudziłem się z głową Eryka na swoich kolanach, choć nie pamiętam, żeby się przy mnie kładł. Zegar wskazywał godzinę dziesiątą, ale rodzice jeszcze nie wrócili. &lt;br /&gt;Wstałem, brutalnie i nieczule zrzucając głowę Eryka na tapczan. &lt;br /&gt;Niestety, nie obudził się…&lt;br /&gt;Wszedłem do kuchni i włączyłem wodę na kawę. &lt;br /&gt;Jakoś niedospałem. &lt;br /&gt;Pędzel zaczął domagać się o jedzenie ocierając mi się o kostki. &lt;br /&gt;Nalałem mu mleka do miski i wsypałem trochę karmy. &lt;br /&gt;Zrobiłem sobie mizerną kanapkę z kawałkiem dziwnej szynki. Nigdy nie byłem dobry w przygotowywaniu jedzenia. &lt;br /&gt;Eryk robił to lepiej. &lt;br /&gt;Nim dopiłem kawę, wynurzył się z pokoju ze zmęczeniem i niewyspaniem wypisanym na twarzy. Rozcierał kark z wymownym grymasem. &lt;br /&gt;Moje kolana jak widać na poduszkę się nie nadają.&lt;br /&gt;Dobrze mu tak…&lt;br /&gt;Zamknął się w łazience, mrucząc pod nosem, że sam weźmie sobie ręcznik. &lt;br /&gt;Poszedłem ogarnąć w salonie ten bałagan, który nieświadomie wczoraj zrobiliśmy. &lt;br /&gt;Zbierając z podłogi papierki po cukierkach, natknąłem się na kilka kartek z zeszytu Eryka. Były całe pokreślone i poznaczone prostymi rysunkami przedstawiającego głównie mnie, zmęczonego i wkurwionego życiem.&lt;br /&gt;Wytężyłem wzrok by zobaczyć co tam nabazgrał. &lt;br /&gt;Były to fragmenty tej książki, nad którą właśnie pracował, ale zupełnie wyrwane z kontekstu i opowiadające o czymś zupełnie innym niż to, co zapamiętałem do tej pory.   &lt;br /&gt;Eryk nie raz mówił mi, że czasem pisze rzeczy, które dopiero pojawią się w  książce po jakimś czasie, w kolejnych rozdziałach. &lt;br /&gt;Nigdy mi ich nie wysyłał, a i ja nie chciałem sobie psuć zabawy. &lt;br /&gt;Ale teraz, gdy trzymałem niektóre z nierozwiązanych tajemnic, nie mogłem oprzeć się tej grzesznej ciekawości i z trudem zacząłem czytać. &lt;br /&gt;Nawet nie zauważyłem, kiedy Eryk wyszedł z łazienki. &lt;br /&gt;Poczułem tylko szarpnięcie, gdy wyrwał mi kartki z dłoni, a woda z jego włosów spłynęła mi na twarz. &lt;br /&gt;-Jak… mogłeś?- wysyczał zaciskając zęby. Był naprawdę wściekły. Mierzył mnie morderczo oczekując wyjaśnień, ale ja nie miałem zamiaru się tłumaczyć.&lt;br /&gt;A już tym bardziej przepraszać. &lt;br /&gt;-Pilnuj swoich rzeczy.- prychnąłem i kontynuowałem sprzątanie, nie uraczając go spojrzeniem. &lt;br /&gt;Poczułem, że go spoliczkowałem… &lt;br /&gt;Eryk nigdy tak naprawdę się na mnie nie obraził. To zazwyczaj trwało kilka chwil i było raczej tak dla żartu.  Więc zdziwiłem się nie mało, gdy wchodząc do szkoły, Eryk przywitał mnie tylko chłodnym ‘cześć’, po czym od razu zajął się swoimi zeszytami. &lt;br /&gt;Najgorsze jednak było to, że Eryk obrażał się zupełnie inaczej niż wszyscy. &lt;br /&gt;Inni milczeli, ostentacyjnie nie zwracali na ciebie uwagi i przechodzili obok z głuchym prychnięciem. On jednak, zauważał cię, ba, nawet z tobą rozmawiał, al jego ton był tak zimny, tak nieprzyjemny, a jego spojrzenie tak złowieszczo obojętne, że aż coś ściskało w żołądku.&lt;br /&gt;Brak uczuć boli najbardziej. &lt;br /&gt;Na początku właściwie mi to nie przeszkadzało. Starałem się to ignorować, bo jak myślałem, przejdzie mu za dwa – trzy dni. Ale gdy tydzień później odwołał nawet nasze wspólne, cotygodniowe oglądanie filmów, straciłem cierpliwość.&lt;br /&gt;-To tylko kilka chorych kartek, a ty zachowujesz się tak jakbym zabił ci psa!- ryknąłem przez telefon. –Ale ja nie mam psa…- mruknął niechętnie. – Bo ci go zabiłem!- wrzasnąłem jeszcze głośniej i już miałem się rozłączyć, gdy powiedział: -Już się nie gniewam…-ale w jego głosie bardziej było słychać smutek niż radość z mojego rozgrzeszenia. &lt;br /&gt;Czy naprawdę, aż tak go skrzywdziłem? &lt;br /&gt; Pogoda była straszna. Deszcz ze śniegiem mieszał się z potwornym, dwudziesto stopniowym mrozem, przez co nawet nie chciało się nam palić na przerwach. Śnieg stopił się momentalnie i został zastąpiony brudnym lodem. &lt;br /&gt;Cztery upadki po drodze do szkoły, ale ręki nie złamałem.&lt;br /&gt;Pech…&lt;br /&gt;Co rano budził mnie lodowaty wiatr chłostający szyby. &lt;br /&gt;Parę miesięcy temu o mało co się nie zabiłem. Teraz, wyglądając przez okno, miałem ochotę to powtórzyć. &lt;br /&gt;-O mój boże, ja chcę ferie!- jęknąłem, siadając w ławce obok Eryka. –Za miesiąc będą…- mruknął niewyraźnie, zapatrzony w litery swojego opowiadania. –Wiem, kurwa i zamknij się.- warknąłem opadając głową na blat. &lt;br /&gt;Miałem już szczerze dość tej szkoły.&lt;br /&gt;W dodatku, po moim pobycie w szpitalu, przypięto mi łatkę ‘emo - retarda’, co było wręcz absurdem. &lt;br /&gt;Z ową subkulturą nie łączyło mnie nic, od ubioru i fryzury począwszy, po muzykę i nawet podejście do świata. Ja nawet miałem inne powody do samodestrukcji niż oni. &lt;br /&gt;Po prostu przesadziłem z żyletką.&lt;br /&gt;Niedouczone bezmózgi.   &lt;br /&gt;Tak jak obiecałem, zgodziłem się jechać na ferie do dziadków Eryka. Mieszkali w dość dużej miejscowości około dwustu kilometrów od naszego miasta. &lt;br /&gt;Najlepiej i najszybciej jechało się tam pociągiem.&lt;br /&gt;Eryk siedział tam już od początku ferii, ale ja jak zwykle pokonany lenistwem, postanowiłem pojechać tam w drugim tygodniu czasu wolnego.&lt;br /&gt;Tak… Prawie spóźniłem się na pociąg…&lt;br /&gt;Jakimś cudem znalazłem sobie  miejsce. Wepchnąłem się na chama między dwie osoby. Przecież nie będę stał dwóch godzin. Jakoś wcisnąłem walizkę między nogi i uśmiechnąłem się z dumą, bo właśnie zarobiłem plus cztery do zręczności i plus dwa do sprytu. Wagony były przepełnione. Nigdy nie jeździłem  pociągami i czułem się trochę jak na wywozie do obozu koncentracyjnego. &lt;br /&gt;Rozejrzałem się po pociągu chcąc upoić się tym, że miałem miejsce siedzące. &lt;br /&gt;Po lewej stronie, na wysokości moich oczu siedział ogromny, futrzasty kocur. Odskoczyłem od niego machinalnie, łapiąc głośno powietrze. Kobieta mająca na głowie to wielkie, groźne bydle, spojrzała na mnie z politowaniem, poprawiając kota. &lt;br /&gt;‘Ach… A więc to czapka…’ zażenowany przykryłem twarz dłonią.&lt;br /&gt;Gdy w końcu dojechałem, na stacji czekał na mnie jego dziadek. Krzepki, siwy mężczyzna w czapce z daszkiem i wielkich nausznikach. Dziarsko uścisnął mi dłoń i potrząsnął nią mocno. &lt;br /&gt;Poczułem jak staw wysuwa mi się z przedramienia. &lt;br /&gt;-Wnuk dokładnie ciebie opisał. Nie sposób cię nie poznać.- zagadnął wesoło, klepiąc mnie w środek pleców. &lt;br /&gt;Moje płuca wyfrunęły, przeleciały przez peron i zatrzymały się na torach.&lt;br /&gt;Chwilę po tym przejechał je pociąg. &lt;br /&gt;Zacząłem się zastanawiać, czy dożyje do końca tygodnia.&lt;br /&gt;Wymusiłem coś na kształt uśmiechu i podziękowałem uprzejmie za odebranie. Zaśmiał się głośno i poprowadził do samochodu. Na całe szczęście, zdążyłem uchylić się przed czułym poklepaniem po głowie. &lt;br /&gt;Po piętnastu minutach byliśmy już na miejscu. &lt;br /&gt;Dziadkowie Eryka mieszkali w ładnej kamienicy w centrum miasta. Odnowionej, w kolorze niebieskim. Ramy okien – granatowe, dach w kolorze grafitu i drzwi, mocne, dębowe. Kwieciste ornamenty na balustradach i fasadach były śnieżnobiałe. Na samym środku- głowa mężczyzny wykrzywiona w grymasie szczęścia.&lt;br /&gt;Miło…&lt;br /&gt;Eryk przywitał mnie rzucając mi się na szyję i nie chcąc się odczepić przez kolejne pięć minut. -Mógłbyś… Mógłbyś już mnie puścić? Nie widziałeś mnie tylko kilka dni….- syknąłem. Robiło mi się już gorąco w tej kurtce i z ciężką torbą w ręku. –Nie… Tęskniłem…-wymamrotał w mój szalik. Gdyby nie jego babcia stojąca w progu, zadźgał bym go plastikową słomką. &lt;br /&gt;Gdy w końcu zdecydował się mnie zostawić i po tym, jak jego babcia oprowadziła mnie po mieszkaniu, padłem na łóżko w pokoju i zapragnąłem snu. –Zrobię herbaty.- powiedział, a ja czując we włosach jego długie, ciepłe palce zadrżałem z obrzydzenia. &lt;br /&gt;Gdy wrócił, opowiedziałem mu co mnie spotkało w pociągu.&lt;br /&gt;-No taka moda…- wzruszył ramionami gdy skończyłem.&lt;br /&gt;-Ale ta czapka miała uszy!! I ogon!- krzyknąłem. Uśmiechnął się do mnie wyrozumiale i popatrzył na mnie tak, jakbym przybył ze średniowiecza. Wyciągnął z szafy czapkę-kota w kolorze brązu i założył sobie na głowę.&lt;br /&gt;Poczułem jak w moją twarz uderza coś ciężkiego.&lt;br /&gt;Nic nie mówiąc, napiłem się herbaty.&lt;br /&gt;Cóż… Byłem tu  pierwszy raz i choć wcale nie miałem ochoty nigdzie wychodzić, Eryk uparł się, że musi pokazać mi najciekawsze części miasta.&lt;br /&gt;Po zwiedzeniu starówki, wpadł na genialny pomysł przejechania się autobusem. &lt;br /&gt;Staliśmy na przystanku. Lodowaty wiatr pizgał śniegiem prosto w twarz, a ja oczywiście, nie miałem czapki. Roztarłem zmarznięte uszy dłońmi. Zerknęłam na Eryka w kocie na głowie i po raz kolejny utrwaliłem się w przekonaniu, że chyba jednak wolę nie mieć uszu. Eryk spojrzał na mnie i znacząco poprawił czapkę. –Wolałbym umrzeć…- warknąłem, dalej walcząc z zimnem. –Pewnie… Lepiej jest marznąć.- uśmiechnął się sarkastycznie. –Nie… Lepiej jest zakładać głowę kota, przez jego odbyt.- mruknąłem zakładając kaptur. Babcia, która stała obok nas, zmierzyła mnie z pogardą.  &lt;br /&gt;Autobus przyjechał z pięciominutowym opóźnieniem, co było tu chyba normalne, bo nikt oprócz mnie nie wyraził głośnego oburzenia. Usiedliśmy gdzieś po środku i wlepiliśmy oczy w szyby odbijające blask latarni ulicznych i świateł samochodów. Niebo zasnuwała już czarna kurtyna wieczoru, a śnieg wciąż beztrosko hulał z wiatrem. &lt;br /&gt;Nienawidziłem zimy. &lt;br /&gt;Jechaliśmy ponad godzinę nim wysiedliśmy powrotem na tym samym przystanku, na którym wsiedliśmy do środka. &lt;br /&gt;Wróciliśmy do domu w ciągu kilku sekund, cali przemoczeni, głodni i zziębnięci. Wciągnęliśmy dwudaniowy obiad nie odzywając się nawet słowem.&lt;br /&gt;Zbyt dużo uwagi pochłaniało nam wpychanie w siebie ziemniaków. &lt;br /&gt;Poczuliśmy zmęczenie dopiero, gdy odłożyliśmy widelce. &lt;br /&gt;Normalnie zasnąłbym pewnie przy stole, ale wciąż targające mną dreszcze zmusiły mnie do gorącej kąpieli. &lt;br /&gt;Po dwudziestu minutach mojego niewychodzenia z łazienki, Eryk regularnie co pięć minut walił pięścią w drzwi, żebym nie zasnął, bo przyznaję, byłem ku temu bliski.&lt;br /&gt; Przed spaniem jego babcia zrobiła nam gorącą czekoladę z bitą śmietaną, którą wypiliśmy duszkiem i padliśmy na poduszki z ciężkimi powiekami. &lt;br /&gt;Rano obudził nas gromki krzyk dziadka zwiastujący nadchodzący wypad na miasto. –Pokażę wam dziś najlepsze miejsca!- ryknął radośnie i wepchnął nas obu do łazienki. –Za dziesięć minut wyjazd!- usłyszeliśmy zza drzwi i chcąc nie chcąc, zaspani zaczęliśmy myć zęby. &lt;br /&gt;Pogoda tego dnia była nadzwyczaj ładna. Wysokie słońce, lekki mróz i brak wiatru, co nad morzem było rzadko spotykane. &lt;br /&gt;Pierwszym etapem naszej wędrówki było oceanarium. &lt;br /&gt;Oglądaliśmy nietypowe stworzenia, żyjące pod wodą i dyskutowaliśmy o tym, jak to natura jest popierdolona, skoro wymyśliła takie zwierzęta. &lt;br /&gt;Chwilę dłużej zatrzymaliśmy się przy akwarium z rekinami. One zawsze mnie dziwnie intrygowały. Eryk natomiast zakochał się w ośmiornicy, która jego zdaniem, gdy przepływała przed nim, uśmiechnęła się do niego życzliwie. &lt;br /&gt;Ośmiornice mogą być życzliwe?&lt;br /&gt;Stwierdził, że gdy będzie miał swoje mieszkanie to kupi sobie właśnie taką i nazwie ją Zbyszek, bo, jak powiedział, Zbyszek to idealne imię dla ośmiornicy.&lt;br /&gt;Błogosławiłem pędzle, które go natchnęły przy wyborze imienia dla  mojego kota.&lt;br /&gt;Zobaczyłem wielkie meduzy i modliłem się w duchu o to, żeby ta wielka szyba akwarium nie pękła, by one nie mogły zemścić się za ich mniejszych krewniaków, które kroiłem łopatką jako dziecko. &lt;br /&gt;Po dwóch godzinach zwiedzenia, wszyscy zrobiliśmy się trochę głodni.&lt;br /&gt;Przez ponaglanie dziadka, nie zdążyliśmy nawet zjeść śniadania.&lt;br /&gt;Poszliśmy do małej, przytulnej restauracji i zamówiliśmy rybę z frytkami. &lt;br /&gt;Po oglądaniu tych  gatunków w oceanarium, jakoś mnie trochę odrzuciło.&lt;br /&gt;Następnym etapem wycieczki była latarnia morska.&lt;br /&gt;Po dwusetnym stopniu przestałem już liczyć. Byłem wykończony. Każdy kolejny stopień zadawał ból wszystkim moim mięśniom. Ale i tak sobie jakoś radziłem. Te przebiegnięte kilometry wyrobiły mi kondycję i chociaż potrafiłem odpowiednio oddychać. Eryk chyba umarł gdzieś między stopniem sto pięćdziesiątym a sto siedemdziesiątym, bo szedłem już dziesięć minut, a jego wciąż nie było widać. Tylko jego dziadek pruł przed siebie pełen wigoru i z uśmiechem na ustach. Jakby taka przechadzka w górę przez tysiąc stopni była zwyczajnie zabawna. &lt;br /&gt;Chciałbym mieć tyle sił w jego wieku. &lt;br /&gt;Gdy dotarliśmy na sam szczyt, Eryk wczołgał się do nas dopiero po dobrych dwudziestu minutach i przez kilka kolejnych siedział pod ścianą łapiąc zachłannie każdy łyk powietrza. Pot spływał mu spod ciepłej czapki i zalewał oczy. &lt;br /&gt;Z siedemdziesięciu kilogramów schudł do sześćdziesięciu.&lt;br /&gt;Mimo drżących nóg i katorgi jaką musieliśmy przejść by się tu wspiąć, widok był warty tego wysiłku. Ośnieżone, białe miasto, lśniące niebieskimi iskrami lodu i oślepiająco skrzącymi się w słońcu szybami okien. &lt;br /&gt;Przeciągnąłem się i wciągnąłem głęboko odświeżający zapach morza dochodzący w każdy zakątek ulic.   &lt;br /&gt;Schodzenie na nogach pozbawionych sił było jeszcze gorsze niż wspinaczka. Myślałem, że za chwilę w którejś z nich stracę czucie i stoczę się na sam dół łamiąc wszystkie kości.&lt;br /&gt;Zwiedziliśmy jeszcze kilka katedr, słynne molo i starówkę, na której poszliśmy na kawę i gorącą szarlotkę. Tak najedzeni i wypoczęci poszliśmy na plażę, odświeżyć umysły. Ludzie spacerowali pomału rozkoszując się szumem fal i rozmawiając cicho. A my staliśmy przy samym morzu i pozwalaliśmy wodzie łechtać nasze zimowe buty. &lt;br /&gt;Gdzieś nad nami skrzeczące mewy, a w środku, przynajmniej we mnie, nieprzyjemne uczucie zawodu, że prawdopodobnie już więcej tego z Erykiem niedoświadczę. &lt;br /&gt;Puściliśmy jeszcze parę kaczek na wodzie i wróciliśmy do samochodu, bo wraz z wieczornym mrokiem nadszedł chłód. &lt;br /&gt;Wracając dziadek Eryka opowiadał historie o tym, jak tu było, gdy był w naszym wieku. O swoich rowerowych eskapadach i przekrętach na turystach. &lt;br /&gt;Siedzieliśmy z tyłu i słuchaliśmy uważnie opowieści. Wpatrywałem się w ciemną przestrzeń za szybą i nawet nie zauważyłem, gdy Eryk zasnął opadając głową na moje ramię.&lt;br /&gt;Dziwnie było mi stąd wyjeżdżać. Gdy do nich jechałem, wyobrażałem sobie dziadków Eryka jako wyrachowanych, zadufanych ludzi, patrzących na innych przez pryzmat swoich osiągnięć, takich, jak jego rodzice. Ale oni byli po prostu wspaniali. &lt;br /&gt;Żałowałem, że nie przyjechałem z Erykiem na początku ferii.&lt;br /&gt;Babcia zapakowała nam reklamówkę prowiantu na drogę, składającego się głównie z różnych ciast. Pożegnała nas ciepło i pomachała nawet z okna, gdy wsiadaliśmy do samochodu. Dziadek odwiózł nas na stację i uściskał na tyle mocno, że każdy nas słyszał chrupnięcie kręgosłupa. &lt;br /&gt;Nie odjechał, póki nie wsiedliśmy do pociągu. &lt;br /&gt;To, jak były przepełnione wagony, gdy tu jechałem było niczym w porównaniu z tym co się działo teraz. O miejscu siedzącym, nie było nawet mowy. &lt;br /&gt;Studentom też kończyły się ferie. &lt;br /&gt;W ostatnią wolną niedzielę pojechaliśmy nad morze autobusem, od tak, pospacerować, bo wciąż trzymał nas nastrój z odwiedzin u jego dziadków.&lt;br /&gt;Ale te miasteczko było zupełnie puste. Przeraźliwe echo odbijało nasze kroki od zabitych deskami kiosków z lodami i przytłaczało niechętną szarością. &lt;br /&gt;Włóczyliśmy się wzdłuż nudnych alej, które zawsze w lato tętnią życiem i wrzaskiem turystów. &lt;br /&gt;Morze też było nieprzyjemne. Czarne i płaskie. &lt;br /&gt;Jakby martwe.&lt;br /&gt;Wróciliśmy do domu zziębnięci i przesiąknięci smutkiem tych wszystkich opuszczonych ulic i wszechobecnej ciszy. &lt;br /&gt;Drugi semestr natomiast, rozpoczął się hukiem tłuczonego szkła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-2786278478420430793?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/2786278478420430793/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/04/rozdzia-19.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2786278478420430793'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2786278478420430793'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/04/rozdzia-19.html' title='Rozdział 19'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-2186796321023787007</id><published>2011-03-10T11:29:00.000-08:00</published><updated>2011-03-10T11:29:22.477-08:00</updated><title type='text'>Wiktor 18</title><content type='html'>Nie wyrobiłam się do świąt xD&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 18&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Eryk wrócił w niedzielę po południu i jeszcze tego samego dnia przyszedł odebrać rysunek. Wszedł do mnie do pokoju i staną przede mną. –Nie wiedziałem co ci kupić.- powiedział i wyciągnął z za siebie całkiem spory pakunek. –Nie chcę tego.- odburknąłem biorąc do rąk gitarę. –Czemu? Nawet nie wiesz ile się tego naszukałem.- położył paczkę obok mnie i zaczął rozglądać się po moich pulkach w poszukiwaniu Izabeli. –Jest na biurku.- mruknąłem do strun. Wziął ją do rak i przyjrzał się uważnie. –Wygląda jak zdjęcie.- pokręcił głową z niedowierzaniem. –Starałem się.- wciąż mówiłem do gitary. &lt;br /&gt;-Jest idealny. Dziękuje.- opadł obok mnie, a ja przez chwile miałem wrażenie, jakby chciał mnie pocałować.&lt;br /&gt;Przywidziało mi się.&lt;br /&gt;Chyba…&lt;br /&gt;-Nie otworzysz?- zapytał, szturchając mnie palcem. Przewróciłem oczami i przestałem grać. &lt;br /&gt;Czy ktokolwiek zna tak upierdliwą osobę?&lt;br /&gt;Rozerwałem gwałtownie papier, a na kolana wpadła mi duża, ciemnobrązowa skórzana torba z dwoma kieszeniami na sprzączki z przodu. W środku  obszerna, spokojnie mieszcząca wszystkie moje szkicowniki, z milionem przegródek na ołówki, długopisy i kredki. Na przedniej części tuż nad zapięciem wyryte były moje inicjały. &lt;br /&gt;Musiała kosztować miliard.&lt;br /&gt;-Nie masz na co wydawać pieniędzy?- burknąłem, przyjeżdżając palcem po literach. &lt;br /&gt;-Nie.- uśmiechnął się z dumą widząc, że mi się podoba. –Zamówiłem ją jeszcze przed wyjazdem do dziadków, żeby była gotowa, gdy tylko tam przyjadę.- włożył do niej moje pudełko z kredkami. – Przynajmniej ci się do czegoś przyda.- rozsiadł się wygodnie. –Zrób mi herbatę.- zerknął pod rysunek Izabeli na tablicy korkowej. –Muszę przepisać od ciebie lekcje.- przyglądał się naszemu zdjęciu z błogim uśmiechem na ustach. –Ale ja nie mam lekcji.- odparłem patrząc krzywo. –No właśnie.- wyszczerzył się i oderwał od tablicy. –A przecież nie mogę wrócić tak szybko od ciebie.- ziewnął. –W końcu to tydzień nieobecności. &lt;br /&gt; Początek grudnia powitał nas śniegiem. Szóstego, poszliśmy na wagary, bo żenowały nas klasowe wigilie i te tandetne, nic nie znaczące upominki z najtańszego sklepu w mieście. &lt;br /&gt;Na piwo było za zimno, więc spacer był jak najbardziej trzeźwy. Gdy dotarliśmy na błonia, Eryk oddalił się ode mnie na chwilę. &lt;br /&gt;Śnieg skrzypiał radośnie pod butami, a powietrze kuło delikatnie lodem w środku nosa. I właśnie wtedy, gdy wziąłem kolejny, odświeżający wdech, na głowie rozbryznęła mi się puszysta kula, która wpadła za szalik częstując mój kark obfitą porcją śniegu. Stanąłem nieruchomo zaciskając palce w pięści. &lt;br /&gt;Echo jego śmiechu stłumiły zasypane drzewa. &lt;br /&gt;Nim zdążył pojąć co się stało, rzuciłem w niego śnieżka (celując prosto w roześmianą twarz) i puściłem się biegiem, by schować się za najbliższe drzewo. &lt;br /&gt;Przez dobre pół godziny ganialiśmy się po parku, przewracaliśmy się nawzajem i rzucaliśmy śniegiem.&lt;br /&gt;Ulepiliśmy bałwana na środku placu, tuż pod sceną. Wielkiego bałwana, z patykiem jako nosem i naprawdę porządnym penisem – dziełem Eryka. &lt;br /&gt;Cali przemoczeni poszliśmy po gorącą czekoladę na pobliską stację benzynową. &lt;br /&gt;Włóczyliśmy się jeszcze trochę po białym mieście ze styropianowymi kubkami w dłoniach. Eryk opowiadał mi o swoich nowo zamówionych mangach, na które czeka, o nowych piosenkach, które poznajdywał w sieci, i które koniecznie musi mi pokazać. A ja słuchałem uważnie przytakując co jakiś czas. &lt;br /&gt;Lubiłem go słuchać… &lt;br /&gt;I choć nie chciałem tego przed nikim przyznać, będzie mi brakowało tej jego idiotycznej paplaniny. &lt;br /&gt;-Wejdziesz?- usłyszałem  głos Eryka i ocknąłem się z zamyślenia. &lt;br /&gt;Staliśmy przed jego domem. &lt;br /&gt;-Nie. Idę do siebie.- odparłem wyrzucając pusty kubek do śmietnika przed furtką. &lt;br /&gt;-Odprowadzić cię?- zapytał, ale ja odwróciłem się już i włożyłem słuchawki do uszu. Pomachałem mu wierzchem dłoni, po czym włożyłem obie do kieszeni i wyszedłem z ulicy. &lt;br /&gt;Miałem piętnaście lat.&lt;br /&gt;Nie miałem specjalnych zmartwień i powodów do obaw. Uczyłem się całkiem dobrze i oprócz kilku zagrożeń z matematyki , fizyki i chemii nie musiałem się denerwować czy zdam, czy nie.&lt;br /&gt;Jednak, gdy zostawałem sam, wielka bryła lodu zsuwała mi się prosto do żołądka, a ja topiłem się w beznadziejności  mojego małego świata, który opierał się przede wszystkim na tym kretynie. &lt;br /&gt;A on wyjeżdżał za kilka miesięcy. &lt;br /&gt;Zastanawiałem się… czy moje życie spadnie mi na głowę, przygniatając mnie, czy wręcz przeciwnie? Wszystko stanie się dla mnie obojętne? &lt;br /&gt;Zgasiłem papierosa w śniegu na ławce i wszedłem do domu.&lt;br /&gt; Kolejne półtora tygodnia upłynęło w atmosferze wyczekiwania ferii świątecznych.&lt;br /&gt;Szkolne korytarze pokryły się corocznymi dekoracjami, które zdążyły już zblaknąć przez dobre parę lat. Na każdym piętrze stała licha choinka z wielką gwiazdą na czubku. &lt;br /&gt;Za to nauczyciele chyba wcale nie odczuwali magii świąt, bo z dnia na dzień mieliśmy coraz więcej prac domowych, które musieliśmy odrabiać, żeby nie dostać kolejnych zagrożeń na koniec semestru. &lt;br /&gt;Na całe szczęście Eryk na święta zostawał w domu, więc już planowaliśmy jak spędzimy ten czas.&lt;br /&gt;Gdy nadeszło wolne znów zabrałem się za poważne porządki w całym mieszkaniu. Wyczyściłem z kurzu wszystko, od półek po żyrandole i karnisze. &lt;br /&gt;Kończąc pootwierałem okna, by odświeżyć pokoje. &lt;br /&gt;Zapach śniegu zatańczył z cynamonowym olejkiem zapachowym, a ja rzuciłem się wykończony na tapczan. &lt;br /&gt;Eryka też czekało generalne sprzątanie, więc gdy tylko nadarzała się okazja do ucieczki, znajdował się u mnie pod drzwiami. &lt;br /&gt;-Dłużej tego nie zniosę!- wybuchł, dzień przed wigilią, rzucając mi się na świeżo wyprasowaną i obleczona pościel. –Każą mi posegregować ubrania! Rozumiesz? Mi! Gdzie ja nawet skarpetki zakładam dwie różne!- podciągnął do góry nogawki i pokazał mi dwie pasiaste skarpety – jedną w kolorze żółtym, drugą w czerwonym. &lt;br /&gt;Jego pokój, odkąd pamiętam, zawsze był tak samo zagracony. Tysiące pogniecionych kartek przykrywało podłogę, gdzieniegdzie można było znaleźć części garderoby bądź niedojedzoną kanapkę. Na półkach stały książki i mangi poukładane nierówno i byle jak, razem z kilkoma papierowymi figurkami, które Eryk sklejał sam.&lt;br /&gt;Biurko zaśmiecone było wkładami do długopisów i piór, a ściany poobklejane krzywo zdjęciami i plakatami z jego bajek, kilkoma naszymi fotografiami i paroma moimi rysunkami.  Kontrastując z tym wszystkim, tuż nad łóżkiem, idealnie równo wisiał obraz, który podarowałem mu kiedyś na urodziny. &lt;br /&gt;Najgorsze wrażenie jednak robiła szafa.&lt;br /&gt;Zwykła, polakierowana szafa z jasnego drewna, cała zapisana, poklejona, pobazgrana koślawymi literami Eryka. &lt;br /&gt;Większość była cytatami z jego ulubionych książek bądź filmów, gdzieniegdzie teksty z piosenek, parę moich wypowiedzi, oraz kilka jego własnych myśli. Między tym wszystkim błąkały się japońskie symbole i znaki, które Eryk wręcz uwielbiał pisać. &lt;br /&gt;Biorąc to wszystko pod uwagę, segregacja ubrań w szafkach była chyba dość absurdalnym pomysłem. &lt;br /&gt;  W wigilijny poranek obudziłem się wystarczająco wcześnie, by wyjść z domu przez nikogo niezauważony. Założyłem dżinsy i kurtkę na pidżamę, wsunąłem buty i wybiegłem na dwór. &lt;br /&gt;Był zadziwiająco piękny dzień – słoneczny, mroźny i pełen śniegu. Takich świąt nie było już dawno. &lt;br /&gt;Stanąłem przed klatką i odpaliłem papierosa. Zabiegani ludzie, obładowani ostatnimi zakupami, w pośpiechu składali sobie życzenia. A ja śmiałem się z nich pod nosem, licząc na to, że ktoś się w końcu pośliźnie i upadnie. &lt;br /&gt;Niestety.&lt;br /&gt;Nawet pani w niebywale wysokich szpilkach nie dała mi tej przyjemności…&lt;br /&gt;Gdy wróciłem do domu, nagle uświadomiłem sobie, że teraz zacznie się najgorszy czas w dzisiejszym dniu.&lt;br /&gt;Czekanie o pustym żołądku. &lt;br /&gt;Zapakowałem prezent dla Eryka w gustowny papier, na który wydałem więcej niż na samą niespodziankę. Zamówiłem mu koszulkę z nazwą jego ulubionego zespołu i kilka zeszytów z komiksami. &lt;br /&gt;Rodzicom też kupiłem po drobiazgu. Mamie – flakon jej ulubionych perfum, ojcu – nowy szlafrok. &lt;br /&gt;Co od nich dostanę? &lt;br /&gt;Nie miałem pojęcia.&lt;br /&gt;Okazało się, że w tym roku czekało na mnie dość duże pudełko, co zdziwiło mnie niemało, bo mama kategorycznie odmówiła kupienia mi nowej konsoli,&lt;br /&gt;Otworzyłem je ostrożnie z uśmiechem niedowierzania, ale to co było w środku na pewno nie było konsolą. &lt;br /&gt;Ba… Nie było nawet rzeczą.&lt;br /&gt;Panie Jezu, powiedz…&lt;br /&gt;Co skłoniło rodziców, żeby kupić mi…&lt;br /&gt;KOTA?&lt;br /&gt;Wyciągnąłem go niepewnie. Był niewiele większy od mojej dłoni, srebrny w czarno-białe pręgi, z brązowym nosem i niebieskimi oczami.&lt;br /&gt;Spojrzałem na rodziców, dokładnie nie mogąc określić swoich uczuć. &lt;br /&gt;-Podoba ci się? Stwierdziliśmy z tatą, że zwierzak w domu dobrze ci zrobi. Poza tym, lubisz koty, prawda?- mama uklęknęła obok mnie i zabrała mi stworzenie z rąk. Delikatnie ukłułem go w brzuch.&lt;br /&gt;Miauknął. &lt;br /&gt;Wzdrygnąłem się mimowolnie i odsunąłem się od nich.&lt;br /&gt;Wcale nie chciałem mieć zwierzęcia. I gdy tak zacząłem wyliczać w myślach ile obowiązków mnie teraz czeka, mama położyła kota przede mną i uśmiechnęła się.&lt;br /&gt;-Jak go nazwiesz?- zapytała. Spojrzałem na nią z otwartymi ustami.&lt;br /&gt;Ja nawet dla obrazów nie mam imion, a co dopiero dla czegoś takiego.&lt;br /&gt;Kot był właśnie w trakcie zaplątywania się w choinkowy łańcuch.&lt;br /&gt;-Nie wiem.- wzruszyłem ramionami, bo jedyne imię jakie mi teraz przychodziło do głowy to Idiota. –Na razie niech zostanie Kotem.- wstałem, zebrałem komplet kocich akcesoriów z pudła i poszedłem do kuchni. Nasypałem mu karmy, nalałem mleka, wsypałem pisaku do kuwety i rozłożyłem legowisko w przedpokoju. &lt;br /&gt;Wędrował za mną.&lt;br /&gt;Przy każdym kroku musiałem uważać, bo był tak mały, że w każdej chwili mogłem na niego nadepnąć. &lt;br /&gt;W dodatku ciągle miauczał. Przez cały czas…&lt;br /&gt;Miau… Miau…. Miau…. Miau….&lt;br /&gt;Ja pierdole.&lt;br /&gt;Najgorzej, że kot zawsze spada na cztery łapy.&lt;br /&gt;O nauce latania mogłem zapomnieć. &lt;br /&gt;Przed spaniem przygotowałem sobie listę odpowiednich imion, ale kończąc na Pierniku, tylko zakryłem sobie twarz dłonią i zgasiłem światło. &lt;br /&gt;Na tapczanie pojawiła się para niebieskich oczu, świecących jak samochodowe reflektory, a ciszę przerwało dostojne mruczenie. &lt;br /&gt;Pospacerował chwile w tą i z powrotem po łóżku, poczym zwinął się w kłębek tuż przy mojej głowie. &lt;br /&gt;Ponoć mruczenie kota uspokaja. &lt;br /&gt;Ja miałem ochotę wyrzucić go przez zamknięte okno. &lt;br /&gt;Nie chciałem nawet myśleć, co to będzie, gdy podrośnie…&lt;br /&gt; Obudziłem się rano w mokrych skarpetach. Leżałem chwilę nieruchomo, pomału uświadamiając sobie, co się właściwie stało. Gdy w końcu to do mnie dotarło, zerwałem się z  łóżka i ściągnąłem pospiesznie skarpety. &lt;br /&gt;Dysząc wściekle rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu winowajcy. &lt;br /&gt;Nie… wcale się nie ukrywał. &lt;br /&gt;Siedział sobie na biurku i miętosił w łapach pogniecioną kartkę.&lt;br /&gt;-Ty wredny, niegodziwy  i zły parszywcu!- rzuciłem w niego skarpetą. Zasyczał i zeskoczył na podłogę. –Ja ci tu syknę zaraz…- złapałem go za futro, wyniosłem na przedpokój i wrzuciłem go do kuwety. –TU MASZ SZCZAĆ!- ryknąłem na niego. Kot pomieszał łapą w piasku, wyraźnie zachwycony i wyszedł z podniesionym ogonem. &lt;br /&gt;Poczułem jak ogarnia mnie biała furia. Nim zdążyłem chwycić go po raz drugi, mama wyszła z kuchni i wzięła kota na ręce. &lt;br /&gt;Zacisnąłem pięści i wściekły wróciłem do pokoju zmienić pościel. &lt;br /&gt;Ja naprawdę lubię koty. &lt;br /&gt;Ale dla mnie są bezużyteczne. &lt;br /&gt;Pies się chociaż posłucha, gazetę przyniesie… A kot? &lt;br /&gt;Kot tylko chodzi i wkurwia. &lt;br /&gt;Zmieniłem jednak zdanie w drugi dzień świąt, gdy w moich drzwiach pojawił się Eryk.&lt;br /&gt;Wtedy Kot, wybiegł z mojego pokoju i rzucił się na jego nogawkę wbijając pazury tak mocno, że zawisł tuż nad jego kolanem. &lt;br /&gt;Eryk zawył z bólu, a ja oparłem się o framugę i z dumą założyłem ręce na piersi. &lt;br /&gt;Najbardziej wzruszający obraz jaki kiedykolwiek widziałem.&lt;br /&gt;Teraz spokojnie może mi sikać na stopy. &lt;br /&gt;Po jakimś czasie Kot przyzwyczaił się do Eryka i już go tak nie atakował, co właściwie było smutne.&lt;br /&gt;A nawet dawał mu się podrapać.&lt;br /&gt;Judasz…&lt;br /&gt;Jednak wystarczyło moje jedno znaczące spojrzenie by kot rzucił mu się na nogę. &lt;br /&gt;Lubiłem to robić.&lt;br /&gt;Dzień przed sylwestrem siedzieliśmy u mnie w pokoju, wkurzając Kota kolorowym sznurkiem. &lt;br /&gt;-Wciąż nie masz dla niego imienia?- zapytał Eryk strzelając zwierzęciu palcem w ucho. &lt;br /&gt;-Nie.- mruknąłem obojętnie. –Może Mira?- zapytał z uśmiechem. –Chyba cię pogięło. Żadnych durnych imion z twoich równie durnych bajek.- warknąłem. Wzruszył ramionami wyraźnie urażony. Wtedy kot wskoczył na mój szkicownik zrzucając na podłogę zestaw pędzli. Eryk spojrzał na mnie w sposób, który nie wróżył niczego dobrego. –Wybij to sobie z głowy.-  syknąłem ostrzegawczo, zbierając przybory. &lt;br /&gt;-Dlaczego? Pędzel to idealne imię dla niego. Spójrz!- wziął go na ręce i przystawił mi do oczu. &lt;br /&gt;Tak samo debilny wyraz twarzy jak wcześniej i nic nie wskazywało na to by choć odrobinę upodobnił się do pędzla. &lt;br /&gt;Nawet ogon miał jakiś taki… płaski…&lt;br /&gt;-Przynajmniej nigdy nie zapomnisz jak się nazywa.- kontynuował machając kotem w lewo i w prawo. &lt;br /&gt;-Rozważę to…- odparłem z niesmakiem. &lt;br /&gt;W kocu jednak został Pędzlem bo faktyczne dla mnie było najłatwiejsze, a i ten mały upierdliwiec na nic innego nie reagował.&lt;br /&gt; Sylwester spędziliśmy u mnie w domu bo moi rodzice wyszli do znajomych. Zamówiliśmy pizzę, wyciągnęliśmy piwo z lodówki i przenieśliśmy konsole do dużego pokoju.&lt;br /&gt;Tu był większy telewizor. &lt;br /&gt;Usiadłem na fotelu i odpaliłem papierosa włączając grę. Eryk wyciągnął się na podłodze ze swoim nowym laptopem. Wokół siebie rozłożył swoje zeszyty i kilka luźnych, zapisanych kartek. Otworzył dokument ze swoja książką.&lt;br /&gt;Sześćdziesiąt stron…&lt;br /&gt;Całkiem nieźle.&lt;br /&gt;Zwinął go, otworzył stronę internetową, popatrzył, zamknął znów otworzył tekst, przysunął zeszyt do siebie, ale zaraz go odepchnął i otworzył kilka folderów. &lt;br /&gt;Mój celnie wymierzony headshot zmarnował się, gdy naciskając na przycisk strzału, ekran przysłonił mi wzbity w powietrze zeszyt i wrzask Eryka. &lt;br /&gt;-Nienawidzę przepisywać!- ryknął, a Pędzel który miał właśnie wskoczyć mi na kolana, syknął dziko i zniknął pod kanapą. &lt;br /&gt;Próbując opanować wściekłość rozsadzającą moje wnętrzności, zgasiłem papierosa z ekstremalną siłą wciskając go do popielniczki. A kiedy Eryk dalej wił się po podłodze mamrocząc coś pod nosem, chwyciłem za poduszkę i rzuciłem w jego kretyński łeb. &lt;br /&gt;Zatrzymał się na dywanie i ucichł. Chyba spodziewał się, że coś powiem, ale ograniczyłem się do polania pizzy keczupem. &lt;br /&gt;Gdy zjadłem kawałek, a on wciąż leżał z twarzą wbita w podłogę, westchnąłem ciężko i starając się nie zabrzmieć zbyt wulgarnie, zacząłem. –Gdybyś, kurwa, nie bazgrał tak potwornie to bym ci pomógł.- kopnąłem go w pośladek. –Ale no… Choćbym się starał, to nie potrafię się po tobie rozczytać.- obserwowałem jak odwraca się i siada przede mną. Podałem mu trójkąt. &lt;br /&gt;Uśmiechnął się blado. &lt;br /&gt;-Dzięki.- wymamrotał, a ja nie mogłem powstrzymać się od myśli, że to za te słowa jest mi bardziej wdzięczny niż za pizzę. &lt;br /&gt;O mój boże… Staję się milszy?!&lt;br /&gt;Pokręciłem stanowczo głową wyrzucając z siebie tą koszmarną wizję. &lt;br /&gt;Przez następną godzinę siedzieliśmy w milczeniu przerywanym odgłosami wystrzałów z mojej broni i stukotu wciskanych klawiszy w laptopie Eryka.&lt;br /&gt;Za pięć dwunasta naszykowaliśmy lampki i szampana, a kiedy wybiła północ wypiliśmy go w przerażającej ciszy, przesiąkniętej nieszczęściem.&lt;br /&gt;Eryk wyjeżdża za pół roku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-2186796321023787007?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/2186796321023787007/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/03/wiktor-18.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2186796321023787007'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2186796321023787007'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/03/wiktor-18.html' title='Wiktor 18'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-1283207279490229500</id><published>2011-01-03T10:05:00.000-08:00</published><updated>2011-01-03T10:05:58.847-08:00</updated><title type='text'>Rozdział 17</title><content type='html'>Czas na rozdział siedemnasty.. Powinien znaleźć się tu na święto zmarłych.. Ale co tam.. Dwumiesięczne opóźnienie? Nic się nie stało.... ¤_¤&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam serdecznie!&lt;br /&gt;&lt;link href="file:///C:%5CUsers%5CDENSUN%7E1%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtml1%5C01%5Cclip_filelist.xml" rel="File-List"&gt;&lt;/link&gt;&lt;style&gt;&lt;!-- /* Style Definitions */ p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal	{mso-style-parent:"";	margin:0cm;	margin-bottom:.0001pt;	mso-pagination:widow-orphan;	font-size:12.0pt;	font-family:"Times New Roman";	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";}p.MsoFooter, li.MsoFooter, div.MsoFooter	{margin:0cm;	margin-bottom:.0001pt;	mso-pagination:widow-orphan;	tab-stops:center 8.0cm right 16.0cm;	font-size:12.0pt;	font-family:"Times New Roman";	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";}@page Section1	{size:595.3pt 841.9pt;	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt;	mso-header-margin:35.4pt;	mso-footer-margin:35.4pt;	mso-paper-source:0;}div.Section1	{page:Section1;}--&gt;&lt;/style&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 17&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;-Jadę do babci- wypalił, gdy siedzieliśmy u mnie w pokoju pierwszego listopada. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&amp;nbsp;–Mhm.- mruknąłem popijając kakao.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Zostaję na tydzień.- kontynuował.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ok…- wzruszyłem ramionami. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie masz nic przeciwko?- był aż nadto zdziwiony.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Niby czemu mam mieć? Kiedy wyjeżdżasz?- zapytałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jutro.- oplułem się napojem. –Nie będzie cię w moje urodziny?!- warknąłem. Ok, już zrozumiałem czemu tak się dziwił. Westchnął ciężko, dobitnie uświadamiając mi, że doskonale przewidział moją reakcję. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Przepraszam! Wynagrodzę ci to, Wikuś! Obiecuję!- złapał mnie za rękaw i szarpnął go delikatnie. Strzepnąłem jego dłoń, odwracając się urażony. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Co cię tak ostatnio wzięło na zjazdy rodzinne?- mruknąłem raczej do siebie niż do niego, ale widocznie to usłyszał, bo spochmurniał odrobinę. –Nie mnie… Rodziców.- burknął. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nieznośna cisza wypełniła pokój po brzegi. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;–Jedź ze mną!- wypalił nagle, promieniejąc. –Chyba sobie żartujesz.- syknąłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Czemu? Serio! Fajnie tam!- uśmiechnął się, a ja zobaczyłem w jego oczach błaganie i desperację. –Nie…- odparłem chłodno. Przez chwilę miałem wrażenie, że się rozpłacze, ale jak widać, jest twardszy niż myślałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Pojadę w jakieś dłuższe wolne.- burknąłem w kubek, prawie nie słyszalnie, ale humor Eryka od razu się poprawił.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Padało.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Sączyliśmy nasze kakao wpatrując się w deszcz płynący wielkimi łzami po szybach. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy pogoda się trochę uspokoiła, ubraliśmy się ciepło i poszliśmy na cmentarz. Ani Eryk, ani ja nie miałem nikogo, komu moglibyśmy zapalić świeczkę ale samo spacerowanie w ciemności, wśród tych tańczących, kolorowych świetlistych zniczy było czymś niezapomnianym. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Na cmentarzu było dużo ludzi. Cisnęli się w wąskich, błotnistych alejkach, a my z Erykiem&amp;nbsp; szliśmy pomału, na uboczu, śmiejąc się z tych wszystkich dupeczek w futrzastych kurteczkach i szpileczkach z setką liści nadzianą na obcasy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Żałosne….&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Złap mnie za rękę, Wikuś…- szepnął mi nagle do ucha. Odruchowo schowałem obie do kieszeni. Udałem, że nic nie słyszałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-No weź… Robi się coraz tłoczniej. Boję się, że się rozdzielimy.- to, że każdy z nas miał telefon przy sobie W OGÓLE nie miało znaczenia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Podałem mu dłoń z wielkim oporem. Ścisnął ją mocno jakby się bał (i słusznie), że w każdej chwili mogę się wyrwać. Gdy jednak po chwili doszedł do wniosku, że jak widać wcale nie mam takiego zamiaru, poluźnił palce i odetchnął z ulgą. Nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Błogosławiłem wieczór i tłum, bo nikt nie zwracał na nas uwagi. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Szedł szczęśliwy, uśmiechnięty szeroko i jakby lekki. Byłem kilka kroków za nim. Czułem jak ciągnięta przez niego ręka wysuwa mi się ze stawu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Błądziliśmy po labiryncie nagrobków, przyglądając się im uważnie i czytając wyryte na nich imiona, nazwiska i daty. W pewnej chwili zamyślony, wpatrzyłem się w całkiem ciekawą płytę z paletą i pędzlami, i nagle poczułem mocne szarpnięcie. Dopiero wtedy zrozumiałem, że Eryk się zatrzymał. Jego dłoń wyśliznęła się z mojej i opadła bezwiednie przy jego boku. Stał przy starym nagrobku, zniszczonym deszczem i spłowiałym od słońca. Podszedłem do niego trochę zniesmaczony, bo zimno zaczęło mi już doskwierać, ale jednocześnie ciekawy. &amp;nbsp;Jego oczy błądziły po wyblakłym czarnobiałym zdjęciu kobiety, starszej od nas o jakieś pięć lat, ale tak niebywale pięknej, że nagle zapomniałem o tym deszczu, który od jakiś pięciu minut mroził mi dłonie i wietrze chłostającym bezlitośnie twarz. Stanąłem obok Eryka, a jego ręka znów ścisnęła moją równie mocno jak na początku, ale teraz już nie bał się, że go puszczę. Oplotłem moje palce wokół jego i nawet nie zdenerwowałem się, gdy oparł głowę na moim ramieniu. Staliśmy tak, pośród nagłej ciszy, wśród smutku i niesprawiedliwości tego świata, patrząc na jej oczy, ciemne,&amp;nbsp; błyszczące i duże, na jej usta – ponętne i miękkie z błąkającym się po nich delikatnym uśmiechem, na jej włosy – gęste, kasztanowe, spływające lśniącymi falami na&amp;nbsp; śnieżnobiały, nieskazitelny dekolt. Nie wiem ile minut tam staliśmy. Ludzie mijali nas zupełnie nieświadomi tego cudu, który my właśnie odkryliśmy. Miała na imię Izabela. I umarła jeszcze zanim urodzili się nasi rodzice. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Na cmentarzu zrobiło się już prawię pusto, gdy Eryk w końcu przemówił. –Poczekaj chwilę.- szepnął ochryple i odszedł. Zniknął w cieniu kolorowych świateł. Wrócił po kilku minutach ze skromnym, czerwonym zniczem w dłoniach. –Daj zapalniczkę.- powiedział i odstawił lampion na nagrobku Izabeli. Podałem mu ją skostniałymi dłońmi, a on równie sztywnymi palcami odpalił świeczkę i podsunął na sam środek płyty. Potem znów stanął przy mnie i złapał mnie za rękę. –To smutne, prawda?- zapytał, wtulając się w mój szalik. Milczałem. –To nasze życie…- westchnął ciężko. –To nie nasze życie jest złe…-mruknąłem bez zastanowienia. –Tylko ten świat.- dokończyłem. Paznokcie Eryka wbiły się w moją skórę, ale nie czułem bólu przez ten chłód. Podniósł głowę i teraz wpatrzył się we mnie z nieukrywanym uwielbieniem. –Masz zadatki na pisarza.- uśmiechnął się. Zmrużyłem oczy. –A ty na idiotę! Chodźmy. Już późno.- wyrwałem się z jego uścisku i ruszyłem przodem, ostatni raz spoglądając na piękną Izabelę. Eryk nie ruszył się z miejsca. –Już się nie rozdzielimy. Nie ma ludzi.- warknąłem. Przytaknął smutno i ruszył za mną, zawiedziony. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Oh, Izabelo! Jak ja ci zazdroszczę! &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Poczułem zmęczenie dopiero, gdy otworzyłem drzwi mieszkania. Przemarzłem solidnie, więc pierwsze co zrobiłem to wykąpałem się w gorącej wodzie. Eryk wyjeżdżał z samego rana czyli nie będzie go w szkole. Postanowiłem zasymulować przeziębienie i przeleżeć cały dzień w łóżku. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Okazało się, że symulować wcale nie musiałem. Obudziłem się z potwornym katarem i bólem gardła. Mama zrobiła mi gorącą herbatę i jajecznicę, podała kilka tabletek i syrop na kaszel. Wyszła do pracy obiecując, że zajdzie do apteki wracając. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Chyba miałem gorączkę, bo co chwila przechodziły mnie dreszcze, mimo iż w pokoju miałem ponad dwadzieścia stopni. Pospiesznie zjadłem śniadanie, wziąłem leki i wróciłem pod kołdrę ze szkicownikiem i ołówkiem w ręku. Nie wiem czemu i nawet dokładnie jak to się stało, ale gdy skończyłem rysować, moim oczom ukazała się twarz Izabeli. Patrzyła na mnie z wdziękiem, odgarniając kosmyk włosów z policzka. Uśmiechnąłem się do niej lekko. Wyrwałem rysunek i przyczepiłem do tablicy korkowej nad moim łóżkiem – tam, gdzie wieszałem wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy. Pierwsze rysunki, zwinięte, stare struny od gitary, podarta strona z opowiadania Eryka, którą on uznał za nic nie wartą. Na samym środku mama przyczepiła nasze pierwsze, wspólne zdjęcie z Erykiem. Chyba z trzeciej podstawówki, gdzie obaj siedzieliśmy tyłem do aparatu, składając papierowe samoloty. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Bez wahania zakryłem je Izabelą. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Czwartego listopada obudziłem się przybity i jeszcze bardziej chory niż dwa dni wcześniej. W dodatku byłem niewyspany. W środku nocy obudził mnie telefon od Eryka. Dzwonił złożyć życzenia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Druga w nocy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Sto lat, Wikuś!- zaśmiał się do słuchawki. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wiesz, która godzina?- syknąłem zaspany.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Chciałem być pierwszy…- posmutniał.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie, no bo przecież tysiąc osób będzie składać mi życzenia!- ryknąłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Prócz rodziców i Eryka nie miałem nikogo. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Przepraszam.- szepnął. Milczeliśmy chwilę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Czemu nie śpisz?- zapytałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie mogę zasnąć.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Koszmary?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Po prostu mi smutno, Wikuś.- po raz pierwszy przyznał się do tego. Nie wiedziałem co zrobić. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jestem chory… Muszę się wyspać.- odparłem, nie chcąc wnikać w temat jego nieszczęścia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wikuś?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Hm?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Narysuj mi Izabelę.- powiedział cicho i się rozłączył, nie dając mi nawet szansy na odpowiedź. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Co za bezczelne dziecko… &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Po tej rozmowie, kropelki do nosa przestały mi działać i resztę nocy miałem z głowy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mama upiekła ciasto. Nie chciałem tortu. Nie było sensu go kupować dla trzech osób. Zapaliła mi szesnaście świeczek, które ledwo zmieściły się na cieście. Cudem uniknęliśmy pożaru, gdy ojciec schylając się po widelec, strącił jedną na stos papierowych serwetek. Zjedliśmy go wspólnie pijąc herbatę i oglądając film, który dostałem od nich w prezencie. Po raz pierwszy od wielu lat spędziłem z rodzicami całe popołudnie. Nigdy nie mieliśmy na to czasu, albo ja wolałem spędzać ten czas z Erykiem. Opowiadali mi różne historie, których ja nie mogłem pamiętać i pokazywali mi swoje zdjęcia z lat młodzieńczych. Ojciec w wojsku, mama w szkolnym mundurku, ślub. –Widzisz? Jesteś podobny do ojca.- mama wręczyła mi zdjęcie taty, mniej więcej w moim wieku. –Mój masz tylko nos.- uśmiechnęła się. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, do kogo jestem bardziej podobny, bo nigdy nie miało to dla mnie znaczenia, ale teraz, patrząc na zdjęcie ojca i porównując do niego moje odbicie, poczułem się dziwnie zasmucony. Tyle lat traktowałem ich jak powietrze, mimo iż wcale na to nie zasłużyli. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W końcu są moimi rodzicami.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Po kolacji wróciłem do pokoju i zabrałem się za rysowanie portretu Izabeli dla Eryka. Wyszła tak samo pięknie, jak wyglądała na zdjęciu. Byłem wdzięczny za ten dar, który w takich sytuacjach, pozwalał mi ożywiać osoby, które już umarły. Pokolorowałem ją. Użyłem najpiękniejszych barw z mojego zbioru szlachetnych kredek. Ciemnobrązowe włosy z jasnymi, zdrowymi refleksami, rumiana cera, oczy ciemne – prawie czarne, różowe policzki, czerwone usta, lekki, jasny makijaż, kilka słonecznych piegów. Tak ją sobie wyobrażałem – jako zdrową, energiczną kobietę pełną szczęścia w delikatnym uśmiechu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dlaczego umarłaś, Izabelo? I dlaczego nikt już o tobie nie pamięta?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byłem zmęczony, targała mną gorączka i nie mogłem oddychać przez nos. Mimo to pracowałem nad nią dobre sześć godzin. Gdy skończyłem, nawet nie zdążyłem ocenić całości bo padłem twarzą na poduszki, a Izabela porwała mnie do tańca.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-1283207279490229500?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/1283207279490229500/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/01/rozdzia-17.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1283207279490229500'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1283207279490229500'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2011/01/rozdzia-17.html' title='Rozdział 17'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-633996974652887804</id><published>2010-10-12T05:38:00.001-07:00</published><updated>2010-10-12T05:38:02.524-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 16</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:TrackMoves/&gt;   &lt;w:TrackFormatting/&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:DoNotPromoteQF/&gt;   &lt;w:LidThemeOther&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:LidThemeAsian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:LidThemeComplexScript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:SplitPgBreakAndParaMark/&gt;    &lt;w:DontVertAlignCellWithSp/&gt;    &lt;w:DontBreakConstrainedForcedTables/&gt;    &lt;w:DontVertAlignInTxbx/&gt;    &lt;w:Word11KerningPairs/&gt;    &lt;w:CachedColBalance/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;   &lt;m:mathPr&gt;    &lt;m:mathFont m:val="Cambria Math"/&gt;    &lt;m:brkBin m:val="before"/&gt;    &lt;m:brkBinSub m:val="--&gt;    &lt;m:smallfrac m:val="off"&gt;    &lt;m:dispdef&gt;    &lt;m:lmargin m:val="0"&gt;    &lt;m:rmargin m:val="0"&gt;    &lt;m:defjc m:val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent m:val="1440"&gt;    &lt;m:intlim m:val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim m:val="undOvr"&gt;   &lt;/m:narylim&gt;&lt;/m:intlim&gt; &lt;/m:wrapindent&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" DefUnhideWhenUsed="true"  DefSemiHidden="true" DefQFormat="false" DefPriority="99"  LatentStyleCount="267"&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="0" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Normal"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="heading 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 7"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 8"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="9" QFormat="true" Name="heading 9"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 7"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 8"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" Name="toc 9"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="0" Name="footer"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="35" QFormat="true" Name="caption"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="0" Name="page number"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="10" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Title"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="1" Name="Default Paragraph Font"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="11" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Subtitle"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="22" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Strong"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="20" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Emphasis"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="59" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Table Grid"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" UnhideWhenUsed="false" Name="Placeholder Text"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="1" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="No Spacing"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" UnhideWhenUsed="false" Name="Revision"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="34" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="List Paragraph"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="29" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Quote"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="30" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Intense Quote"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3 Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid Accent 1"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3 Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid Accent 2"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3 Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid Accent 3"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3 Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid Accent 4"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3 Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid Accent 5"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="60" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Shading Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="61" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light List Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="62" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Light Grid Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="63" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 1 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="64" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Shading 2 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="65" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 1 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="66" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium List 2 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="67" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 1 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="68" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 2 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="69" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Medium Grid 3 Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="70" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Dark List Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="71" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Shading Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="72" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful List Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="73" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" Name="Colorful Grid Accent 6"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="19" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Subtle Emphasis"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="21" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Intense Emphasis"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="31" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Subtle Reference"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="32" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Intense Reference"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="33" SemiHidden="false"   UnhideWhenUsed="false" QFormat="true" Name="Book Title"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="37" Name="Bibliography"/&gt;   &lt;w:LsdException Locked="false" Priority="39" QFormat="true" Name="TOC Heading"/&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-qformat:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-theme-font:minor-fareast; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; mso-bidi-theme-font:minor-bidi;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;/m:defjc&gt;&lt;/m:rmargin&gt;&lt;/m:lmargin&gt;&lt;/m:dispdef&gt;&lt;/m:smallfrac&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 16&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;‘Nie rób tego więcej.’&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Pierwszy września, prócz oczywistego nieszczęścia związanego z powrotem do szkoły został raczej bardziej zapamiętany przez moją przypadkową próbę samobójstwa.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Już w poprzednie wakacje poznałem potęgę żyletki. Miałem chyba z czterdzieści nacięć na jednej ręce, od łokcia w dół. Ale to nie była oznaka depresji, nieszczęścia czy odreagowania. Ja po prostu kochałem przyglądać się krwi gdy płynie, kochałem jej zapach i kolor. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Najpiękniejszy odcień czerwieni na&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;świecie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;No i przede wszystkim – pisałem nią. Bazgrałem na czystych kartkach bby móc później dodać coś destrukcyjnego czarna farbą. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ot, narzędzie do pracy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tak więc gdy po apelu przed szkołą wróciłem do domu owinięty płaszczem z ponurych myśli,&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;postanowiłem narysować coś twórczego. Eryka na rozpoczęciu nie było i też może przez to czułem się tak podle. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wyciągnąłem żyletkę z mojej tajnej, sterylnej skrytki i podwinąłem rękawy koszuli. Przyjrzałem się lewej ręce i stwierdziwszy, że praktycznie nie ma już na niej miejsca, przejechałem metalem po jej wewnętrznej części robiąc dość spore nacięcie. &lt;br /&gt;Nie bolało… Ale krew zaczęła upływać ze mnie jak z zarzynanej świni.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mało tego…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zdążyła mi poplamić nowe spodnie od garnituru, a ja wciąż siedziałem na krześle i wpatrywałem się w nią ze spokojem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wiem dlaczego ale może przez ten szok, może przez piękno owego zdarzenia, nie zdołałem wykrztusić z siebie słowa, mimo iż mama była w pokoju obok. Powinienem coś z tym zrobić… zainterweniować, wezwać pogotowie, krzyknąć. No ale nie… Siedziałem tylko i przyglądałem się jak się wykrwawiam. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wiem jak ani kiedy to się stało, ale chyba zemdlałem. Obudziłem się w szpitalu z zabandażowaną ręką i zatroskaną matką siedzącą przy moim łóżku. –Boże drogi, dziecko! Coś ty sobie zrobił?!- zapłakała rzucając mi się na szyję. Poczułem jak znów wbijam jej nóż w serce i bądź co bądź zrobiło mi się przykro. –Mamo… To było niechcący.- powiedziałem, a ona zapłakała jeszcze głośniej. –Przecież my cie tak kochamy! Nie wiem co byśmy zrobili gdyby ciebie zabrakło!- puściła mnie z objęć i wytarła oczy w chusteczkę. Nic nie dopowiedziałem. –Tata przyjechał z pracy jak tylko się dowiedział co się stało. Rozmawia lekarzem na korytarzu.- mało mnie to obchodziło. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Kiedy stąd wyjdę?- zapytałem nagle po kilku minutach milczenia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mama podskoczyła na krześle. –Nie wiem skarbie. Podobno w przyszłym tygodniu. Lekarze muszę ustalić dlaczego to zrobiłeś.- pogłaskała mnie po twarzy. Mlasnąłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A więc teraz czas a chorobę umysłową?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Mamo! Nic mi nie jest! Mówiłem, że to stało się przez przypadek! Tworzyłem! Takie wypadki się zdarzają!- szybko przeczesałem myśli w poszukiwaniu kogokolwiek, komu przydarzyło by się co podobnego, ale okazało się, że tylko ja byłem taki niezdarny. Spojrzała na mnie smutno. –I tak musisz pobyć tu tydzień. – odparła zabierając dłoń z mojego policzka. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rodzice pojechali zostawiając mi worek pomarańczy, książkę, którą zacząłem w zeszłym tygodniu, szkicownik i kilka ołówków. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Był to najbardziej irytujący tydzień w moim życiu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tydzień durnych badań, setek pytań, okropnego jedzenia i antydepresantów, które wypluwałem zaraz po wyjściu lekarza z sali. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk nie odwiedził mnie ani razu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przez pierwsze dwa dni myślałem, że pojechał gdzieś do rodziny, bo coś mi o tym wspominał. Następne dwa byłem wręcz zaniepokojony, bo myślałem, że coś mu się stało. W końcu byłem jego przyjacielem. To musiało być coś na prawdę poważnego, skoro nie miał dla mnie czasu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przez ostatnie trzy byłem po prostu WKURWIONY.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jak mógł się mną nie przejąć?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Co za cham.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ja bym go odwiedził.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Codziennie bym go odwiedzał! &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A on nawet nie zadzwonił…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W dniu wypisu czułem się odtrącony. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wróciłem do domu z reklamówka leków, które mama zabrała i schowała gdzieś do szafki bo doskonale wiedziała, że ich nie potrzebuję. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jeszcze przez tydzień byłem zmuszony nie chodzić do szkoły, ale już przynajmniej nie trzymali mnie w szpitalu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;U siebie w pokoju mogłem spędzić resztę życia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wieczorem, w końcu, przyszedł Eryk, ale nie wszedł na górę. Zszedłem do niego. Otworzyłem drzwi od klatki z taka siłą, że ledwo uchylił się przed uderzeniem w nos.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Był jakiś dziwny. Wyglądał na zawiedzionego. Wzrok wbił w swoje dłonie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;–Jak mogłeś?!- ryknąłem na niego, zapominając się trochę. –Myślałem, że coś ci się stało! Każdy twój dzień nieobecności tłumaczyłem twoją śmiercią! Jak mogłeś mnie nie odwiedzić?-&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;załapałem go za materiał swetra i zagroziłem pięścią. –Nie rób tego więcej.- szepnął. Nie dotknął mnie, nie wrzasnął, nie zrobił nic… Tylko szepnął. Tak po prostu…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Potem odczepił moją nieświadomą rękę z ubrania, odwrócił się i odszedł.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nienawidziłem go a to, że wzbudzał we mnie tak niepotrzebne uczucia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Następnym razem zabije jego, nie siebie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Niby dlaczego?- krzyknąłem za nim. Odwrócił się. To spojrzenie widziałem już nie raz, ale nigdy wycelowane we mnie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Chyba już wiem, czym jest strach. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Bo jesteś mi potrzebny.- mruknął. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Do czego? Przecież z tego co wiemy, za parę miesięcy się wyprowadzasz.- uśmiechnąłem się ironicznie, dziwiąc się, że w ogóle to powiedziałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Myślałem, że odejdzie tak jak zawsze odchodził, gdy mówiłem coś głupiego. Ale tym razem zrobił coś, czego nigdy nie będę w stanie zapomnieć, ani coś co mógłbym mu kiedykolwiek wybaczyć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Uderzył mnie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mocno, dobitnie, upokarzając otwartą dłonią. A potem, jakby uświadamiając sobie co zrobił – pocałował mnie. Z pasją, czułością i delikatnością jakiej nigdy nie zaznałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie możesz umrzeć, Wiktor… Nie beze mnie.- szepnął mi w usta, a ja aż zadrżałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wziąłem się w&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;garść i odepchnąłem go od siebie, ścierając wilgotny ślad z warg. –Kretyn!- wrzasnąłem roztrzęsionym głosem. Pokręcił głową, niedowierzając. –Nie rób tego więcej.- powiedział i odszedł zostawiając mnie samego z mętlikiem w głowie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ledwo wspiąłem się na górę, bo praktycznie nie czułem nóg. Wpełzłem do kuchni i nalałem sobie zimnej wody do szklanki. Wypiłem ją duszkiem, po czym włożyłem głowę pod kran. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;–Czemu to zrobił?- zapytałem sam siebie, przypominając sobie w myślach ten pocałunek, który nigdy nie powinien mieć miejsca. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Twarz spłonęła mi automatycznie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Boże…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Glowa znów pod kran.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wiktor! Co ty wyprawiasz?- mama wpadła do kuchni.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zupełnie zapomniałem, że wszyscy są w domu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zgarnąłem włosy do tyłu, wytarłem twarz w dłonie i poszedłem do pokoju. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Usłyszałem jak mama grzebie gdzieś po szafkach i szuka leków, ale widocznie się rozmyśliła, bo nie przyszła do mnie by mi je dać. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przez trzydzieści minut leżałem na łóżku z drżącym ciałem. W końcu nie wytrzymałem, otworzyłem okno i zapaliłem papierosa. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie potrafiłem znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia. Choć przez głowę przewijało mi się ich miliony, wszystkie były absurdalne. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W końcu uznałem, że zrobił to tylko po to by mnie zdenerwować i uspokoiłem się trochę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Najgorsze w tym wszystkim było jedna to, że wcale nie miałem mu tego za złe. Próbowałem się wściekać, waliłem pięścią w poduszkę, wyzywałem go – jednak nieszczerze. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie czułem w sobie tego podniecenia nienawiści, gorąca, furii. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nic.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Stoicki spokój…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kurwa!&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Trząsnąłem oknem, przy okazji zahaczając kolanem w kant biurka. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Siniak na pół nogi do końca życia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przyszedł następnego dnia po lekcjach. Uśmiechnięty, zadowolony, jakby wczorajszy dzień po prostu przestał istnieć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Chciałem mu to wytknąć, ale chyba faktycznie wolałem o tym zapomnieć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Z trudem przepisałem pierdyliard zeszytów, bo ponoć wszystkie były mu potrzebne na następny dzień. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mściwy kłamca…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pogniłem jeszcze trochę w domu i wróciłem do szkoły. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dostałem plakietkę ‘emo’ i trafiłem na klasówkę z biologii.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie… Panią nie obchodził mój pobyt w szpitalu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;No trudno.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jako, że gimnazjalna kadra nauczycielska starała się utrzymać poziom, przynajmniej minimalnej dyscypliny, nie pozwalali nam rzuć gum w czasie lekcji oraz podczas sprawdzianów, choć wszędzie pełno było jednorazowych woreczków po kanapkach i pustych butelek po piciu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Na sprawdzianach siedzieliśmy osobno, więc Eryk przesiadał się ławkę do przodu. On, jako osoba uzależniona wręcz od gumy balonowej, żuł je całe życie przez dwadzieścia cztery godziny. Gdy nauczyciele zwracali mu uwagę, najpierw fukał, a potem wyciągał ją z buzi i przyklejał za prawe ucho. Po wyjściu z klasy odklejał ją i wkładał do ust z uśmiechem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przypominając sobie wieczorny incydent, z jakiegoś dziwnego powodu zrobiło mi się niedobrze…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Oczywiście odpowiedziałem na zero z dziesięciu pytań. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byłem już za duży żeby skarżyć się na takie rzeczy matce, więc nauczycielce się upiekło. Trzy lata wstecz i straciłaby pracę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Co za szmata…- warknąłem na przerwie pod salą od historii. –A tam… Poprawisz.- Eryk objął mnie ramieniem i klepnął w brzuch. Jego dotyk dziwnie mnie teraz przerażał.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Sraka…- odepchnąłem go od siebie i osunąłem się na podłogę. Biologia i tak nie była dla mnie niczym koniecznym . Anatomię człowieka miałem zapamiętaną w dłoniach, a do rysowania nic więcej nie było mi potrzebne.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Historia była jedną z tych lekcji, na których, nie ukrywam, siadałem na końcu nie tylko ze względu na moja osobowość, ale przede wszystkim po ty, by po prostu móc się zdrzemnąć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nasz historyk był osobą, która nie wymagała na zajęciach czegoś więcej prócz ciszy i uwagi, więc po prostu zasypialiśmy z Erykiem i i podłym uśmiechem, bo ci w pierwszych ławkach musieli siedzieć sztywno i słuchać. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Czterdzieści pięć minut snu w przeciągu połowy dnia spędzonego w szkole to bardzo dużo.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Budziliśmy się rześcy i gotowi na nowe, szkolne wyzwania. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Na lekcji religii ksiądz kazał mi zostać chwile dłużej. Wkurzyłem się, gdyż&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;była to nasza ostatnia lekcja.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wiktorze…- zaczął swoim tubalnym i spokojnym głosem wyszlifowanym przez tysiące kazań. –Nadszedł czas by przystąpić do sakramentu bierzmowania.- kontynuował. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Muszę?- wypaliłem zniesmaczony. –Nie… ale jeśli się nie zdecydujesz, będziesz jedyną osobą.- odparł. Jedyną? Czyżby Eryk złamał swoje świecenie ateistyczne? –Ok…- mruknąłem. –Wspaniale!- ksiądz klasnął w dłonie i zaczął szperać w swojej aktówce. Myślałem, że wyciągnie z niej jakiś jezusowy pakt, ale była to mała, cieniutka ksiązeczka z gołębiem na okładce.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-To, Wiktorze, jest dzienniczek bierzmowania. Co niedzielę, po każdej mszy podejdziesz do mnie z resztą uczniów po pieczątkę.- pokazał palcem miejsca na sprawdzenie obecności. Było ich milion! –Chyba ksiądz żartuje.- spojrzałem na niego zażenowany. –Nie ma mowy, że będę chodził przez cały rok co tydzień do kościoła.- skończyłem odrzucając książeczkę. Spojrzał na mnie smutny i pokręcił głową. –Skąd w tobie tyle zła, Wiktorze?- zapytał, a ja z trudem powstrzymałem szeroki uśmiech. Gdy mu nie dopowiedziałem westchnął ciężko i zwiesił głowę załamany. –Dobrze.. Podpisz się i zostaw mi. Możesz iść.- wymamrotał do podłogi. Pożegnałem się i wyszedłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk czekał pod salą ze słuchawkami w uszach. –Ja też powiedziałam, ze nie będę chodził do kościoła.- wypalił gdy do niego podszedłem. –Aha.- odparłem obojętnie i ubrałem kurtkę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Było już zimno jak na wrzesień i wilgotno choć bez deszczu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wracaliśmy do domu, dziś mojego, nie odzywając się do siebie słowem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jakoś tak nam się nie chciało. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mięliśmy odrabiać lekcje, ale Eryk usiadł przed konsolą, a ja zająłem się komputerem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wikuś?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Hmm?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie wiem co pisać…- szepnął smutno. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wypracowanie z polskiego dla nas obu.- mruknąłem szukając odpowiednich piosenek do włączenia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dostałem w głowę poduszką.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Dobrze wiesz o co mi chodziło.- wydął policzki i zmarszczył brwi. Wyglądał jak pięciolatek. Mlasnąłem. –Pomóż mi…- poprosił. Zdziwiłem się o było to do niego nie podobne. Przecież się na tym nie znam.- odparłem siadając obok niego i wyciągając z jego plecaka postrzępiony notes z wypadającymi kartkami. Otworzyłem na ostatniej zapisanej stronie i przeczytałem kawałek żeby przypomnieć sobie o co chodziło, bo fakty faktem, jak na niego to już bardzo długo nie dostałem nowego rozdziału. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zazwyczaj pisanie jednego zajmowało mu maksymalnie półtorej miesiąca, jeśli doliczy się do tego zajęcia szkolne i brak czasu&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;na opowieści. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jutro miną trzy miesiące od ostatniego tekstu jaki od niego dostałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nowego rozdziału było pół strony. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Książka opowiadała historię dziewczynki, gdzieś w odległych krańcach świata, która pomimo nieszczęścia i smutku jakie otaczało ją od dziecka, radziła sobie wymyślając własne, wspaniałe miejsca. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Była schizofreniczką i wiedziałem, ze na końcu tego wszystkiego umrze. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk był osobą niekonwencjonalną. Wszystkie opowieści zawsze kończyły się dobrze. Zło przegrywało, dobro było górą i nawet zakłada wszechświata kończyła się szczęśliwie. On chciał napisać historię kogoś, kogo pokocha się całym sercem, kogoś, kto będzie dla nas niewinny, bezbronny i piękny niczym anioł. Będzie rozsiewać szczęście wszędzie, gdzie się pojawi i nawet my, czytając będziemy mogli je pochłonąć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Chciał stworzyć naszego idealnego przyjaciela, żeby potem móc go uśmiercić. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I szczerze powiem, że mu się udało.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ale był dopiero w połowie całej historii i dużo pracy było jeszcze przed nim. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wpatrywałem się w litery przez dłuższą chwilę ale na nic nie wpadłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie wiem.- odłożyłem notes na podłogę. &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Westchnął ciężko. –To narysuj mi coś do tego… Takiego ładnego.- odłożył kontroler i podał mi moje kredki. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Nie wiedziałem do czego było by mu to potrzebne. –skoro nie wiesz, jak &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;napisać – narysuj to.- położył przede mną mój szkicownik i powrotem wrócił do gry. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Chyba umarłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pogodziłem się ze swoja straconą sytuacją i zmierzyłem Eryka chłodno. Zacząłem bazgrać cos na kartkach. Nie wiem czy dobrze, nie wiem czy postaci wyglądały tak, jak miały wyglądać, ale mi się podobało i ogólnie tak to sobie &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;mniej więcej wyobrażałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Była dwudziesta trzecia, gdy Eryk zaciął się w jakimś miejscu w grze, a ja skończyłem rysować. &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Wyrwałem rysunek z bloku i dałem mu go, trochę niezadowolony z końcowego efektu, ale Erykowi się podobało.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Uśmiechnął się szeroko, a ja poczułem się dobrze, że znów mu w czymś pomogłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Październik minął szybko choć był niezmiernie nudny. Szkoła- dom- lekcje- szkoła- dom Eryka- lekcje- trochę komputera- znów szkoła. Najgorszy miesiąc w moim życiu od bardzo, bardzo dawna.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W listopadzie czuć już było zimę, a wiatr pizgał tak potwornie, że ledwo dochodziłem do szkoły atakowany spadającymi gałęziami i fruwającymi w koło śmieciami. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie lubiłem listopada.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A jego czwarty dzień, pierwszy raz od dziewięciu lat, spędziłem sam.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-633996974652887804?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/633996974652887804/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-16.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/633996974652887804'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/633996974652887804'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-16.html' title='Rozdział 16'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-1196634903376081779</id><published>2010-10-02T12:41:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:41:33.031-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 15</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center; text-indent: 35.4pt;"&gt;Rozdział 15&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center; text-indent: 35.4pt;"&gt;&lt;i&gt;‘Wesele’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;No więc jednak wyciągnął mnie na tą imprezę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Choć przez całą drogę nie stroniłem od wyrzutów. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Weszliśmy do domu jednej z tych panienek . Pierwsze co poczułem był odór papierosów i alkoholowych rzygowin. Porwałem ze stołu butelkę piwa i zasępiłem się ukrywając w ciemnym kącie. Ziewnąłem raz i drugi. Eryk wtopił się w tłum żałośnie pląsających istot. Gdy tak snułem sobie moje nieszczęśliwe przemyślenia, przerwała mi je ta blond-włosa, pseudo- emo piękność. Na pomoście tak nie wyglądała.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rzygałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wierzysz w przeznaczenie?- zapytała. –Pierdol się.- odszedłem. Była dla mnie nikim. Jak tutaj wszyscy zresztą. Chyba usłyszałem płacz. Dowartościował mnie. Czując podłą i drapieżnie podniecającą satysfakcję uspokajałem się. Działało to na mnie lepiej niż papierosy, niż dżez. Upajało bardziej niż alkohol. Rozpływałem się w tym. Teraz byłem bogiem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wyszedłem na podwórko i usiadłem na schodach. Wyciągnąłem papierosa i pozwoliłem aby dym mnie obezwładnił. Przyjemnie rozrywał mi płuca. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zamknąłem oczy czując we włosach ciepłą dłoń.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wiesz…- zaczął Eryk. –Gdybyś był naprawdę tak okrutny jak ciągle powtarzasz, wróciłbyś teraz do domu i zerżnął tę blond dziwkę. A potem ją zostawił.- usiadł obok mnie uśmiechając się jak zawsze. Zadziwiał mnie. Był pieprzonym dzieckiem kwiatów. Cholernym optymistą, dla którego życie było błogosławieństwem. A mimo to lubił je niszczyć innym. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Skończyłem papierosa i wstałem. Wróciłem do środka i ruszyłem na poszukiwania. Siedziała na kapanie z chusteczką przy oku. Przysiadłem się więc. Zdziwiła się. Pocałowałem ją w szyję pozwalając swojej dłoni wpełznąć pod jej krótką spódniczkę. Jęknęła. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Alkohol jest moim Jezusem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wstałem i ruszyłem na górę do jednej z wielu sypialni. Poszła za mną. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi pocałowałem ją gorąco. Wsunąłem jej ręce pod bluzkę i pieściłem jej piersi.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pozwalała mi na wszystko. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Widać było po niej, że był to jej pierwszy raz więc o blow jobie mogłem zapomnieć. Rozebrałem ją pomału i spokojnie, żeby mi za szybko nie doszła. Całowałem każdy centymetr jej ciała, potwornie monotonny. Smak kobiety był już dla mnie zbyt znany. Robiłem wszystko machinalnie. Kobiece ciało znałem już na pamięć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy w nią wszedłem dostrzegłem łzy. Ale potem był już tylko krzyk rozkoszy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Och tak! Krzycz! Błagaj o więcej! Poczuj, jaki jestem zajebisty! &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jednak osobiście, nie czułem prawie nic. Jęknąłem raz, czy dwa gdy miałem orgazm. Odpocząłem chwilę, jednak czując jej dłoń wędrującą mi po torsie ubrałem się, włożyłem papierosa za ucho i wyszedłem, zostawiając ją samą, nagą i wykorzystaną na łóżku.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk wciąż siedział na schodach obserwując gwiazdy. Czasem wydawało mi się, że z nimi rozmawia… Ale był artystą… Można mu było wybaczyć rozmowy z przedmiotami.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Odpaliłem papierosa, którego zabrał mi po dwóch machach. Niby to ja byłem tym złem… Ale to od niego nauczyłem się palić, to on pierwszy kupił piwo i to on stał nade mną , gdy pierwszy raz przeleciałem dziewczynę w szkolnej łazience.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-I jak było?- zapytał oddając mi szluga. Wzruszyłem ramionami. –Szkoda, że tak głośno gra muzyka… Podniecają mnie twoje jęki.-rzucił, oblizując usta. Uśmiechnąłem się krzywo. –Następnym razem włączę dyktafon.- zgasiłem papierosa na wycieraczce. –Spadamy… bo jeszcze ta dziwka będzie chciała ze mną chodzić…- wstałem. Zaśmiał się głośno klepiąc mnie po plecach. Odeszliśmy spokojnie, z rękami w kieszeniach.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="margin-bottom: 10pt;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Wróciliśmy do domu Eryka i rzuciliśmy się na fotele w salonie. Jego rodzice znów gdzieś pojechali. Zawsze wiedziałem, gdy zostawał sam w domu. Nie musiał mi nawet tego mówić.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Ja to WIDZIAŁEM. &lt;br /&gt;Widziałem tą ulgę wpisaną na twarzy i bądź co bądź&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;radość. Był wtedy zupełnie innym człowiekiem. &lt;br /&gt;To musi być dziwne uczucie, gdy&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;czujesz się dostrzegany przez rodziców dopiero po ich wyjeździe.&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;-Może uznasz, ze to śmieszne, ale cieszę się gdy wyjeżdżają.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Bo gdy raz na dwa dni odbieram telefon od mamy, czuję się ich synem. – powiedział mi któregoś razu, jeszcze w czasach podstawówki, gdy kolejną noc spędzałem wraz z nim w jego pustym domu. &lt;br /&gt;A teraz patrzyłem jak z zamkniętymi oczami przesuwa między palcami kosmyk swoich włosów, jak oblizuje swoje uśmiechnięte usta i wsuwa się głębiej w fotel. Patrzyłem jak zasypia rozchylając delikatnie wargi i wypuszcza ciche westchnienie błogości.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Przez chwilę chciałem wstać i okryć go jakimś kocem, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. Przecież byłem zimny jak lód… Nim się obejrzałem, sam usnąłem z nogami przewieszonymi przez oparcie fotela. Pierwsze co poczułem po obudzeniu było mrowienie całego ciała. Otworzyłem oczy i pomyślałem, że po spaniu w takiej pozycji &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;nigdy nie uda mi się rozprostować, a co dopiero normalnie się poruszać. Zacząłem od strzelenia kostkami u nóg. Rozciągnąłem mięśnie łydek i poczekałem, aż kolana wskoczą mi na swoje miejsca. &lt;br /&gt;Byłem sztywny jak trup. &lt;br /&gt;Wstałem zgięty w pół bo sam nie wiedziałem, czy aby na pewno nie pęknie mi kręgosłup gdy się wyprostuję. O dziwo, nie pękł. Ale za to kark napierdalał mnie jeszcze przez następny tydzień. &lt;br /&gt;Wszedłem do kuchni, gdzie czekało już&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;na mnie gorące kakao i kanapki z pomidorem. &lt;br /&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;–Mięso wyszło… Wybacz.- powiedział Eryk siedzący na parapecie przy uchylonym oknie z papierosem w ustach. Mlasnąłem zniesmaczony. –Jakoś przeżyję.- mruknąłem łykając kakao. –Wyspałeś się?- zapytałem. Uśmiechnął się. –Czuję jakbym miał kręgosłup z patyka… A ty?- przejechałem palcami po obolałej szyi. –Spierdalaj…- syknąłem gryząc kanapkę. –Idę się wykąpać. Nie idź póki nie wyjdę.- zgasił papierosa w zlewie. –Nie idź się kąpać póki nie pójdę do domu.- odburknąłem zniesmaczony, ale on już pomknął do łazienki. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Był taki moment, że chciałem porzucić te całkiem smaczne kanapki i wyjść, żeby zrobić mu na złość, ale stwierdziłem, ze nie jest tego wart. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy skończyłem, umyłem po sobie naczynia i odpaliłem papierosa od kuchenki. Snułem się po domu i rozglądałem uważnie, mimo iż każdy jego zakątek znałem na pamięć. Przystanąłem na chwilę biorąc do rąk ramkę z rodzinnym zdjęciem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Uśmiechnięty Eryk po środku uśmiechniętych rodziców, na tle słonecznego dnia i zieleni. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Aż trudno było uwierzyć, że mają rzeczy ważniejsze od niego. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zdążyłem tylko odłożyć je na miejsce, gdy Eryk wyszedł z łazienki. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kurwa… Nawet ręcznik miał w paski.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Mogę już iść?- zapytałem, gdy wszedł na pierwszy stopień schodów na piętro. –A buzi dasz?- oblizał usta. Zamknąłem oczy, udając, że tego nie słyszałem. Ubrałem buty i wyszedłem, trzaskiem drzwi zagłuszając jego radosny śmiech.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie poszedłem od razu do domu. Była połowa sierpnia, dni robiły się coraz chłodniejsze, słońca też nie było, a we mnie tliły się jeszcze ostatnie marne promile, więc postanowiłem zrobić siebie rundkę po parku.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Smutny, zmęczony spacer, jak zwykle z nieszczęściem wypisanym na twarzy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie padało, choć wcale bym się nie obraził za orzeźwiający deszcz. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy wróciłem, padłem na łóżko, rozciągając się wygodnie i chyba przysnąłem na dwie godzinki. Spałem twardo i choć nie pamiętam snu, obudziłem się zadowolony z tej krótkiej drzemki.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wszedłem do kuchni i wstawiłem wodę na kawę. I wtedy cały mój dobry humor runął, potykając się o drobną, białą kopertę, przypiętą magnesem do lodówki. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zostaliśmy zaproszeni na wesele. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ok.. przede wszystkim to zachować spokój.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kurwa… Nie chciałem tam jechać.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nienawidzę rodzinnych zjazdów, a już wesel to nie trawie!&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mama wróciła ze sklepu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-NIE JADĘ!- ryknąłem gdy tylko weszła do kuchni, podstawiając jej kopertę pod nos. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ale Wiktorku… Przecież to twoja kuzynka!- posmutniała. –Ale jest idiotką…- mruknąłem biorąc od niej zakupy. –Oh przestań…-pogłaskała mnie po głowie. –Zobaczysz, że będzie fajnie.- uchyliłem się zwinnie przed jej pocałunkiem i zwiałem do pokoju.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kurwa…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Powiedziałem o tym Erykowi przez telefon.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Weź mnie ze sobą!- prosił.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie mogę.- warknąłem. Usłyszałem ciężkie westchnienie po drugiej stronie. Wziąłbym go, gdybym mógł. Przynajmniej bym się nie nudził.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A tak…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Już widziałem siebie upitego do nieprzytomności gdzieś pod stołem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Wieczory też robiły się chłodne. Chłód i świeżość wiszącego gdzieś w powietrzu pierwszego, jesiennego deszczu wtrącały mnie w stan melancholii. Wtedy nabierałem ochoty na samotne podróże przez wydeptywane od lat ścieżki. Kupiłem sobie piwo i usiadłem tam gdzie zawsze. Była dwudziesta pierwsza, a niebo już robiło się ciemne. W uszach szumiała mi jakaś muzyka wyciągnięta z dysku Eryka. Nie znałem tytułu. Podpisana w japońskich krzakach. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tkwiłem tam dobre cztery godziny. Porysowałem trochę nim całkiem ściemniało. Picie piwa też jakoś ciężko mi szło. Nim się obejrzałem była północ, a ja trochę zmarzłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W domu od razu wziąłem ciepłą kąpiel, żeby nie zachorować. Z kuchennej szafki ojca wyciągnąłem piwo i otworzyłem je nożem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Druga trzydzieści.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Było stosunkowo wcześnie, więc włączyłem na chwilę komputer .&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przejrzałem parę porolni, które jakoś specjalnie mnie nie podnieciły.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Myślałem, ze Eryk już śpi, ale gdy chciałem wyłączyć komunikator, dostałem od niego wiadomość…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘Wikuś.. Nie idź jeszcze.. :&amp;lt;’&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rozejrzałem się dookoła sprawdzając, czy nigdzie nie ma kamer.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;’Nie mogę zasnąć…’ napisał.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘Ja też…’ wystukałem na klawiaturze. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘wiesz, ze za tydzień wracamy do szkoły? :C’&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Faktycznie… dopiero teraz zauważyłem, ze wakacje się kończą.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘I po chuj to piszesz? =_=’’ ‘ odpisałem, rzucając długopisem w ścianę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘Nie chcę stąd wyjeżdżać… ;&amp;lt;’&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;wpatrywałem się przez chwilę w to zdanie myśląc, co odpisać, ale gdy nic nie przyszło mi do głowy wyłączyłem komputer, nie żegnając się nawet. Podniosłem z podłogi długopis, bo wprowadzał zbyt dużo chaosu do mojego pokoju. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rzuciłem się na łóżko wbijając twarz w poduszkę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I co z tego, że wyjeżdża….&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dam sobie radę sam…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie jestem już dzieckiem…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W końcu będę miał szesnaście lat.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przewróciłem się na drugi bok i zamknąłem oczy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zasnąłem nim zdążyłem sobie zdać sprawę z tego, że to właśnie perfumy Eryka na pościeli&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;mnie uśpiły.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Ślub był o godzinie piętnastej w tutejszym małym kościółku. O dziewiątej mama zrzuciła mnie i ojca z łóżka, bo przecież, cytuję: ‘zostało tak mało czasu!’.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Obaj przewróciliśmy oczami na znak zażenowania. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy tylko w miarę się rozbudziliśmy i z trudem wepchnęliśmy w siebie po dwie liche kanapki, matka wyleciała z domu do fryzjera i kosmetyczki…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Stroiła się tak, jakby to ona była panną młodą…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W dużym pokoju czekało na mnie świeżo wyprasowane, jeszcze ciepłe ubranie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jestem człowiekiem eleganckim… zawsze wyglądam schludnie, nigdy nie miałem na sobie takich samych rzeczy dwa razy pod rząd, a brud na materiale napawał mnie obrzydzeniem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Praktycznie wszystko prasowałem sobie sam, bo nikt nie robił tego tak dokładnie. Ale wprost nienawidziłem… NIENAWIDZIŁEM garniturów.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;To była najgorsza rzecz jaką mogłem ubrać….&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;No ale przecież w dżinsach na wesele nie pójdę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Westchnąłem ciężko i poszedłem się wykąpać. Moja kuzynka nazywa się Patrycja ma dwadzieścia dwa lata. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jak można wychodzić za mąż w tak młodym wieku?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Co za marnowanie życia…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mama wróciła przed czternastą… Byliśmy głodni jak cholera, a obiadu oczywiście nie było, bo przecież nikt nie miał czasu go zrobić. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Najecie się na weselu!- mama krzyknęła podekscytowana wciskając się w jakiś obleśnie świecący kawałek materiału.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Czternasta plus dwie godziny w kościele, plus dojazd na miejsce przyjęcia czyli ok. trzydziestu minut podróży nad morze, równa się TRZY I PÓŁ godziny bez jedzenia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byłem dorastającym chłopcem…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Głodzili mnie.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ukradłem z lodówki wczorajszego, wyschniętego naleśnika i wciągnąłem go szybko. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Potem wcisnąłem się jakoś w ten nieszczęsny garnitur, starannie i równo zawiązałem czerwony krawat, uczesałem włosy i wyperfumowałem się solidnie, choć z umiarem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byłem gotów do drogi. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wyjechaliśmy o wpół do trzeciej, bo przecież mama musiała zająć dogodne miejsce do obserwacji. Osobiście uważałem, ze to strata czasu, ale nawet ojciec zgodził się z mamą. Podobno wygląd panny młodej zawsze jest przepiękny…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jakoś trudno było mi w to uwierzyć. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nienawidziłem kościołów. Zawsze śmierdziało w nich duszącymi kadzidłami i starymi ludźmi. Wcisnąłem się gdzieś w kąt przy ścianie i zakryłem włosami słuchawkę odtwarzacza, w rozmowy z rodziną w ogóle się nie wdawałem. Po śmierci kuzyna nikt nie był tego wart.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nim wszystko się zaczęło, zegarek pokazywał mi godzinę piętnastą trzydzieści. Mój żołądek już dawno zapomniał o zeschłym naleśniku więc właściwie byłem wdzięczny religijnym pieśniom, bo zagłuszały moje burczenie w brzuchu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jej wybranek, Bartosz, był dobrze zbudowanym, wysokim mężczyzną, niczym nie wyróżniającym się z otoczenia. Stał biedny, przestraszony jakby, z trzęsącymi się dłońmi i czekał.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W końcu rozbrzmiała melodia marszu &lt;span&gt;Mendelssohna i powolnym krokiem Patrycja ruszyła do ołtarza. Białą suknia, cała z falban i koronek, ciągnęła się za nią długim materiałem. Kasztanowe włosy upięte w luźny kok z powpinanymi czerwonymi różyczkami. Krótki welon opadający na ramiona. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Za ostry makijaż, jak dla mnie. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Wszyscy dookoła płakali, gdy tak sobie szła spacerkiem. Mnie to jakoś nie podnieciło. Patrycja, jako tako, nie wyglądała tak bajecznie jak mi wszyscy wmawiali. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Była po prostu Panną Młodą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;-Zobacz jak wspaniale wyglądają, Wiktorku!- mama w odruchu wzruszenia objęła mnie ramieniem i pocałowała w głowę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Wspaniale?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;On dalej wyglądał na przerażonego, a ona… ona była idiotką. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Przytaknąłem, żeby nie robić siebie większych kłopotów. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Gdy ksiądz zaczął modlitwę, zająłem się grą na komórce. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Nim masz się skończyła byłem u kresu wyczerpania głodowego, więc gdy dotarliśmy na miejsce potwornie się zawiodłem, że jeszcze nie było można jeść. Najpierw prawie oberwałem kieliszkiem od Bartosza, a później trzeba było się gapić jak sobie potańcują.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Boże.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Ok.… Skończyli. WRESZCIE!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Jedzenie!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Nie powiem… wciągnąłem dwa talerze rosołu, trzy kotlety z czymś dziwnym w środku i cztery kawałki ciasta.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;PRZEŻYŁEM!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Przez pierwsze trzy godziny nudziłem się robiąc statki z serwetek. Potem wszyscy byli już na tyle pijani, że przestali zwracać na mnie uwagę. Przysiadł się do mnie wujek i nalał wódki do kieliszka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;-Dawaj, Wiktor! Nie można siedzieć tak o suchym pysku!- krzyknął podnosząc swój kieliszek do góry. &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Nie zaprzeczyłem. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Stuknęliśmy się dziarsko i wlaliśmy trunek do gardła. Gdy wujek spostrzegł, że niczym nie popiłem, klepnął mnie z dumą po plecach, poczym wypiliśmy razem jeszcze pięć kolejek. Przed szóstą powiedziałem, że muszę na chwilę wyjść, i poszedłem na papierosa. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Była niesłychanie ciepła noc.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Albo to ten alkohol tak mnie grzał. Dym rozepchał mi płuca przyjemnym ciepłem. Zapach nocnego morza przywołał mnie na plażę. Zdjąłem niewygodne buty i pokusiłem się o zamoczenie stóp w wodzie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Była lodowata…&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Mimo wszystko z niej nie wyszedłem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Snułem się tak po plaży jakiś czas. Rodzice byli zbyt pijani by się o mnie martwić, ale wcale z tego powodu nie rozpaczałem. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Gdy wróciłem wujek gdzieś zaginął, ale do połowy pełna butelka została.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Picie w samotności to podobno akt desperacji, ale ja udawałem, z piję ze wszystkimi na sali. Dopiero z biegiem czasu uświadomiłem sobie, że to było jeszcze gorsze.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Nagle podbiegła do mnie mama, wcisnęła w dłoń pięćdziesiąt złotych i wepchnęła na parkiet. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, dopiero gdy jeden z moich niezliczonych siedmioletnich kuzynów wyrwał mi pieniądze z ręki i popchnął w ramiona Patrycji, wszystko do mnie dotarło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Chyba sobie żartują…&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Pociągnęła mnie do tańca, a ja już nie miałem wyjścia, bo cała sala mi kibicowała. –Wyrosłeś, Wiktorku!- powiedziała opierając brodę o moje ramię. Byłem od niej wyższy o pół głowy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;-Trochę…- skoro tak uważasz, to czemu mówisz do mnie jak do dziecka, kurwa!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Ale byłem zbyt skupiony na krokach, żeby powiedzieć to wszystko na głos. Nie mogłem sobie pozwolić sobie na splamienie mojego honoru nadeptując pannie młodej na stopę. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Może mi się wydawało, ale tańczyłem z nią najdłużej ze wszystkich. Gdy w końcu ktoś raczył ją odbić, padłem wykończony na krzesło. Nim zdążyłem odetchnąć, dosiadł się do mnie ojciec pana młodego&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;i reszta wódki odeszła w niepamięć. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;O północy, gdy nie byłem już do końca świadom otaczającej mnie rzeczywistości znów wylądowałem na parkiecie z resztą mężczyzn. Pamiętam tylko, że dostałem czymś w głowę, a potem tańczyłem z jakąś niezidentyfikowaną dziewczyną po środku wielkiego koła.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Rano obudziłem się z muchą na szyi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Kurwa…&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;Miałem być następny,&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zerwałem ją z siebie i rzuciłem w kąt wynajętego pokoju. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pragnąłem komputera.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wstałem z trudem, bo miałem wrażenie, ze zamiast głowy mam wielką kulę armatnią…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Z samozapłonem..&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;To, że takie nie istnieją, nie miało znaczenia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jakoś doprowadziłem się do porządku, ubrałem elegancko (ale już nie w garnitur) i zszedłem na śniadanie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Huk rozmów prawie zwalił mnie z nóg. Musiałem jednak być twardy… według rodziców sączyłem wczoraj tylko sok pomarańczowy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Na całe szczęście ojciec też nie czuł się za dobrze, więc posiedzieliśmy dwie godzinki i wróciliśmy do domu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Napisałem Erykowi, żeby do mnie wpadł.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pierwsze co zrobił to dopadł się do mojej nieszczęśliwie zdobytej muchy, którą mama wspaniałomyślnie mi zapakowała. ‘Na pamiątkę.’ Powiedziała.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zapiął mi ją na szyi, następnie wziął mój biały podkoszulek przewiązał sobie na głowie. Później złapał mnie pod rękę i zanucił marsz weselny. Spojrzałem na niego z wyrazem czegoś, czego nie potrafiłem nawet precyzyjnie określić. Zabrałem rękę i ściągnąłem muchę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie… Eryk nie zdjął mojej koszulki z głowy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy sobie poszedł zerwałem ze ściany kalendarz&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;i zakreśliłem pierwszy dzień czerwonym flamastrem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jedenaście miesięcy i dwadzieścia cztery dni. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-1196634903376081779?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/1196634903376081779/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-15.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1196634903376081779'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1196634903376081779'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-15.html' title='Rozdział 15'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-8250981674567812561</id><published>2010-10-02T12:40:00.003-07:00</published><updated>2010-10-02T12:40:59.361-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 14</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 14&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;‘Nad jezioro!’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;&lt;span&gt;Pojechaliśmy rowerami nad jezioro. Trzydzieści dwa stopnie nas do tego zmusiły. No i chcieliśmy popływać. A morze było zbyt wkurwiające do pływania.&lt;br /&gt;Całą drogę słuchałem narzekań Eryka, bo rower mieć miał, ale jeździł rzadko.&lt;br /&gt;Wyjechaliśmy dość wcześnie i ścigaliśmy się z upałem. Godzinę nam zajęło nim dotarliśmy na miejsce, mimo iż sam jeździłem tam w trzydzieści minut. &lt;br /&gt;Cztery postoje na siku, dwa na kanapkę i sześć przez bolącą dupę.&lt;br /&gt;Nigdy więcej na rowerową wycieczkę z tym palantem. &lt;br /&gt;Rozłożyliśmy koc gdzieś w cieniu, pod drzewem, bo żadne z nas nie przepadało za opalaniem. &lt;br /&gt;Woda była cudownie ciepła, nagrzana tymi upałami każdego dnia.&lt;br /&gt;-Dawaj popływamy!!- ryknął podekscytowany, zrzucając z siebie ubrania. Spojrzałem na niego znudzony i usiadłem na koc. Wzruszył ramionami i popędził na pomost, z którego odbił się i skoczył na główkę. Wlepiłem oczy w wodę czekając aż wypłynie, widowiskowo roztrzepując włosy. &lt;br /&gt;Nie wypłynął.&lt;br /&gt;Rozejrzałem się panicznie dookoła, ale ani w wodzie, ani na plaży nikogo nie było. &lt;br /&gt;Eryk utonął...&lt;br /&gt;Nie myśląc długo wskoczyłem za nim. Zanurkowałem i otworzyłem oczy. Piekły niemiłosiernie, a woda była tak mętna, że nic nie było widać. Macałem w szarości dłońmi na oślep, przerażony utratą przyjaciela.&lt;br /&gt;Wynurzyłem się łapczywie łapiąc powietrze i zawołałem go głośno, krztusząc się resztkami wody w gardle. Obróciłem się wokół siebie kilka razy rozglądając się szybko. &lt;br /&gt;Nigdzie go nie było.&lt;br /&gt;-Eryk!- znów ryknąłem chlapiąc bezsilnie pięściami. &lt;br /&gt;I wtedy usłyszałem śmiech, przeraźliwy i okrutny śmiech radości dokładnie za mną. Pod pomostem.&lt;br /&gt;Odwróciłem się pomału jakby nie wierząc... i nie chcąc wierzyć w to co zrobił.&lt;br /&gt;Wkręcił mnie.... kurwa!&lt;br /&gt;Eryk, szczerząc zęby, stał pod pomostem, oparty dłońmi o jego spód. &lt;br /&gt;Słowa utkwiły mi w gardle przez to przerażenie, które ustępowało miejsca mieszance nienawiści i furii. &lt;br /&gt;-No co ty, Wikuś... zmieniłeś zdanie w sprawie kąpieli?- odgarnął z oczu spływającą wodę. Podszedłem do miejsca, w którym czułem grunt pod stopami i złapałem go za ramię. On uśmiechnął się tylko sądząc, że już się nie gniewam, ale ja przyciągnąłem go do siebie i z całej siły przyłożyłem mu w twarz. &lt;br /&gt;Eryk, który nigdy jeszcze nie dostał od nikogo porządnie w ryj, stał kilka sekund z szeroko otwartymi oczami, nie wierząc w to co się stało. Z nosa ciekła mu krew. Dotknął jej niepewnie palcami i przyjrzał jej się dokładnie. Ale zamiast mi oddać on zaczął śmiać się głośno, jak dziecko, któremu przytrafiło się coś zabawnego. Poirytowany podszedłem do niego na tyle szybko, na ile pozwalała mi woda. Nabierz powietrza.- warknąłem.-Po co?- zapytał chichocząc, ale w odpowiedzi złapałem go za włosy i wepchnąłem jego głowę pod taflę jeziora. -Ty pieprzony oszuście!- z całej siły wciskałem go głębiej. Szarpał się i bezradnie wymachiwał rękami. -Nienawidzę cię! Nienawidzę cię kurwa! Słyszysz?!- wyciągnąłem go na powierzchnie i krzyknąłem prosto w twarz. Potem odepchnąłem go z obrzydzeniem i wyszedłem na brzeg. &lt;br /&gt;Krztusząc się i łapiąc głośno powietrze wciąż śmiał się z obłędem, jakby utrata życia wcale mu nie przeszkadzała. &lt;br /&gt;Splunąłem na piasek z wściekłością i poszedłem ściągnąć z siebie przemoczone ubranie.&lt;br /&gt;Tak... wskoczyłem w spodniach i koszulce. &lt;br /&gt;Przyszedł trochę później, już spokojniejszy i usiadł na drugim końcu koca, jakby obawiał się, że znów go uderzę. Wyciągnął z plecaka butelkę zimnego picia i przyłożył do nosa. &lt;br /&gt;Postanowiłem przez jakiś czas nie zwracać na niego uwagi. &lt;br /&gt;Gdy uznał, że mój gniew w końcu trochę zelżał, co było nie prawdą, położył się obok mnie. &lt;br /&gt;-Płakałbyś?- zapytał. Milczałem. -No wiesz.. tak za mną? Gdybym odszedł?- ciągnął dalej. Zacisnąłem pieści na kocu. -Przecież już odchodzisz...-warknąłem, a Eryk zmierzył mnie chłodno, co u niego było rzadkością.&lt;br /&gt;-Nie ja to wymyśliłem.-szepnął bardziej do siebie niż do mnie. Westchnąłem ciężko i sięgnąłem do plecaka po kokosowe wafelki.&lt;br /&gt;Nasze ulubione.&lt;br /&gt;Podstawiłem mu je pod nos, nie patrząc w jego stronę. Wziął je, a ja spostrzegłem kątem oka, ten jego wesoły uśmiech i odetchnąłem z ulgą, bo Eryk w trybie 'emo mode' był czymś niedopuszczalnym.&lt;br /&gt;A przynajmniej na wspólnej wycieczce nad jezioro.&lt;br /&gt;Wstałem poprawiłem kąpielówki i poszedłem popływać. &lt;br /&gt;Woda mnie nie męczy... Gdy w niej jestem nie czuję bólu mięśni od wysiłku. Mogę pływać bez przerwy, a nie będę zmęczony. &lt;br /&gt;Pływanie podobne jest do biegania. Tyle, że zamiast powietrza między palcami czujesz wodę. Czujesz jak opływa twoje ciało chłodem i unosi cię ku górze. &lt;br /&gt;O tak... uwielbiałem pływać.&lt;br /&gt;Ale oczywiście moje rzadko spotykane chwile szczęścia nie mogą trwać długo, więc po kilku minutach coś wielkiego wpadło do wody tuż przy mojej głowie, zalewając mi oczy i wypełniając usta. Wynurzyło się z dzikim okrzykiem zwycięstwa. -Skoki na bombę są mega!- ryknął Eryk, gdy przestał zachowywać się jak dzikus. &lt;br /&gt;Miłosierny Boże... czy to ja jestem nazbyt dojrzały, czy mój kolega jest totalnym debilem?&lt;br /&gt;Z rozkoszy pływania nic nie zostało.&lt;br /&gt;Gdy w końcu zdecydowaliśmy się wyjść i trochę odpocząć, plaża wypełniła się już sporą grupą ludzi.&lt;br /&gt;Na pomoście siedziały dwie, całkiem ładne dziewczyny, może w naszym wieku, może trochę starsze. Ich zgrabne sylwetki ubrane tylko w skąpy strój aż raziły w oczy. Krągłe, duże piersi falowały zgrabnie rytmem oddechu. Smukła talia, włosy opadające na ramiona i stopy chłodzące się w wodzie.&lt;br /&gt;O tak... u nas w gimnazjum takich nie było.&lt;br /&gt;W każdym razie uśmiechnęły się do nas, gdy szliśmy na brzeg. &lt;br /&gt;To pewnie moje ciało tak przykuło ich uwagę. Bo Eryk był po prostu chudy... a ja... Ja miałem mięśnie.&lt;br /&gt;Eryk pomachał dziewczynom wesoło. Osobiście wolałem coś porysować, niż je zabawiać, więc ruszyłem prosto na koc. Ale Eryk rozśmieszał je dziarsko i opowiadał różne brednie. Przyszedł po kilkunastu minutach z dumą wypinając pierś. -Zaprosiły nas na imprezę. W sobotę.- przejechał mi palcem przez środek pleców. Wzdrygnąłem się. -Nie idę.-odparłem zapatrzony w szkic czegoś co prawdopodobnie zmieni się kiedyś w dobrą pracę. &lt;br /&gt;-No weź, Wikuś! Spójrz na nie!- chwycił moją głowę i przekręcił w ich stronę. -Są niezłe! A bez ciebie nie pójdę.-posmutniał. -Niby czemu?- wyrwałem głowę z jego uścisku. -Bo się wstydzę.-szepnął.&lt;br /&gt;Złamałem ołówek...&lt;br /&gt;-Co robisz?- chyba nie dosłyszałem. &lt;br /&gt;-Wstydzę się.-strzelił po kolei każdym palcem, a ja nie mogłem powstrzymać ataku śmiechu. Klepnął mnie w tył głowy. -No przestań! Mówię poważnie...-o Boże, on mówił serio.&lt;br /&gt;-To co? Pójdziesz ze mną?- ułożył twarz na moim ramieniu i wlepił we mnie proszące spojrzenie. Westchnąłem ciężko i wróciłem do rysowania. &lt;br /&gt;Pod koniec dnia postanowiłem ostatni raz wejść do wody. &lt;br /&gt;Wskoczyłem w zachód słońca i rozchlapałem jego promienie wokół siebie. A Eryk zrobił mi zdjęcie zapisując to w zeszycie. Uchwycił mnie w locie, tuż nad taflą jeziora z końcami palców zanurzonymi w wodzie. &lt;br /&gt;Pokazał mi to później, ale nie chciał oddać.&lt;br /&gt;Wciąż rozważałem wyjście na tą imprezę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-8250981674567812561?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/8250981674567812561/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-14.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/8250981674567812561'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/8250981674567812561'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-14.html' title='Rozdział 14'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-482932593429582909</id><published>2010-10-02T12:40:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:40:04.137-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 13</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 13&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;„Lody’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Pójście z kolegą na lody brzmi dość pedalsko, ale nam się zachciało, co począć…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Było gorąco, a my dawno już nie jedliśmy porządnych kręconych lodów. Więc poszliśmy do jedynej kawiarni w naszym mieście, w której można było je znaleźć. Była przy liceum, do którego myśleliśmy, że będziemy chodzić razem. Staraliśmy się nawzajem zignorować nasze smutne twarze i ciche westchnienia tęsknoty. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przecież już się z tym pogodziliśmy…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Formalnie…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Usiedliśmy w parku na ławce, nie w naszym miejscu, bo stwierdziliśmy, że po tylu latach Można jeden dzień spędzić gdzie indziej.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Niezmiernie tego potem żałowałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;No więc siedzieliśmy na tej ławce, wokół biegały dzieci, psy i rodzice. Gdzieś tam z boku powolnie przedreptywała starsza pani z panem. A wokół śpiew ptaków. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Sielanka jak chuj. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk jako miłośnik małych zwierzątek, których jako tako nigdy u siebie nie miał, swym sokolim wzrokiem spostrzegł w trawie małą mysz.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pewnie z wścieklizną lub sepsą. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W każdym razie rzucił się między moje nogi żeby ją złapać.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mysz uciekła, Eryk przeklął, a pół jego loda wylądowało na moim udzie ubranym w nowe dżinsy…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;NOWE.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przewróciłem oczami, bo jakoś dziwnie czułem, że prędzej czy później do tego dojdzie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jesteś niezdarą!- warknąłem szukając czegoś, czym mógłbym to wytrzeć. –Przepraszam! Przepraszam!- powtarzał łamiącym się głosem. Dobrze wiedział jak reaguję na brud i plamy. –Ja to zetrę.- powiedział w końcu, a ja odprężyłem się trochę przymykając oczy i sądząc, że szuka chusteczki.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Ale to co poczułem na spodniach było o wiele cieplejsze od chusteczki i o wiele wilgotniejsze. Otworzyłem oczy i z przerażeniem zobaczyłem, że Eryk zbiera lód… Językiem. –Co ty se robisz?!- ryknąłem na cały park wstając, a ludzie, którzy i tak byli już zainteresowani całą sytuacją, zaczęli się nią interesować jeszcze bardziej. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jak to ludzie…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Została by plama.- odparł, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wierzyłem…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zamachnąłem się i z całej siły uderzyłem go w głowę. Zabolała mnie ręka ale było warto. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jesteś taki nie miły…- jęknął masując guza. –A ty zboczony! Zdajesz sobie sprawę jak to wyglądało?- krzyknąłem. –Jakbym czyścił ci plamę po lodzie?- odparł wzruszając ramionami. –Nie kurwa! Jakbyś mi tego loda robił!- syknąłem, a on uśmiechnął się niewinnie, jakby nie był świadom, że ta sytuacja mogła tak wyglądać. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byłem pewien, że zrobił to jak najbardziej celowo.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Wróciłem do domu, wykąpałem się i wyprałem spodnie. Faktycznie, plama zeszła od razu… Ale to zapewne dzięki mojej mieszance trzech proszków do prania, odplamiacza i płynu do płukania. Sam się zdziwiłem, że spodnie mi się nie rozpuściły.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przed spaniem wziąłem książkę&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;do rąk, bo ostatnio jakoś pochłonął mnie rysunek. Z plecaka wydłubałem paczkę zwietrzałych chipsów z wczorajszego biwaku i wygazowaną colę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Czytałem długo, przy małej lampce nocnej. Już świtało gdy przestałem odróżniać ‘d’ od ‘m’. Zamknąłem oczy, a dziwne uczucie gorąca przepłynęło przez moje ciało. W myślach zobaczyłem, jak Eryk delikatnie, czubkiem języka zlizuje krem z moich spodni, a potem dotyka je ustami. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dreszcze.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Potrząsnąłem głową wyrzucając ten obraz z pamięci.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ohyda. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I znów nie mogłem zasnąć.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przysnąłem na piętnaście minut koło szóstej. Był wtorek, kolejny nudny dzień wakacji, w który mogłem spać do woli. Ale wstałem i poszedłem biegać. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tak wcześnie powietrze ma specyficzny, orzeźwiający zapach mokrej trawy i pustych ulic. Przy krawężnikach porozbijane butelki od piwa po wczorajszym meczu, których nikt jeszcze nie zdążył sprzątnąć. I ten dym tytoniowy unoszący się gdzieniegdzie, jak mgła na wysokości twarzy z ciemniejszych zaułków.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Piękno i smutek poranka. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-482932593429582909?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/482932593429582909/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-13.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/482932593429582909'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/482932593429582909'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-13.html' title='Rozdział 13'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-2377400623167054142</id><published>2010-10-02T12:39:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:39:46.219-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 12</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 12&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;‘Namiot’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Wróciłem do domu koło dwudziestej trzeciej. Przemoknięty i zmęczony. Marzyłem dostać zapalenia płuc i umrzeć, ale deszcz był zbyt ciepły by zachorować, a i żyjąc w tych czasach zapalenie płuc to już nie problem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Krople dalej żałośnie bębniły w szyby, a ja nie miałem nawet siły odpalać komputera. Zrzuciłem z łóżka rzeczy, których przed wyjściem nie posprzątałem. Bałagan zawsze napawał mnie odrazą. Ale w tym momencie, nawet nie czułem obrzydzenia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Padłem na poduszkę przerażony i senny, choć nie mogłem zasnąć…&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wizje setek dni samotności, pożegnań, telefonicznych obietnic nie do spełnienia i godzin odrzucenia w pustej ławce na końcu klasy, w której będę musiał siedzieć sam, &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;pojawiały się przed oczami, gdy je tylko zamykałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Deszcz spływał mi z włosów, ubranie przylepiło się do ciała.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nawet nie było mi zimno. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zdołałem przysnąć dopiero nad ranem, gdy mama wstawiła wodę na kawę, a ojciec szykował się na co weekendową rodzinną wyprawę, z której nigdy nic nie wychodziło. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nieświadomy sen o niczym, o ciemności i smutku&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Obudziłem się po nim zmęczony jak nigdy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Przez pierwszy tydzień nie odzywaliśmy się do siebie. Ja musiałem się oswoić z myślą o jego wyjeździe, a i on musiał pogodzić się z tym, że mi to w końcu powiedział. Potem jednak obaj stwierdziliśmy, że skoro został nam tylko rok, bo jego rodzice wspaniałomyślnie uznali, ze lepiej będzie jak skończy gimnazjum tutaj, to trzeba go wykorzystać jak się tylko da. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Staraliśmy się spędzać razem każdą wolną chwilę. Wychodziliśmy na dwór i kładliśmy się na trawie w naszym miejscu nad rzeką. Robiliśmy wszystko, by czas dłużył się jak najbardziej.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Obserwowaliśmy chmury na bezchmurnym niebie, liczyliśmy promienie słońca odbijające się w wodzie, mnożyliśmy źdźbła trawy przez ilość ziaren piasku, a muł w rzece dzieliliśmy przez tlen. Ot, zajęcia, nudne i powolne, które zazwyczaj służyły jako spowalniacz czasu… Teraz nie działały…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Zróbmy sobie biwak.- powiedział pewnego razu, gdy ja siłowałem się z sennością.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie ma gdzie...- ziewnąłem. Ciche westchnienie zawodu.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Skrzywiłem się.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Chyba, że u ciebie za domem.- rzuciłem pomysłem. Ciało Eryka leżącego obok mnie wzdrygnęło się raptownie. Nic nie odpowiedział, ale ten odruch odrazy wszystko mi wyjaśnił. –U ciebie pod blokiem?- wypalił tak nagle, że sam podskoczyłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Senność minęła. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jak to pod blokiem? I tak już jestem nikim na osiedlu... Jak nisko mam jeszcze upaść żeby cię zadowolić?- usiadłem wyciągając papierosa zza jego ucha. Uśmiechnął się przymilnie, bo wiedział, ze i tak się zgodzę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wypuszczając dym zacząłem przeszukiwać w pamięci piwnicę, szukając namiotu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;-Zrobiłam wam kanapki! I herbatę! A tu macie chrupki i ciasteczka...- szaleńczy wir pakowania mojej matki. Jej nadopiekuńczość jest upierdliwa. Naszykowała tyle jedzenia, jakbyśmy wyjeżdżali na miesiąc do Singapuru... &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Idziemy na jedną noc pod okno...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mając piętnaście lat...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Mamo... Błagam.- mruknąłem widząc trzy reklamówki jedzenia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Zjecie, zjecie...- poklepała mnie po brzuchu. –Dorobię jeszcze kanapek.- uśmiechnęła się. Machinalnie spojrzałem na moje idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha szukając tłuszczu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nic nie znalazłem...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ulga... &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Starczy tych kanapek!- warknąłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Czemu? Kanapeczki są fajne...- Eryk jak zwykle niespodziewanie wpełzł do kuchni czarując moją mamę fałszywie słodkim uśmiechem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Widzisz Wiktor? Bierz z Eryka przykład! Dużo je... Dlatego jest od ciebie wyższy...- &amp;gt;.O&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Umarłem...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk wybuchł śmiechem pozwalając mojej BYŁEJ matce spakować wszystko do końca.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kipiąc z wściekłości wyszedłem z kuchni i biorąc w ręce tylko namiot zszedłem na dół, nie zapominając o porządnym trzaśnięciu drzwiami. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Bezczelność...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Usiadłem na ławce przed klatką i zapaliłem papierosa. Pięć minut czekałem aż zejdzie z resztą pakunków.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Aleś ty zazdrosny...- Eryk ukuł mnie w żebra. Mlasnąłem. –Nie jestem zazdrosny, tylko wkurwiony! Słyszałeś? Powiedziała, ze jestem niski!- rozpaczliwie szukałem pocieszenia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Bo jesteś...- wzruszył ramionami. Kopnąłem go w kostkę. –Ał...- jęknął.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie ma to jak mieć przyjaciela. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pokutując za znieważenie mnie przez rodzica, Eryk rozkładał namiot sam... Trwało dłużej, ale przynajmniej nie musiałem brudzić rąk kurzem. Potem tylko nadmuchałem materac pompką elektryczną.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Czego to ludzie nie wymyślą, żeby jeszcze bardziej pogrążyć się w lenistwie...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Było koło dziewiętnastej, gdy w końcu rzuciliśmy się do środka namiotu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Zmęczyłem się.- sapnąłem rozkładając sobie śpiwór. Eryk leżał wycieńczony i ociekający potem. Spojrzał na mnie z frustracją. –Czym? Podłączeniem pompki do prądu?- mruknął dysząc ciężko. –Ej... Musiałem zejść z tym do piwnicy!- syknąłem klepiąc materac. Mruknął coś pod nosem, co zignorowałem i wyciągnąłem kanapkę z reklamówki. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ok.. Przyznaję... Jednak się przydały.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy trochę odpoczęliśmy, poszliśmy do sklepu po parę piw. W końcu na samej herbacie długo byśmy nie pociągnęli. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nim weszliśmy z powrotem do środka, rozejrzałem się uważnie dookoła... To nie tak, że przejmowałem się opinią ludzi... Ja po prostu nie chciałem w środku nocy obudzić się w płonącym namiocie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Lub w ogóle płonąc…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mieliśmy ze sobą latarkę, telefony, psp, odtwarzacze mp3 i mały telewizorek z divixem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Prawdziwy biwak...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wypiliśmy po piwie i wziąłem się za rysowanie. Bazgrałem od tak w bloku, bo i tak nie było co robić. Eryk zajął się grą.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Liczyliśmy na deszcz, bo zupełnie inaczej go czuć leżąc w namiocie, ale po ostatniej burzy zapowiadali dwa tygodnie upałów i suszy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Niektórzy się z tego cieszą...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W końcu Eryk wyciągnął z plecaka pióro i jakiś dziwny, czerwony, sponiewierany zeszyt, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Położył się na plecach, na nogach oparł notes, a dłonią z zamkniętym piórem rysował zawiłe ścieżki na ściance namiotu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Niby miał pisać... Ale coś mi w nim nie pasowało. W jego twarzy nie było tego skupienia i rozmarzenia co zawsze, To było raczej coś na kształt grymasu próby przypomnienia sobie pewnych rzeczy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Boże... On pisał pamiętnik.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Na początku chciałem wybuchnąć śmiechem, ale po głębszym zastanowieniu, stwierdziłem, że ja przecież też go mam.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Bo po co innego stawiałbym daty pod rysunkami?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pamiętnik to nic innego jak wspomnienia przelane na papier w takiej lub innej postaci. Jedni piszą, drudzy rysują, jeszcze inni robią zdjęcia... Kolejni komponują muzykę…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Życiorysy odbite w sztuce...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dziwnie uczucie robić coś nieświadomie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zatemperowałem ołówek i strzeliłem palcami, na co Eryk w ogóle nie zareagował. Ułożyłem się wygodnie i zacząłem go rysować. Uświadomiłem sobie, że nie mam ani jednego jego portretu, a przecież znamy się od ośmiu lat. Został nam tylko ten rok...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Musiałem go narysować.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A Eryk z piórem i zeszytem w dłoniach, to Eryk, jakiego chciałem zapamiętać... &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wesołego, szczęśliwego chłopaka, ani też jego przerażonej i smutnej części... Tylko rozmarzonego, poważnego piętnastolatka ze swoją pasją przed sobą.&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Takiego Eryka jakiego znam i lubię najbardziej.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-2377400623167054142?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/2377400623167054142/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-12.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2377400623167054142'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/2377400623167054142'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-12.html' title='Rozdział 12'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-4670934646197863144</id><published>2010-10-02T12:38:00.000-07:00</published><updated>2010-10-02T12:38:32.457-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 11</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 11&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;‘&lt;i&gt;Herosi’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Wakacje, jak myślałem, były gorące i upierdliwe, a my, jak zwykle gniliśmy w domach grając i gadając o pierdołach.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Biegałem już tylko wieczorami, bo w ciągu dnia prędzej bym upadł i umarł z odwodnienia i upału niż wypracował kondycję.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie… Palenie papierosów wcale mi nie przeszkadzało. Ale jakby nie patrzyć w ogóle nie pasowało do mojego joggingu. Jednak miałem piętnaście lat. Zawał mi raczej nie groził, a i palić też nie paliłem długo, więc o raku też nie było mowy. .. Astmy też nie miałem, więc mogłem jarać śmiało.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Z racji pojawienia się włosów łonowych, oraz używania wody po goleniu, zaczęliśmy się bardziej liczyć w świecie dorosłych, więc teraz gdy rodzice Eryka zaprosili mnie do siebie na grilla, usiedliśmy razem z nimi przy stole zamiast ganiać się wokół drzewek na podwórku. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tęskniłem za tym. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mimo wszystko usiadłem grzecznie na krześle, położyłem serwetkę na kolanach i uprzejmie przytaknąłem gdy jego mama zapytała się mnie o coś do picia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Mając siedem-osiem lat siedzenie z dorosłymi przy jednym stole było czymś nieosiągalnym i surrealistycznym, a teraz, gdy mogliśmy już bez przeszkód wdawać się w dyskusje i nawet się w nie wtrącać, nie mogliśmy uwierzyć, że jest to tak potwornie nudne.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie było w tym nic interesującego, żadnej rozrywki… Tylko żenujące żarty, rozmowy o polityce, szkole – mimo iż mieliśmy wakacje- planach na przyszłość i opychanie się na umór bo nie chciało się dyskutować. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;-Eryk pokazywał mi ostatnio twoje nowe prace. Robisz postępy. Gratuluję. Podszlifuj się jeszcze trochę, bo niedługo kończę książkę. Będę potrzebował okładki.- ojciec Eryka poklepał mnie po plecach. Zakrztusiłem się colą zaskoczony. Zaśmiał się głośno. – Masz talent! A moja książka mogła by cię nieźle wypromować.- kontynuował, a ja dawno nie widziałem jego ojca aż tak poważnego. –Wiadomo, że jeszcze trochę pracy przed tobą, że masz dopiero piętnaście lat, ale drugiej takiej szansy tak szybko nie dostaniesz… Najlepiej jest zrobić sobie reklamę teraz, żeby mogła ewoluować. Oczywiście dostałbyś należyte wynagrodzenie. Teraz kiedy my…- w tym momencie pięść Eryka uderzyła w stół, a talerze i szklanki zabrzęczały głośno podrzucone lekko do góry. Przestraszeni spojrzeliśmy w jego stronę. Tego wyrazu twarzy nie zapomnę chyba nigdy. Zwężone źrenice, brwi nerwowo ściągnięte ku dołowi i te charakterystyczne zmarszczki na nosie. Usta przygryzione i wykrzywione w wyraźnej wściekłości. Druga dłoń podświadomie wyrywająca nitki z serwety. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Eryku!- jego mama wyraźnie pobladła. Wstał z hukiem, odrzucając krzesło i ciężko wypuszczając powietrze wszedł do domu. Nie wiedząc o co chodzi i też jak się zachować, postanowiłem, że chyba zajrzę do niego, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Przeprosiłem grzecznie i wstałem od stołu. Odchodząc, usłyszałem jak jego rodzice zaczęli szeptać o czymś, czego widocznie żałowali, ale już ich nie słyszałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Siedział w kuchni, ze szklanką mleka przed sobą. Zawsze gdy był zdenerwowany pił mleko. Ot, nawyk z dzieciństwa.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Usiadłem naprzeciw niego i czekałem. Pociągnął spory łyk i odetchnął już spokojniejszy. Nie odezwałem się słowem póki on sam nie zaczął. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Pierwsza książka, która zostanie wydana z twoimi ilustracjami i twoją okładką, będzie moja książka. I nie obchodzi mnie co o tym myślisz, ani co chcesz z tym zrobić. Nie będzie inaczej…- twarz Eryka bez uśmiechu to dziwny widok. Zawsze gdy na niego patrzę, gdy jest w takim stanie, co zresztą rzadko mam okazję robić, robi mi się przykro, bo wtedy widać w nim tego prawdziwego, przytłoczonego życiem chłopaka, który uśmiechem stara się zakryć żal większy, niż prawda o świętym Mikołaju. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zgodziłem się z nim.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Miałem do wyboru przedwczesną karierę, która i tak mnie nie ominie, albo Eryka.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wybrałem jego.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Uśmiechnął się słabo, a ja znów poczułem, że w porównaniu z nim, mogę być najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Podobno człowiek samotny, to człowiek wolny… Ale patrząc na niego, po prostu w to nie wierzę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Pójdę już.- wstałem. Łyknąłem jeszcze mleka z jego szklanki i ruszyłem do wyjścia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Dziękuję, Wiktor.- powiedział, gdy stałem już w progu kuchni. Wybębniłem palcami melodię na framudze i kiwnąłem głową. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wyszedłem… Bo dłużej już chyba nie zniósłbym jego smutnej twarzy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Wieczorem zacząłem grać na gitarze. Grałem długo i spokojnie. Stęskniłem się za nią. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy tak wprowadzałem się w stan erekcji, zadzwonił Eryk. Nie wiem po co, nie wiem czemu. Wiem, że mi opadł, gdy chwyciłem za słuchawkę. –No?- zapytałem, szukając słuchawek, żeby mieć wolne ręce. –Nie miło…- mruknął. –Co się stało?- zapytałem poirytowany, dostrajając gitarę. –Grasz? Lubię gdy grasz…- odparł od tak, po prostu. –Czego chcesz?- warknąłem. –Chce posłuchać jak grasz..- kłamca. Przewróciłem oczami, bo już nie miałem siły i zacząłem grać. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Słysząc tą ciszę w słuchawkach, przerywaną tylko cichym, spokojnym oddechem, poczułem, że robię dla niego coś dobrego, że muzyka jest dla niego pocieszeniem, tak jak i dla mnie. Byłem dumny, że choć w taki sposób, mogę zrobić coś, żeby poczuł się lepiej, bo uczuć przecież niby nie miałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy skończyłem, siedzieliśmy jeszcze długo oparci o ściany swoich pokojów, na swoich łóżkach, rozmawiając milczeniem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Bo przecież słowa nie zawsze są potrzebne.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Gdy obudziłem się następnego ranka, trzynastego dnia lipca, w piątek, z jakiegoś powodu wiedziałem, że ten dzień będzie zjebany. Nie jestem typem zabobonnej osoby. Nie wierze w takie pierdoły. Jednak tym razem coś wewnątrz mnie mówiło mi ‘Wiktor, to będzie najbardziej beznadziejny dzień w twoim życiu.’ I szczerze się przyznam, że nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie wiedziałem, że będzie aż tak fatalny.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Śniadanie zjadłem normalnie. Nic mi się nie wylało, nie rzygałem po wypiciu zepsutego soku i nawet nie skaleczyłem się krojąc chleb. Poszedłem biegać. Nigdzie się nie potknąłem, a pogoda była jak to na lipiec przystało. Gorąca i słoneczna. Szydząca właściwie z mojego nastroju. Wróciłem do domu. Wziąłem prysznic. Pograłem chwile na konsoli, trochę porysowałem. Zatemperowałem ołówki. Dzień jak co dzień. Miałem posprzątać ale tego nie zrobiłem, bo tak działają wakacje. Rozleniwiają. Przygotowałem się więc na porządną reprymendę od matki, której jakimś cudem uniknąłem, bo wróciła w niebywale dobrym humorze. Całą rodziną zjedliśmy obiad, co rzadko się u nas zdarza, a potem nawet dostałem od ojca parę groszy na, jak on to określił, coś słodkiego, choć pewnie dobrze wiedział, że zaraz je przepije. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zamknąłem się w pokoju grając chwilę na gitarze. Znów dźwięk telefonu wybudził mnie z transu muzyki. Umówiłem się z Erykiem na nasze rytualne, wieczorne picie piwa w parkowym zaciszu. Ogarnąłem się raz dwa i wyszedłem z domu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Gdy promienie słońca nie sięgają już czubków drzew, a niebo mieni się kolorem różu i purpury, nastaje czas magii, gdzie nawet powietrze staje się inne. Wtedy właśnie, idąc tak uliczką między betonowymi blokami, uśmiechnąłem się sam do siebie na znak triumfu, bo przecież nic strasznego się nie stało. A było już późno. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk czekał na mnie na ławce przy ostatnim bloku mojego osiedla. Razem zaszliśmy do sklepu, w którym nawet pięcioletnie dzieci mogły kupić alkohol. Ruszyliśmy naszą codziennie wydeptywaną drogą, niby do nikąd, a jednak gdzieś nas prowadziła. Zawsze w to samo miejsce, choć szliśmy prawie z zamkniętymi oczami. Usiedliśmy nad rzeką, milcząc, bo wszystko co istotne już omówiliśmy. &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Czasem to co chciałbyś powiedzieć lepiej jest po prostu przemilczeć. I on o tym wiedział dlatego wielu spraw nie poruszaliśmy i o wielu rzeczach nie rozmawialiśmy. Tak było lepiej dla każdego z nas. Było wygodniej. Bezpieczniej. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;To nas pochłonęło. Tak bardzo, że w końcu przywykliśmy do nieszczerości. A mimo to byliśmy przyjaciółmi. Może dlatego, że byliśmy zupełnie inni i lepiej się dogadywaliśmy? A może dlatego, że mimo wszystko byliśmy tacy sami? I to podobieństwo nie pozwalało nam się pozabijać? &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Często zastanawiałem się nad takimi zupełnie&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;nieistotnymi rzeczami. A szczególnie ciekawiło mnie jedno: co by było gdyby Eryk nie dosiadł się do mnie w pierwszej klasie? Co by było gdyby… Gdyby co? To było tak straszliwie niepotrzebne. Ale nigdy o tym nie wspominałem. Choć byłem pewien, że Eryk myślał o tym samym. Miałem wrażenie, że czasem chciałby o tym porozmawiać, ale gdy tylko otwierał usta by zacząć ten temat, słowa grzęzły mu w gardle, hamowane wiecznie praktykowanym kłamstwem. Skąd o tym wiem? Bo miałem tak samo. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Więc milczeliśmy. Słońce pomału zaczęło wygładzać linię horyzontu, a rzeka nabrała koloru czerni. Gdy zapatrzyłem się w swoje odbicie w wodzie, a wiatr rozwiał mi włosy z czoła, usłyszałem jak Eryk wciąga głęboko powietrze, by coś powiedzieć. Spojrzałem więc na niego wyczekująco, a dziwne uczucie niepokoju powróciło ze zdwojoną siłą. To był strach… Eryk nigdy nie bał się mówić. Nie czuł przed tym urazy, ani nie miał oporów. A głośne wciągnięcie powietrza świadczyło tylko o tym, że ciężko mu coś z siebie wydusić. Ale cierpliwie czekałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wyprowadzam się.- powiedział, pociągając z butelki porządny łyk. Parsknąłem śmiechem ale Eryk zamiast mi zawtórować patrzył poważnie w przestrzeń. –Jak to ‘wyprowadzasz’?- zapytałem wciąż z cieniem niedowierzającego uśmiechu.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;–A no.. Wyprowadzam... Od tak... Tata będzie bliżej wydawnictwa. Mama chce żyć w większym mieście. Tylko jak zwykle o mnie nikt nie myśli.- westchnął wyrzucając butelkę do rzeki. –Przykro mi...- szepnął. Ale ja już wstałem i odszedłem wylewając resztkę piwa na ulicę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Gdy byliśmy dziećmi nie baliśmy się niczego. Byliśmy herosami. Nie straszne nam były potwory spod łóżek, zębowe wróżki, dentyści i nieznajomi. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I nagle, w jednej chwili, nasza obłudna odwaga rozprysła się na miliard kolorów jak bańka mydlana.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byliśmy przerażeni czekającą nas samotnością.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Niebo okryło świat burzowym deszczem, a ja wciąż szedłem ulicami przed siebie, z oczami wbitymi w szary chodnik i w duchu błogosławiłem ten deszcz…. Bo tylko on mógł usprawiedliwić moje mokre policzki.&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-4670934646197863144?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/4670934646197863144/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-11.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/4670934646197863144'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/4670934646197863144'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-11.html' title='Rozdział 11'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-3510356242062549147</id><published>2010-10-02T12:37:00.003-07:00</published><updated>2010-10-02T12:37:41.050-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 10</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 10&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;‘&lt;i&gt;Spoliczkowany.’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Ok… Ja wiem, że teraz, w dobie wszechobecnych telefonów komórkowych wszyscy wymieniają się numerami. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zdaję sobie sprawę, że zdobyć czyjś numer to teraz żaden problem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ale skąd Ania miała mój?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie mam pojęcia…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jedyną osobą, która była w jego posiadaniu, był Eryk, ale nawet on, który jest najprawdziwszym chujem, nie dałby go takiej nic nieznaczącej Ani. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Szczególnie, że jeszcze rzekomo był o nią zazdrosny.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W każdym razie, zostałem zasypany miliardem smsów, a mój telefon wybuchał przy każdym kolejnym.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nigdy nie odpisywałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przez pierwsze trzy dni nie robiło to mi najmniejszej różnicy, bo gdy widziałem od kogo są te wiadomości od razu je usuwałem, nie czytając nawet. Ale potem…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;To było zbyt wiele…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zaczęła mi puszczać strzałki w środku nocy, dzwonić nad ranem i zasypywać idiotyzmami na komunikatorze…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘Hejka! Cio tam MisiaczQ? Hehe…’ &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jezu….&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Czasem zastanawiałem się, czy przypadkiem nie oślepłem, albo czy czasem ona nie ma zepsutej klawiatury. To było zbyt potworne by mogło być prawdziwe.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Po dwóch tygodniach tej męczarni, zdecydowałem się zrobić poważny krok w stronę poważnego życia i dorosłości, i postanowiłem powiedzieć Ani, żeby w końcu się ode mnie odpieprzyła.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Złapałem ją na przerwie i kazałem na siebie poczekać po lekcjach. Była przeszczęśliwa… &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy nadszedł czas powrotu do domu, Ania czekała na mnie na schodach wejściowych do szkoły. Uśmiechnięta, w pomarańczowych rękawiczkach i z zieloną parasolką. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Znów padało.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Poszliśmy kawałek alejką, w stronę jej domu. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Będę choć na tyle miły i ją odprowadzę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Stanęliśmy na jej ulicy. Spojrzałem jej prosto w oczy. Jej usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Przeskakiwała z nogi na nogę niecierpliwiąc się.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Odpieprz się.- powiedziałem spokojnie i pewnie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Że co?- zamrugała nerwowo. Uśmiech zszedł jej z twarz szybciej niż się pojawił.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Odpieprz się… Jesteś upierdliwa..- wzruszyłem ramionami. Nie rozumiałem jej zdziwienia. Jej oczy zabłyszczały nienawiścią, a ja wciąż nie mogłem zrozumieć czemu… Przyglądałem się jej uważnie, gdy ściągała rękawiczkę z dłoni.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A potem wymierzyła mi policzek.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Potężny, choć nie wyglądała na silną.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Lewa strona twarzy piekła mnie niemiłosiernie, a lodowaty deszcz jeszcze to potęgował. Podrapałem się po głowie, odwróciłem i odszedłem nie mówiąc już nic.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Chyba coś za mną krzyknęła, ale ja już założyłem słuchawki na uszy i głośno włączyłem muzykę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Niestety, w życiu nic nie przychodzi łatwo. Czasem trzeba pewne rzeczy poświęcić. Więc to zrobiłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Bo cóż znaczy chwilowe zaczerwienienie policzka, za dożywotni spokój?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Byłem z siebie dumny.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy powiedziałem wieczorem Erykowi, że zostałem spoliczkowany, on był gotów iść do niej i ją rozszarpać.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Idiota…-syknąłem, rzucając go kapciem, żeby usiadł z powrotem. Zmierzył mnie chłodno, jakbym właśnie uraził jego męskie ego. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘Męskie’… wygląda jak siedmiolatek.. a i zachowuje się jak gówniarz. Pokręciłem znacząco głową.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Przynajmniej mamy z nią spokój.- z dumą uderzyłem się w pierś.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-A boli cię?- Eryk dotknął mojego policzka swoją ciepłą dłonią i zaczął przyglądać się mi uważnie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jezus Maryja Boże no kurwa!- odepchnąłem go wściekle. –Nie jesteś moją matką…- krzyknąłem. Wbił oczy w ręce. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Matko…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie nie boli mnie….- warknąłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Uśmiechnął się szeroko.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Naprawdę go…. Nienawidzę… &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Zaczynało robić się coraz cieplej i dni stawały się dłuższe. W końcu znów powrócą te chwile zmarnowanych godzin nad rzeką w parku.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy przyszedł maj zacząłem biegać częściej, bo nie powiem, zimowe chłody mnie zniechęcały.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk na urodziny dostał rower, więc gdy ja pociłem się zdzierając podeszwy butów, on jechał obok, uśmiechnięty, z rękami założonymi za głową. Gdyby mógł, to pewnie zacząłby czytać.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Była to jedna z tych ciepłych wiosen, zapowiadających upalne lato, więc podczas tych naszych maratonów, robiliśmy sobie przerwy. Kładliśmy się na trawie, gdzieś za miastem i milczeliśmy oddychając ciężko. Marząc o zimnym napoju, którego nigdy jednak po powrocie nie kupowaliśmy. Ale raz Eryk przerwał tę ciszę. –Gdzie chciałbyś pojechać?- zapytał. –Do domu.-odrzekłem znudzony. Mlasnął głośno. –Chodzi mi o świat, Wikuś… Gdzie chciałbyś pojechać?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘A co cię to obchodzi?- pomyślałem. –Paryż…- wypaliłem, nim zdążyłem ugryźć się w język. –Miasto artystów, co? Zabiorę cię tam.- uśmiechnął się. ‘I co jeszcze? Wyjdziesz za mnie?’ prychnąłem w duchu. Zignorowałem tę kolejną, idiotyczną obietnicę, która nigdy się nie spełni. –Kocham sztukę.- ziewnął i wyciągnął dłoń ku słońcu. Tak… Eryk kochał sztukę, bo po prostu była sztuką. Ja kochałem ją za to, że byłem jej częścią.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Za każdym razem, gdy coś rysowałem, coś ambitnego, coś z czego byłem dumny, czułem się jednością z tym obrazem, rysunkiem. Wyrażając w nim siebie byłem zadowolony.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk powiedział mi kiedyś, że artystą nie jest ten kto po prostu tworzy coś machinalnie i bez namysłu, ale ten, kto wkłada w pracę całego siebie. Dopiero wtedy to, co się stworzyło, można nazwać sztuką… A ja za każdym razem oddawałem moim rysunkom duszę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tego razu wracaliśmy dziwnie poważni, zamyśleni i uśmiechnięci. Eryk złapał się kierownicy i nawet ja dałem ponieść się tym marzeniom o wyjeździe.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Choć nienamacalne i na razie nie osiągalne, dawały tyle radości.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Ania nie odzywała się już do mnie w ogóle... Zresztą... I tak mnie to nie obchodziło. Ale za każdym razem gdy mijałem ją na korytarzu, wybuchała płaczem i uciekała do łazienki, a jej koleżanki patrzyły na mnie tak, jakby chciały mnie wykastrować tym spojrzeniem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Choć nie wiem czemu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Dni dłużyły się, skąpane w gorącym powietrzu i ogólnie nie chciało się robić nic. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jak co roku obaj, i ja, i Eryk byliśmy zagrożeni z matematyki... Więc trzeba było trochę się przyłożyć... I tak nie lubiłem słońca.. Taka pogoda mnie przytłaczała, więc z chęcią siedziałem w domu. Z tym że z jeszcze większą chęcią porobił bym coś innego.. Oczywiście, zanim zacząłem się uczyć, pierwsze czterdzieści minut rysowałem na kartce z notatkami, drugie pięćdziesiąt minut oglądałem telewizor, później pograłem chwilę na gitarze, a potem przeleżałem półtorej godziny na tapczanie nie robiąc nic. Gdy w końcu otworzyłem podręcznik była dwudziesta trzecia i stwierdziłem, że jednak najpierw pójdę się wykąpać. Wyszedłem z wanny dwadzieścia minut później. Kolejne dziesięć minut spędziłem w kuchni, obserwując wolno płynące wskazówki zegara gdy czekałem aż ugotuje się woda na herbatę. Wróciłem do pokoju i kończąc drugie zadanie stwierdziłem, że musze kłaść się spać, bo rano nie wstanę na lekcje. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ot, moja nauka...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tak to wyglądało przez cały tydzień, aż do niedzieli. W niedzielę, której nienawidzę najbardziej na świecie, w końcu nastąpił przełom, bo zrobiłem pięć przykładów. Nic nie motywuje lepiej niż świadomość, że zaliczenie jest na drugi dzień.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W poniedziałek rano, przed klasą od matematyki, z miny Eryka wywnioskowałem, że jego tydzień był równie burzliwy jak i mój.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie zdamy...&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Usiedliśmy w ławkach, wyciągnęliśmy kartki.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Cisza. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Było tak cicho, że mogłem usłyszeć pulsowanie moich skroni.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ziewnąłem raz i drugi godząc się na zostanie w drugiej gimnazjum jeszcze jeden rok. Eryka pewnie też to czeka, więc przynajmniej nie będę jedyny.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rozwiązałem dwa i pół zadania na dziesięć i zacząłem układać długopis równoległe do krańca blatu ławki.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Potem poczułem ukłucie w środek pleców.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Cienkopis, który tak pięknie komponował się z symetrią blatu upadł z głuchym trzaskiem na podłogę, a wszystkie głowy, łącznie z nauczycielki, zwróciły się ku mnie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Uśmiechnąłem się przepraszająco i schyliłem się by go podnieść. Odwróciłem się do Eryka mordując go wzrokiem, a on na to po prostu bezczelnie wyszczerzył zęby i pokazał mi zgnieciony kawałek kartki między palcami.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A więc jednak się trochę uczył.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Usiadłem prosto i udając, że drapie się po plecach, wyciągnąłem do niego dłoń, żeby przekazał mi ściągę. Następnie po dokładnym rozejrzeniu się po sali by zbadać, czy matematyczka mnie obserwuje czy też nie, zabrałem się za twórcze przepisywanie zadań.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Po czterdziestu pięciu minutach męczarni i stresu, wyszliśmy i odetchnęliśmy z ulgą, bo jak myśleliśmy, większość zadań powinna być dobrze.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I faktycznie… Tydzień późnej dowiedzieliśmy się, że z ledwością daliśmy rade na dwa. Ale jednak zaliczyliśmy i dzięki temu będzie nam dane rozwijać się dalej.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;W końcu doczekaliśmy wakacji. Upragniony dzień nadszedł szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Po zaliczeniu matematyki dni zrobiły się jakieś kolorowsze i dziwnie weselsze. Kupiliśmy sobie piwo i poszliśmy nad rzekę. Robiąc z kartek statki i puszczając je na wodzie, uśmiechnąłem się do siebie, przypominając sobie, jak to ginęły one w odmętach wodospadu. Teraz wydawało mi się to dziwnie śmieszne, wodospad zbyt mały, a i nasze okręty nie były podpisane.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mimo to poczułem, że coś we mnie umarło, rozpłynęło jak papier, a mi pozostało tylko dziwne uczucie gdzieś tam w środku. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W tym momencie chciałem pozostać tu na zawsze i do końca życia, razem z Erykiem pozostawiać nasze statki prądom rzeki.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Niedługo potem, moje życie obróciło się o tysiąc stopni, a ja…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ja straciłem jego sens… &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-3510356242062549147?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/3510356242062549147/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-10.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3510356242062549147'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3510356242062549147'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-10.html' title='Rozdział 10'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-9157876704952906322</id><published>2010-10-02T12:37:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:37:13.823-07:00</updated><title type='text'>Rozdział9</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 9&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;‘&lt;i&gt;Książka’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Czas powrotu do szkoły nadszedł szybciej niż obaj tego chcieliśmy. Ulewne poranki wcale nam nie pomagały wstawać i iść na ósmą na lekcje…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A i przez to samopoczucie było do dupy.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dni dłużyły się okrutnie, rozpoczynając i kończąc deszczem, i nawet ja, który nienawidziłem słońca, zapragnąłem wiosny. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ledwo powiesiłem moją nową gazetkę na tablicy, a już trzeba było myśleć nad kolejną.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Walentynkową.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nienawidziłem Walentynek. Były dla mnie wręcz świętem zbędnym, do którego nigdy nie przywiązywałem większej wagi. Ale jako projektant dekoracji klasowych MUSIAŁEM wziąć się za rysowanie serduszek, gołąbków i tłustych świń ze skrzydłami, które potocznie zwiemy ‘cherubiny’.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rzygałem przez samo myślenie na ten temat. Nie mówiąc już nawet o marnowaniu moich bezcennych kredek. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Napisz kilka wierszy…- rozkazałem Erykowi, gdy upierdliwie i z uśmiechem przyglądał się jak rysuję dwa serca.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Po co?-&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;okręcił się na krześle.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Na gazetkę…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Przecież miały być same rysunki.- jęknął.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Z wierszami będzie ciekawiej… A i moje upokorzenie trochę osłabnie, gdy będę mógł ponabijać się z&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;twoich wypocin.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie umiem pisać wierszy…- burknął, już obrażony.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-To się naucz!- rzuciłem go w twarz długopisem, a sam powróciłem do żenujących miłostek.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wychowawczyni była zachwycona naszym projektem i bez wahania wstawiła nam po szóstce.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Po chuj mi szóstka, skoro utraciłem ważny kawałek swojej godności?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;No ale robota skończona, więc znów można zapomnieć o tym bezwartościowym święcie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Tak myślałem, dopóki nie dostałem miliona walentynek, czerwonych, obrzydliwie przesłodzonych kartek z tym samym bełkotem o zakochaniu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jezu Chryste… Co ja takiego zrobiłem?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nawet jedna była od Eryka…. Że też on ma czas na takie głupoty…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zgarnąłem je i na oczach oniemiałych dziewcząt wyrzuciłem wszystkie do kosza.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Trzask pękających serc rozniósł się echem po klasie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dostałem za to naganę od wychowawcy. Powiedziała, że mogłem to zrobić tak, by one tego nie widziały. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ale czemu, proszę pani?- załamałem ręce. –Przecież mi właśnie o to chodziło.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Boże święty, Wiktor… Skąd w tobie tyle okrucieństwa?- szepnęła przerażona, chwytając się za serce roztrzęsioną dłonią. Mlasnąłem zniesmaczony. ‘Z dupy…’ pomyślałem i wyszedłem nie mówiąc nawet ‘do widzenia’.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ale oczywiście ja, jako osoba, której wiecznie przytrafiają się jakieś nieszczęścia, wychodząc z klasy wpadłem na Anię, o której istnieniu już zdążyłem zapomnieć przez te kilka tygodni.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Oh… To ty…- mruknąłem, gdy pomachała wesoło na mój widok. –Proszę…- wyciągnęła ku mnie czerwoną kopertę.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Miłosierny Boże jeszcze raz się pytam: za co?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wziąłem ją wymuszając uśmiech. Pocałowała mnie w policzek i odbiegła, a ja mogłem jeszcze zobaczyć jej zarumienioną twarz. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie o to chodzi, ze miałem coś do tej dziewczyny. Ale jakoś nie spieszyło mi się do posiadania własnej. Poza tym nie uśmiechały mi się wieczne uściski, pocałunki i chodzenie za rączkę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A Ania się we mnie zakochała.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Smutne…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk, który jak zwykle przyglądał się z boku całej sytuacji, parsknął śmiechem gdy do niego podszedłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jak dobrze jest mieć przyjaciela….&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ty ogierze!- szturchnął mnie&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;w żebra. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ignorując to zgniotłem walentynkę i wyrzuciłem na podłogę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wyszliśmy na dwór.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Powiesz jej?- zapytał, gdy wracaliśmy do domu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Co?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Że masz ją w dupie…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Odpaliłem papierosa.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Powiem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-To dobrze… Bo już myślałem, ze ktoś mi cię zabierze.- złapał mnie pod rękę. Uderzyłem go w tył głowy. –Idiota!- warknąłem i poszedłem dalej, ignorując jego twarz, która dziwnie posmutniała.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Tak… Eryk urodziny miał pod koniec lutego, dokładnie dwudziestego ósmego.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Poszedłem do niego, ubrany odświętnie i elegancko, z prezentem kupionym klika godzin wcześniej.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ale w końcu to była książka. Spodoba mu się.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jego huczne urodziny, zupełnie jak i moje, ograniczyły się do naszej dwójki i Roberta, który teraz siedział na biurku i wciąż bezustannie wlepiał we mnie swoje krzywe ślepia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wręczyłem mu prezent i dobrałem się do jego komputera.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Dzięki.- usłyszałem za plecami, gdy go rozpakował. –Nie ma za co.- rzuciłem od niechcenia. –Ale nie ma dedykacji.- położył ją przede mną, otwartą na pustej stronie, na tej, na której wpisuje się życzenia, myśli i irytujące sentencje. –No i co z tego?- ziewnąłem, oglądając markery w Internecie. –Książka bez dedykacji jest jak bezpański pies- nie wie skąd przyszedł i dokąd ma iść.- przejechał palcem po papierze, mówiąc to tak machinalnie, jakby było to zwykłe, nic nieznaczące zdanie, ale mnie ten geniusz przeszył od środka. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Milczałem wpatrując się w jego oczy, które wciąż wodziły za palcem. –Wpisz ją.- uśmiechnął się i wrócił na tapczan, zostawiając tom przed moim nosem. –Nie przejrzysz jej?- zapytałem. –Nie, bez dedykacji.- leżał, wymachując stopą i zajadając się misiowymi żelkami. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Co za rozpieszczony bachor. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zacisnąłem zęby. Wziąłem do ręki pierwszy lepszy długopis i napisałem ‘Dla E.’ w dolnym, prawym rogu strony. Niżej wstawiłem inicjał mojego imienia i datę, po czym zamknąłem książkę z trzaskiem i rzuciłem mu na łóżko. –Wypchaj się, niewdzięczniku!- warknąłem i z powrotem zająłem się markerami.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Słyszałem jak ją otwiera i w myślach widziałem jego uśmiech.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;A potem był już tylko szelest przewracanych kartek.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-9157876704952906322?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/9157876704952906322/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia9.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/9157876704952906322'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/9157876704952906322'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia9.html' title='Rozdział9'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-3299055430049116189</id><published>2010-10-02T12:36:00.000-07:00</published><updated>2010-10-02T12:36:37.845-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 8</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 8&lt;br /&gt;&lt;i&gt;‘Dziękuję’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Tak... Zbliżał się Sylwester.... Rok nieubłaganie, ociężale choć szybko podążał ku końcowi.&lt;br /&gt;Spacerowałem razem z nim, wieczorami, z wysoko uniesioną głową.&lt;br /&gt;Obserwowałem niebo, aksamitnie czarne i piegowate od gwiazd, kolorowe lampki na oszronionych drzewach i te tandetne, neonowe dekoracje, krzykliwe i obrzydliwie przypominające mi, że będę miał już piętnaście lat.&lt;br /&gt;Niedługo umrę.&lt;br /&gt;Mroźne powietrze kuło mnie w policzki, ale nie dbając o to szedłem dalej, z papierosem w ustach, dłońmi w kieszeniach i muzyką rozbrzmiewającą w słuchawkach. &lt;br /&gt;Brak śniegu podczas świąt wzbudził we mnie tak wielkie jego pożądanie, że idąc tak, powiedziałbym, beztrosko przypominałem sobie chwile z dzieciństwa, które choć nie tak odległe jakby się wydawało, zdawały się pozacierać i wypłowieć przez ten czas.&lt;br /&gt;Te białe zaspy na podwórku, niezdarne igloo, rzucanie się na zmianę w śnieg i pierwsze próby ulepienia męskiego narządu płciowego.&lt;br /&gt;To były dopiero zimy.&lt;br /&gt;Końce palców dłoni posiniały mi już z zimna.&lt;br /&gt;Czas wracać do domu..&lt;br /&gt;Eryka nie widziałem od początku ferii. &lt;br /&gt;Po jego wakacyjnej ucieczce i nocy spędzonej u mnie, jego rodzice stali się, podobno, bardziej troskliwi i chcieli nawet spędzić razem Sylwestra. &lt;br /&gt;Cóż... Mi to nie robiło większej różnicy...&lt;br /&gt;Wszedłem do pokoju rzucając w kąt szalik i rękawiczki. Krzyknąłem matce, żeby wstawiła wodę na herbatę, a sam włączyłem komputer.&lt;br /&gt;Gdy tylko otworzyłem komunikator, czekał na mnie nowiutki, świeży rozdział jego nowej powieści, do której nie powiem, bardzo się przykładał.&lt;br /&gt;W tych słowach czuć wręcz było ten wysiłek i troskę jaką im poświęcił.&lt;br /&gt;Przez to czytało się o wiele przyjemniej...&lt;br /&gt;Nic mu nie odpisałem.&lt;br /&gt;Gdy nadszedł trzydziesty pierwszy grudnia, zamknąłem się w pokoju, włączyłem telewizor i zabrałem się za jedną z książek, pożyczonych wiele miesięcy temu od ojca Eryka. Z pokoju obok dobiegał ogólny hałas upierdliwych rozmów o niczym moich rodziców i ich znajomych. &lt;br /&gt;W telewizji wciąż te same trzy filmy puszczane co roku, w ten sam dzień od kilku lat.&lt;br /&gt;Żenada.&lt;br /&gt;Uchyliłem okno i zapaliłem papierosa.&lt;br /&gt;Rodzice nie zauważą, bo ogólnie rzecz biorąc w tej chwili mają mnie w dupie, a poza tym, z salonu zrobili już komorę gazową.&lt;br /&gt;Nagle z nikąd na niebie rozbłysły fajerwerki. &lt;br /&gt;W pokoju obok huk otwieranego szampana... &lt;br /&gt;Śmiech i łzy szczęścia, że jesteśmy o jeden rok bliżej grobu...&lt;br /&gt;I tylko ja wyrzucając peta przez okno zdawałem się być nie czuły na to wszystko...&lt;br /&gt;W telefonie sms od Eryka:&lt;br /&gt;'Szczęśliwego Nowego Roku!'&lt;br /&gt;Akurat...&lt;br /&gt;Zasnąłem z głową na książce. &lt;br /&gt;Miałem dziwny sen.&lt;br /&gt;Obudziłem się w tym uczuciu nieświadomości i swego rodzaju przerażenia, że coś jest nie tak.&lt;br /&gt;Usilnie starałem się przypomnieć co mi się śniło, ale to już zdążyło wyparować, nie pozostawiając po sobie nic, prócz mojej twarzy wykrzywionej w bólu i rzeki koloru krwi gdzieś pod stopami. &lt;br /&gt;Ale o co w tym chodziło?&lt;br /&gt;Nie pamiętam...&lt;br /&gt;Spojrzałem na zegarek.&lt;br /&gt;Piąta rano.&lt;br /&gt;W mieszkaniu było cicho więc pewnie impreza już się skończyła. &lt;br /&gt;Zmarzłem. &lt;br /&gt;Przebrałem się w pidżamę i wskoczyłem pod kołdrę. &lt;br /&gt;Nie śniło mi się już nic.&lt;br /&gt;Obudził mnie ulewny deszcz walący w szyby.&lt;br /&gt;'Szczęśliwego nowego roku...' powtórzyłem w myślach.&lt;br /&gt;Szarość za oknem napawała mnie lękiem.&lt;br /&gt;Z Erykiem umówiłem się na popołudnie, więc nie ruszyłem się z łóżka nim wybiła piętnasta.&lt;br /&gt;Cóż... Jest moim przyjacielem, więc musiałem dać mu jakiś prezent. &lt;br /&gt;Nigdy nie lubiłem kupować prezentów, łazić za nimi po sklepach, a tym bardziej nie lubiłem głowić się nad tym co i kto chciałby dostać...&lt;br /&gt;Więc narysowałem mu jakieś gówno, wjebałem w ramkę, przewiązałem wstążką i zaniosłem w przekonaniu, że poudaje chwilę jakże jest tym zachwycony, po czym, gdy wyjdę, rzuci między inne swoje graty. &lt;br /&gt;Ale gdy zobaczył rysunek, od razu zwalił ze ściany inny obraz, który wisiał u niego w pokoju odkąd pamiętam i powiesił mój na to miejsce.&lt;br /&gt;O tak... Idealnie wkomponowywał się w zieleń jego ścian, igrał z brązem mebli i stawał się jednością z całym tym jego zasyfionym, małym światkiem.&lt;br /&gt;Mój geniusz czasem mnie przerażał. &lt;br /&gt;Eryk podarował mi małe pudełko, pokryte granatowym aksamitem.&lt;br /&gt;Otworzyłem je ostrożnie, ze strachem, bo nie wiedziałem czego się spodziewać...&lt;br /&gt;Chce poprosić mnie o rękę?&lt;br /&gt;Ale w środku, na cale szczęście, zamiast pierścionka był srebrny łańcuszek z prostokątnym wisiorkiem, z wyrytym napisem w języku japońskim.&lt;br /&gt;-Może będziesz tak miły i mi to przetłumaczysz?- zapytałem pogardliwie, męcząc się z zapięciem prezentu na szyi. &lt;br /&gt;-Jesteś na tyle inteligentny, że możesz zrobić to sam.- uśmiechnął się życzliwie, przyzwyczajony już do mojej niewdzięczności. &lt;br /&gt;Gdy wieczorem usiadłem przed komputerem, zacząłem szukać słownika i alfabetu japońskiego.&lt;br /&gt;Okazało się, że wyryty napis nie jest nawet zdaniem.&lt;br /&gt;Kilka skomplikowanych znaków oznaczało jedno proste, idiotyczne słowo którego znaczenia wtedy jeszcze nie pojąłem i nie zdołałem tego zrobić jeszcze przez długi czas.&lt;br /&gt;Jeden wyraz... A zadał mi więcej trudu i nieprzespanych nocy, niż komunijne wykuwanie na pamięć pieśni liturgicznych i modlitw.&lt;br /&gt;Napisał po prostu 'Dziękuję'&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-3299055430049116189?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/3299055430049116189/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-8.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3299055430049116189'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3299055430049116189'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-8.html' title='Rozdział 8'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-1045603474125405254</id><published>2010-10-02T12:34:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:34:13.628-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 7</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 7&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;‘Pióro’&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Gdy obudziłem się wieczorem otoczony tysiącem gratów, zrozumiałem, że jestem w pokoju Eryka. Kości palców dłoni bolały mnie niemiłosiernie, a knykcie pokryły się odcieniem purpury. Pod lewym okiem miałem siniaka, a na kołnierzu mojej świeżo wypranej, białej koszuli widniały bordowe plamy krwi. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Pięknie wyglądasz. Nie musisz się sobie tak przyglądać w tym lustrze.- Eryk podał mi kubek z herbatą. Napiłem się trochę. –Żebyś sam tak czasem za chwilę nie wyglądał…- odburknąłem zmęczony.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Musiałem iść do domu. Za oknem było sucho i wciąż nie padał deszcz, a ja mógłbym przysiąc, że przecież go czułem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ubrałem się i wyszedłem, odmawiając Erykowi, by mnie odprowadził. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zapaliłem papierosa, by dać upust resztce złości jaka we mnie pozostała.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie zapytałem się, co się stało z tym chłopakiem, którego pobiłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dziwnie mnie to nie obchodziło.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W stosunku do niego, byłem drobnym dzieciakiem, rozpieszczonym, z tych wyższych sfer, więc zapewne w jego wersji napadła na niego banda kiboli, żądając pieniędzy, a moje nazwisko nie zostanie nawet wymienione. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Czasem dobrze jest być tym mniejszym. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dziwiłem się tylko skąd we mnie było tyle siły… Nigdy się z nikim nie biłem… Tylko z Erykiem czasami. Ale to były raczej koleżeńskie wygłupy niż coś poważnego.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wyobraziłem sobie siebie jako postrach gimnazjum.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie mogłem powstrzymać uśmiechu zażenowania. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Mama zaczęła płakać, gdy mnie zobaczyła.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pierwszy raz poczułem, że ją zraniłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Zasypała mnie milionem pytań:&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Co się stało? Dlaczego? Po co? Kiedy? Z kim? Kto? Kogo? Jak?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przytuliłem ją tylko, po raz pierwszy od wielu, wielu, naprawdę wielu miesięcy i nic nie odpowiadając zamknąłem się w pokoju.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Pogładziłem czerwony lakier z czułością i wziąłem gitarę w dłoń, chcąc coś zagrać.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ból jaki przeszył moje palce nie pozwolił mi nawet dotknąć strun.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Biorąc pod uwagę nieograniczony dostęp do mediów wszelkiego rodzaju, za ideał mężczyzny&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;powszechnie&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;uważany był brudny, spocony, umięśniony goryl, z większą ilością włosów na klacie niż na głowie, z sińcami we wszystkich możliwych odcieniach i ogólnie obitym ryjem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I mimo, że kąpałem się codziennie, goliłem pierwsze zaczątki zarostu, a gładkość mojej klatki piersiowej można było porównać z pośladkami dwu miesięcznego dziecka, &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;dzięki temu, że miałem prawie niewidoczne limo pod okiem, przykuwałem wzrok dziewcząt bardziej niż kiedykolwiek. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Każdy nastolatek wyobraża sobie swój pierwszy raz. Ma być idealny, pełen romantyzmu, delikatny, ostrożny i czuły, a przede wszystkim z osobą, którą się kocha.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ja bzyknąłem dziewczynę w szkolnej toalecie, na długiej przerwie między matematyką a językiem polskim. Miała na imię Ania, widziałem ją wcześniej z trzy razy na przerwach, ale wydała mi się w miarę interesująca i odpowiednia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk stał przed drzwiami i pilnował by nikt nie wszedł.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Było szybko, cicho i beznamiętnie. Bez niepotrzebnych słów, emocji. Bez zbędnych czułości. Po wszystkim Eryk klepnął mnie w plecy i ponaglił do wyjścia. Nie odzywał się nic. Nie pytał o to jak było, co robiłem. Nic. Po prostu się uśmiechał, jakby z dumą, że o to, jego przyjaciel stał się prawdziwym mężczyzną. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy on powiedział mi dwa dni wcześniej, że jakąś zaliczył, nie czułem nic. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Po dobrym roku oglądania filmów pornograficznych przeżyłem lekki zawód. Dziewczyny nie są tak agresywne, chętne i wcale nie pozwalają by robiło się z nimi wszystko co się chce. Nie wspomnę już nawet o tygodniach namawiania do zdjęcia stanika. Jakby biust był czymś świętym. A przecież każda ma taki sam. Jeden mniejszy, drugi większy… Ale tak to niczym szczególnym się od siebie nie różnią. A ta ich cała obsesja na jego punkcie jest po prostu śmieszna.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Śnieg zaczął sypać około ósmego grudnia, ale stopniał jeszcze przed Bożym Narodzeniem, więc z tej niezwykłej atmosfery świąt nie było nic.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ferie rozpocząłem od gruntownego sprzątania całego domu, nie pozwalając matce nawet dotknąć półek. Uważałem, że jeżeli sam nie posprzątam, nie będzie idealnie czysto. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W ciągu trzech dni dom błyszczał jak jeszcze nigdy wcześniej. A ja stanąłem na środku korytarza i z dumą wciągnąłem głęboko powietrze przepełnione zapachem czystości i płynem do mycia podłóg. Nawet starą choinkę, którą sam przywlokłem z piwnicy i symetrycznie ubrałem pod koniec porządków, wypsikałem odświeżaczem powietrza o zapachu leśnym. Na stolikach poukładałem kosze mandarynek, żeby ten zapach się ze sobą zmieszał. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ale bez śniegu, nie robiło to takiego wrażenia.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Dupa, nie nastrój.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W pokoju zapaliłem cynamonową świeczkę i zabrałem się za karnawałowy projekt na gazetkę szkolną. Wiem, że miałem na to jeszcze całe dwa tygodnie, ale z nudów można nawet zacząć odrabiać lekcje. Poza tym, to był dobry powód na wypróbowanie moich nowych kredek. Eryk znów zawieruszył się gdzieś w miejskiej bibliotece, więc mu nie przeszkadzałem. &lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Z uwagi na to, że z wiekiem rozwijało się moje ogólne zainteresowanie technologią użytkową... Pod choinkę dostałem miłą, poręczną, przenośną konsolkę z zestawem wyśmienitych gier.&lt;br /&gt;Tyle się słyszy o analfabetyzmie wśród dzieci, o ich bezpodstawnej agresji, o braku chęci do nauki i milionach sposobów na zwalczanie tych 'chwastów'.&lt;br /&gt;Wymyślając PSP na pewno to zrobili.&lt;br /&gt;Talent Eryka i jego chęci do pisania zostały nagrodzone piórem wartym więcej niż moje dwie konsole, telewizor, kredki i gitara razem wzięte. Mimo to, później, gdy jego wena twórcza dopadała go w momentach, w których mogłem go obserwować, wyciągał stare, rozlatujące się pióro, które w trzeciej klasie podstawówki oddałem mu, bo nigdy nie lubiłem nim pisać.&lt;br /&gt;Gdy zapytałem kiedyś, czemu nie używa tego nowego, uśmiechnął się do mnie wyrozumiale i z troską, jak do dziecka, które mimo usilnych starań tłumaczenia pewnych spraw , dalej nie rozumie, i powiedział:&lt;br /&gt;-Wartość niektórych rzeczy zależy od tego, od kogo je dostaniemy. Nie od ceny na pudełku.&lt;br /&gt;Zamilkłem czując, jak zmieniam się z powrotem w czterolatka.&lt;br /&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Po kolacji wigilijnej, gdy wszyscy poszli już spać, odzywał się we mnie głos normalności, który kazał mi zrobić sobie cynamonowo-pomarańczową herbatę i usiąść z nią w salonie.&lt;br /&gt;Przyglądałem się wtedy oświetlonej choince, migocącej tysiącem barw, z bombkami i ciastkami, które zresztą co roku własnoręcznie maluję specjalnymi farbami.&lt;br /&gt;Pod drzewkiem porozrzucane jeszcze resztki kolorowego papieru i czerwonej wstążki.&lt;br /&gt;Obrus gdzieniegdzie poplamiony barszczem.&lt;br /&gt;I ta cisza, gęsta i ciemna, jakby lepka i materialna, wypełniona zapachem tych wszystkich potraw, mandarynek i mojej herbaty...&lt;br /&gt;A za oknem wciąż brak śniegu....&lt;br /&gt;Z nastroju chuj.... &lt;span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-1045603474125405254?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/1045603474125405254/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-7.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1045603474125405254'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1045603474125405254'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-7.html' title='Rozdział 7'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-4123299737688332370</id><published>2010-10-02T12:33:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:33:44.817-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 6</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdział 6&lt;/div&gt;&lt;h1&gt;„Gimnazjum ciąg dalszy”&lt;/h1&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Wrzesień powitał nas brudnym deszczem, który przestał padać dopiero w połowie listopada, więc rozpoczęcie drugiej klasy było wręcz wyborne. Na drugi dzień już smarkałem namiętnie, a Eryk stracił głos na tydzień. Co, nie powiem, było akurat plusem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Cudowny tydzień ciszy, bez tego okropnego jazgotu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Za to, zasypywał mnie miliardem karteczek z uśmieszkami, prośbami, pytaniami i pierdołami, które czytałem pobieżnie, nie odpisując nawet. Ale nie szczędziłem mu uśmiechów wredoctwa najczystszego. Otwierał wtedy usta by mnie wyzwać, ale z gardła wydobywał mu się tylko przeciągły, ochrypły pisk. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Śmiałem się jak dziecko.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Po tym jak wyzdrowiał, napierdalał tak, że prawie ogłuchłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Żałowałem, że tylko prawie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Był kurewsko otwarty. Rozmawiał z każdym kto tylko wykazywał taką chęć. Rozmawia z babciami w autobusie, z biznesmenami o znoszonych teczkach,&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;z dziećmi wracającymi z przedszkola, black metalowcami, a nawet z pijaczkami proszącymi nas o drobne. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mówił, ze zbiera informacje do tej nowej książki, którą rzekomo kiedyś wyda. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I tak całymi dniami siedział przy grach.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Boże…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I pomyśleć, ze z pośród całego narodu musiałem zacząć zadawać się właśnie z nim.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Gimnazjum jako szkoła jednej wielkiej demoralizacji organizowała częste wyjazdy na tzw. ‘odchamianie’,&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;które kończyło się zazwyczaj jeszcze gorszym brakiem kultury niż przed wyjazdem. Tym razem jechaliśmy do teatru na balet, którego tytułu już nie pamiętam. W każdym razie nic pokroju ‘Jeziora łabędziego’. Byliśmy jedną z tych klas, które nawet w świecie degeneratów była mistrzem. Dzieciaki w wieku 14 lat są burzą hormonów i ADHD. Dodając do tego tylne siedzenia w autobusie, paczkę popcornu, piwo i dziesiątkę uczniów płonących do ciebie nienawiścią przed sobą... Wychodzi z tego nic innego jak jedno wielkie ZŁO. Usiedliśmy z Erykiem na przedostatnim siedzeniu. Zawsze panowała jedna zasada. Im bliżej siedzisz tyłu tym wyżej stoisz w hierarchii. Przynajmniej podczas wycieczki. Jak w świecie zwierząt. Najsilniejsze stoją na czele stada. W tym przypadku im jesteś szybszy, tym masz lepsze miejsce. Zająłem się muzyką , a Eryk obgryzał długopis na znak nadchodzącej weny twórczej. Nie minęły trzy minuty jazdy, a nad nami posypał się grad prażonej kukurydzy wycelowany w plastikowe idiotki i dresy&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;siedzące kilka miejsc dalej. Droga i tak już długa i zbyt nudna, wkurwiała rozwrzeszczanymi dzieciakami. Nie mogłem się skoncentrować. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Po dobrych dwóch godzinach jazdy w końcu dotarliśmy. Mieliśmy dziesięć minut czasu przed rozpoczęciem spektaklu na załatwienie wszystkich potrzeb, bądź w przypadku mojej klasy, tłuczenie się za filarami holu. W końcu gdy wszyscy wyżyli się na sobie nawzajem, weszliśmy do środka sali, starego teatru, odnowionego tylko na zewnątrz, żeby robił dobre wrażenie. Pachniało tam kurzem, starością i zwilgotniałym drewnem. Usiedliśmy w miarę blisko sceny by jak najlepiej zjednać się ze sztuką. Co później okazało się jednym z tych błędów, które zostają w psychice do końca wszechświata. Na początku uderzyła w nas muzyka niedostrojonych instrumentów- wiolonczel, skrzypiec, kontrabasów, harmonii i klarnetów, grających do tylko sobie znanej melodii. . Za nami rozległy się liczne buczenia i wyzwiska. Niedokształcone bachory. Potem gdy światła ściemniły się, wszystko ucichło. Kurtyna uniosła się w górę pozwalając reflektorowi oświetlić pojedynczym punktem kiczowatą scenografię. Na nią pląsając, wbiegły kobiety, młode, odziane w różowe spódnice i obcisłe stroje, których buzujące hormony większości chłopaków nie wytrzymały. Wydawały się tak lekkie. Tak miękkie. Wyglądały jakby grawitacja na scenie przestała działać. Giętkość ich ciał była niewiarygodna. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;I wtedy, bez jakiejkolwiek gracji wyskoczyli zza tekturowego drzewa mężczyźni.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;Dla siedzących w pierwszych rzędach widok był przerażający. Te odciskające się genitalia na różowych, połyskujących leginsach i włosy wysuwające się delikatnie, pojedynczo spod aż nadto wyciętego dekoltu opiętego trykotu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Rzygałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Odkąd ich zobaczyłem, zacząłem modlić się o przerwę, a do niej zostało jeszcze dobrych czterdzieści minut. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk przygryzł usta, by nie wybuchnąć śmiechem, choć łzy już ciekły mu po policzkach. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;W ostateczności zamknąłem oczy uznając, że sama muzyka wystarczy mi do zrelacjonowania występu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie minęło pięć minut, a już poczułem łokieć w żebrach. –Wikuś… No ale musisz to zobaczyć!- szturchał mnie. Z trudem uchyliłem powieki.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Mężczyzna w leginsach robiący szpagat na środku sceny.... O tak… To marzenie każdego chłopca w wieku dojrzewania. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;„Jezu, sprawy, by ktoś z tu obecnych okazał się terrorystą!” &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Spektakl miał się dobrze do samego końca. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;Wyszedłem z sali roztrzęsiony i załamany. Trzęsącymi się dłońmi wypiłem trochę wody. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Potężny klaps w plecy sprawił, że się oblałem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;–No nie żartuj Wikuś, że ci się nie podobało!- Eryk krzyknął mi do ucha. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przemilczałem to wyciągając chusteczkę z kieszeni i susząc sobie koszulę&amp;gt;&lt;br /&gt;Ja naprawdę byłem cierpliwy. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Oczywiście z obiecanego wypadu do centrum handlowego nic nie wyszło, wiec jedyną atrakcją był postój przy McDonaldzie, gdzie wszyscy rzucili się na to obrzydliwie tłuste jedzenie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Banda świń.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kupiłem tylko shake`a. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk, oczywiście biorąc pod uwagę to, że był trochę niedorozwinięty, wpadł do autobusu z zestawem dla dzieci. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Musiałem!- powiedział podekscytowany. –Po prostu musiałem! No spójrz!- wyciągnął z pudełka pacynkę w kształcie fioletowego kota z rozbieganymi oczkami i krzywymi wąsami. Wyglądał jakby ktoś z całej siły kopnął go trepem w pysk, a on dodatkowo wpadł jeszcze pod tira. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk natomiast zauroczony jej beznadziejnością, założył ją sobie na dłoń i zaczął zatruwać mi życie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdyby ten autobus miał otwierane okna, przysięgam, że kot na pewno by przez nie wyfrunął.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Robercie, to jest Wiktor. Wiktor, poznaj Roberta.- mówił, a gdy się na niego spojrzałem kot zgiął się w pół, kłaniając się.&lt;span&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;–Co za debilne imię.- mruknąłem, masując skronie. Kot przykrył usta łapką i odwrócił się ode mnie, urażony.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk pokręcił głową z niedowierzaniem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Jak mogłeś? To go zabolało!- powiedział.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przesiadłem się kilka miejsc do przodu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Robert towarzyszył nam jeszcze przez wiele, wiele tygodni głaskając mnie po twarzy, zaczepiając, strasząc, łaskocząc ogonem, wkurwiając i ogólnie wzbudzając we mnie uczucie odrazy i zniesmaczenia. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ponoć śpiewanie było jego pasją. Eryk głosu nie posiadał absolutnie, więc można sobie wyobrazić doskonały wokal pacynki. Popisowy numer dał podczas moich urodzin w listopadzie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Lało cały dzień. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Jako, że moja grupa przyjaciół ograniczała się tylko do Eryka, zaprosiłem go do pizzerii. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przyszedł oczywiście z Robertem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy wróciłem do stolika po złożeniu zamówienia, na środku blatu stała mała babeczka oblana niebieskim lukrem z wbitymi kilkoma świeczkami. Stali nad nią obaj. I Eryk, i Robert na jego dłoni. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-A teraz czas na urodzinowy występ!- zaczął Eryk donośnie. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Błagałem w myślach, by to był żart. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Kot ukłonił się, odchrząknął i począł śpiewać ‘sto lat’.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wszystkie głowy obecne w restauracji zwróciły się w naszą stronę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Gdy skończył, ukłonił się nisko. Eryk dumnie klepnął się w pierś. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Opadłem zażenowany na krzesło.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wzruszyłem się.- ziewnąłem. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-No zdmuchnij świeczki!- ponaglał.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ta, ta… Już…- mruknąłem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;-Ale najpierw życzenie!- podniecony, klasnął w dłonie. Spojrzałem na niego zniecierpliwiony.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;‘Chciałbym, żeby Eryk zniknął z mojego życia.’ – pomyślałem zdenerwowany, po czym zdmuchnąłem świeczki. Eryk zabił, przytłumione przez wciąż siedzącego mu na dłoni Roberta, brawo i wyciągnął z torby dwa zapakowane prezenty. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-To od Roberta.- powiedział i chwytając łapkami pacynki podłużny pakunek, wręczył go mnie. –Ile ty masz lat?- zapytałem pocierając twarz ręką.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-6+8.- uśmiechnął się. Przewróciłem oczami i rozpakowałem paczkę. W środku był ołówek, 2B mojej ulubionej firmy. Chciałem się uśmiechnąć, ale ograniczyłem się tylko do –Fajny…&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-A ten jest ode mnie.- Eryk podsunął mi drugi prezent, o wiele większy i prostokątny. Gdy wziąłem go w ręce zobaczyłem, ze jest dość ciężki. Zerwałem kolorowy papier. Było to pudełko z dębowego drewna z wyrytym złotymi literami moim imieniem na wieku. Otworzyłem je. W środku był zestaw kredek we wszystkich możliwych odcieniach, o odpowiedniej, mojej ulubionej, miękkości, precyzyjnie dopasowanych do dłoni i jednej z tych najlepszych firm świata.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ich jakość biła od nich jaskrawym blaskiem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie podobają ci się?- zapytał smutno.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wiedziałem co powiedzieć.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Wikuś?-&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ja… Dziękuję…- to ostatnie słowo zaskoczyło nas tak bardzo, że nawet nie zauważyliśmy kiedy przyniesiono pizzę. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Na pewno wszystko w porządku?- zapytał z niedowierzaniem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Oczywiście, że tak! Niechcący mi się wyrwało! To już się więcej nie powtórzy.- obrażony założyłem ręce na piersi.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Eryk wybuchł tym swoim radosnym śmiechem, przez który sam zachciałem się śmiać. Ale zamiast tego wepchnąłem do ust kawałek urodzinowej babeczki.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Resztę wieczora spędziliśmy w moi pokoju z przemyconym w torbie piwem, paczką chipsów i dennym, świeżo ściągniętym filmem na komputerze. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Przed spaniem wyciągnął kilka kawałków żółtej szmatki i zaczął ubierać w to kota.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Przepraszam… Co to jest?- zapytałem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Pidżamka.- uśmiechnął się.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wierzyłem własnym oczom.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Skąd ją wytrzasnąłeś?&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Uszyłem.- odparł, jakby to było najoczywistszą rzeczą świata.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Wybuchłem pustym śmiechem.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Nie wiedziałem, że masz takie zdolności manualne.- nie mogłem powstrzymać się od sarkazmu.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;-Ja też, ale podobno, miałem być kobietą.- powiedział skupiony, próbując przełożyć ogon pacynki przez dziurę w spodenkach.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Obudziłem się z bólem głowy rozsądzającym skronie. Dziwne, bo wypiłem tylko dwa piwa, a to jak na mój wiek i bujną przeszłość alkoholową, było bardzo mało. &lt;br /&gt;Byłem wkurzony bo dodatkowo w ogóle się nie wyspałem. A jeszcze jakby tego było mało, mieliśmy parę wejściówek z kilku przedmiotów.&lt;br /&gt;Nie wiem czemu zachciało mi się robić urodziny w środku tygodnia. &lt;br /&gt;Obudziłem Eryka kopniakiem w plecy, a sam poszedłem do łazienki. &lt;br /&gt;Była 9:30.&lt;br /&gt;Od 7:15 nikogo już nie ma w domu.&lt;br /&gt;Gdy wróciłem do pokoju, on dopiero zdołał usiąść na łóżku.&lt;br /&gt;-Rusz dupę. Za dwadzieścia minut wychodzimy!- warknąłem.&lt;br /&gt;-Boże… ledwo skończyłeś 15 lat, a już się rządzisz…- odburknął. -A przecież miesiącami to ja jestem starszy.- uśmiechnął się poruszając energicznie brwiami. &lt;br /&gt;Nienawidziłem go za wiele rzeczy… Za szczęśliwe podejście do życia, za wieczny uśmiech, za noszenie ciągle czegoś w paski, za irytujące docinki, za genialne pomysły, za marzenia. Ale były dwie rzeczy, za które gotów byłem go zabić, i które z nienawiści przyprawiały mnie aż o mdłości.&lt;br /&gt;Pierwsza: urodził się 28 lutego, więc jakby nie patrzeć, to dziesięć miesięcy i dwadzieścia cztery dni różnicy. A dziesięć miesięcy i dwadzieścia cztery dni różnicy, to prawie rok. &lt;br /&gt;Druga: cokolwiek by się nie stało, ilekolwiek lat by minęło… Zawsze… Dosłownie zawsze… był ode mnie wyższy o całe trzy centymetry.&lt;br /&gt;Trzy pieprzone centymetry. &lt;br /&gt;Beznadzieja.&lt;br /&gt;-Radzę ci się sprężyć.- syknąłem tylko. Wzruszył ramionami i powlekł się do łazienki. &lt;br /&gt;Na dworze trochę się przejaśniło. Nie padało, ale też nic nie zapowiadało nadejścia cudownej Pani Zimy. &lt;br /&gt;Gdy wyszliśmy z domu, okazało się, że jest całkiem ciepło. &lt;br /&gt;Mimo wyjścia z mieszkania trzydzieści minut wcześniej, dotarliśmy i tak, pięć minut po dzwonku.&lt;br /&gt;Wchodząc do szkoły wpadłem na jednego z trzecioklasistów, który odepchnął mnie i rzucił na przeciwległą ścianę. &lt;br /&gt;-Sparring po lekcjach.. I chuj.- ryknął na cały hol, chcąc zrobić na kimś wrażenie, ale oprócz naszej trójki nie było już nikogo. Zniesmaczony odwrócił się i odszedł.&lt;br /&gt;-Elokwencja dresów zawsze mnie zaskakuje.- Eryk pomógł mi podnieść się z ziemi.-Mam to w dupie!- sapnąłem, czując jak upokorzenie wypala mi cebulki włosów. -Będę się z nim lał.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt;"&gt;Punktualnie o 15 spotkaliśmy się w cichym zaułku, w który nie raz spędziłem pół przerwy paląc papierosa. Byłem o wiele niższy od tego chłopaka i o wiele, wiele szczuplejszy. Ale podobno Dawid pokonał Goliata za pomocą tandetnej procy. &lt;br /&gt;Sięgnąłem pamięcią do służby harcerskiej. &lt;br /&gt;Gdy stanąłem w pozycji gotowej do walki, poczułem na policzku coś ogromnego i twardego jak betonowa kula. Upadłem na ziemię z cichym łoskotem. &lt;br /&gt;Całe życie myślimy, że krew jest słona, ale gdy pierwszy raz dostaniemy w ryj i poczujemy jej smak od razu w ustach, zbiera nam się na wymioty od tej słodyczy. Ja wyplułem czerwony płyn na chodnik, oblizałem się od jednego kącika ust do drugiego i uśmiechnąłem się szeroko, co wzbudziło w moim przeciwniku niepokój. Podniosłem się z trudem i wciąż się szczerząc, z dzikim, pawianim okrzykiem rzuciłem się na niego. &lt;br /&gt;Furia jest niemal że bliźniacza euforii. Różnią się uczucia, nie odczucia. Euforia jest bezgranicznym szczęściem, furia niesie ze sobą nienawiść. Ale gdy jesteśmy w ich transie nie wiemy co się wokół nas dzieje. Nie odczuwamy bólu, nie czujemy zmęczenia, strach przestaje istnieć. Jesteśmy tylko my i radość. Tylko my i błagalny jęk naszego przeciwnika.&lt;br /&gt;Bijąc tego dresa czułem pewnie mieszaninę jednego i drugiego, z szalą przechyloną raczej ku euforii, ale jedyne co mi utkwiło w pamięci to ten zawód, gdy Eryk złapał mnie pod ręce i odciągnął od krwistej, płaczącej papki na chodniku. &lt;br /&gt;-Zabijesz go!- krzyknął. Zaśmiałem się histerycznie. A potem poczułem już tylko deszcz. Słony, choć przywykłem raczej do smaku sadzy i ciepły, choć o tej porze roku powinien być chłodny. Leżąc z głową na kolanach Eryka, na tym zimnym betonie, łapałem słone krople w otwarta dłoń czując błogi spokój.&lt;br /&gt;Nie zrozumiałem, że płakał.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-4123299737688332370?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/4123299737688332370/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-6.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/4123299737688332370'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/4123299737688332370'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-6.html' title='Rozdział 6'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-5801305485571120679</id><published>2010-10-02T12:32:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:32:39.758-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 5</title><content type='html'>&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:WordDocument&gt;   &lt;w:View&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:Zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:HyphenationZone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:PunctuationKerning/&gt;   &lt;w:ValidateAgainstSchemas/&gt;   &lt;w:SaveIfXMLInvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:IgnoreMixedContent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:Compatibility&gt;    &lt;w:BreakWrappedTables/&gt;    &lt;w:SnapToGridInCell/&gt;    &lt;w:WrapTextWithPunct/&gt;    &lt;w:UseAsianBreakRules/&gt;    &lt;w:DontGrowAutofit/&gt;    &lt;w:UseFELayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:BrowserLevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt; /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-ansi-language:#0400; mso-fareast-language:#0400; mso-bidi-language:#0400;}&lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div align="center" class="MsoNormal" style="text-align: center;"&gt;Rozdzial 5&lt;/div&gt;&lt;h1&gt;„Wakacje”&lt;/h1&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasza przyjaźń rozkwitała, a że byliśmy w takim wieku, że podczas wakacji nie mieliśmy praktycznie nic do roboty, a do rodziny nam się jeździć nie chciało, spaliśmy na zmianę u siebie. Rodzice Eryka, którzy pracowali w domu zabierali nas na różnego rodzaju wycieczki. Mieszkaliśmy niedaleko morza, więc najczęściej jeździliśmy na plażę.&lt;br /&gt;Naszą ulubioną zabawą, prócz oczywiście podtapiania się nawzajem, było znajdywanie na brzegu meduz i odprawianie im pogrzebów.&lt;br /&gt;Robiłem za proboszcza.&lt;br /&gt;Eryk zaś zbierał wodorosty i szykował rozmaite wieńce. Z perspektywy osób trzecich musiało to wyglądać wręcz idiotycznie, ale my pogrążeni w żałobie po parzydełkowcach, nie dbaliśmy o to. Liczyła się w końcu dobra zabawa. &lt;br /&gt;Po wszystkim byliśmy zazwyczaj zmordowani, a że do powrotu do domu zostawało nam jeszcze kilka godzin, kładliśmy się na kocu i leżeliśmy. Gdy zasypialiśmy, mama Eryka przykrywała nas ręcznikiem, żebyśmy się nie spiekli za bardzo.&lt;br /&gt;Ale raz pojechaliśmy nad morze sami. Po tłuczeniu się nawzajem kijami i rzucaniu glonami w czoło, walnęliśmy się na koc. Eryk z zeszytem, ja ze słuchawkami w uszach. Zamknąłem na chwile oczy. Słońce okryło mnie całunem ciepła, a ja oddałem się delikatnym dłoniom Matki Sen i wpadłem w jej objęcia.&lt;br /&gt;Obudziło mnie uczucie odrętwienia i bezkresnego zimna, które kazało mi zerwać się na równe nogi piszcząc jak baba. Eryk leżał na ziemi śmiejąc się jak opętany, a mokre wiaderko turlało się w tą i z powrotem poruszane wiatrem. &lt;br /&gt;-Jesteś chujem.- powiedziałem, spokojnie wycierając się ręcznikiem. -Wiem... Dzięki.- wyszczerzył się. Podniosłem z piasku trampka i z całej siły walnąłem go w twarz. Upadł zdziwiony. A potem wyciągnął rękę ku niebu i uśmiechnął się nieprzytomnie. -Zjadłbym sobie watę cukrową.- zacisnął dłoń jakby chwytając chmurę.&lt;br /&gt;To jak się spiekłem, pozostawię bez komentarza.&lt;br /&gt;To była nasza pierwsza noc poza domem na własną rękę. Rozbiliśmy sobie namiot blisko plaży na jakimś lichym polu namiotowym. Wrzuciliśmy na siebie kurtki i poszliśmy zapoznać się z nocnym światem. Błądziliśmy po ulicach, niespokojnie, bo w naszym wieku nie wolno było się szwędać po mieście po 22.&lt;br /&gt;Weszliśmy na plażę, bo zawsze ciekawił nas wygląd morza w środku nocy. Gdy nasze buty dotknęły piasku, uderzyło w nas powietrze z siłą i łoskotem zamykanych drzwi.&lt;br /&gt;-Zimno.- powiedział, pocierając ramiona dłońmi. -Jak to nad morzem.- prychnąłem, nadając mojej odpowiedzi ton tak oczywisty, jakbym przyjeżdżał na plażę o północy codziennie. A to był mój pierwszy raz. Usiedliśmy nad wodą, ściągnęliśmy buty i moczyliśmy stopy w wodzie nieziemsko cieplej, nagrzewanej przez cały dzień. Zapaliliśmy papierosy milcząc i obserwując Księcia Nocy w pełnej okazałości. Światło latarni co raz wyznaczało linię wzdłuż naszych oczu, po czym znikało i pozostawiało w nas uczucie pustki wypełnione jedynie odgłosami fal.&lt;br /&gt;Z trudem pożegnaliśmy się campingiem następnego ranka, gdy czekaliśmy na autobus. Stanąłem przy stoisku okularów i obserwowałem jak w milionach szkieł odbijają się ludzie. Obok mnie stanęła dziewczynka uczepiona matczynej spódnicy, ciągnąca kobietę w dół i prosząca o nadmorskie pierdółki, które kuły w oczy kolorem i kształtem.&lt;br /&gt;Wsiedliśmy do autobusu. Zapowiadał się jeden z tych upalnych dni, które spędzimy w chłodnych, betonowych ścianach swoich pokoi, siedząc bezmyślnie przy komputerach, rozmawiając o dniach minionych, zasypując się emotkami o żałosnym przekazie i wysyłając sobie nawzajem linki z żenująco debilnymi filmikami. &lt;br /&gt;Ale przecież my to kochaliśmy. &lt;br /&gt;Tamtego wieczora zapuściłem się w samotne ulice miasta, gdy słońce daleko już było za horyzontem, a na niebie poczęły pojawiać się pierwsze, jaskrawe piegi. Chodniki były niemal parzące. Gdy spadł lekki deszcz, zaczęły parować, wznosząc ku górze parę szarą jak popiół. &lt;br /&gt;Ja ów deszczu praktycznie nie czułem. Przebiegłem pod domem Eryka. Światło w jego pokoju widać, dawno już zgasło. Obok w gabinecie, jego ojciec zapisywał kolejne strony swojej nowej powieści. &lt;br /&gt;Pobiegłem dalej do parku. Minąłem naszą rutynową dróżkę i skręciłem w inną, którą czasem wracałem do domu ze szkoły. &lt;br /&gt;Nim się obejrzałem znów byłem pod moim blokiem, gdzie na ławce przed nim siedział on.&lt;br /&gt;-Tęskniłem.- powiedział, uśmiechając się smutno, czego nigdy przedtem u niego nie widziałem. -Jesteś żenujący.- mruknąłem omijając go. -Mogę spać u ciebie?- zapytał, gdy moja dłoń dotknęła klamki. &lt;br /&gt;-Czemu?&lt;br /&gt;-Proszę Tylko dzisiaj.- wzruszyłem ramionami i wszedłem do klatki zostawiając mu otwarte drzwi. &lt;br /&gt;Weszliśmy do mojego pokoju, w którym panował nieskazitelny porządek. &lt;br /&gt;Nienawidziłem brudu. Brzydziłem się nim. Brud był czymś niedoskonałym, a ktoś tak idealny jak ja, nie mógł obcować z czymś gorszym. &lt;br /&gt;W moim pokoju panował więc sterylny ład. Gdy ktoś śmiał go zniszczyć- zabijałem. A potem sprzątałem. Czyściłem każdy milimetr mojego bezpieczeństwa Szorowałem półki z taką siłą, że dziwiłem się iż ich nie porysowałem. &lt;br /&gt;Pedant?&lt;br /&gt;Możliwe.&lt;br /&gt;Ale przynajmniej nie miałem syfu. Każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. I dbałem o to, by po jej ruszeniu leżała tak samo. &lt;br /&gt;A Eryk po prostu ciągnął za sobą chaos. &lt;br /&gt;On tylko gdzieś wchodził, a rzeczy po prostu same się przewracały. &lt;br /&gt;-Niczego nie dotykaj.- rozkazałem, widząc że chce coś przestawić. Rozłożył ręce i usiadł na moim łóżku. &lt;br /&gt;-Tata powiedział, że nie nadaję się na pisarza.- zaczął. Zdziwiłem się. Przecież jak na swój wiek pisał wręcz genialnie. &lt;br /&gt;Milczałem.&lt;br /&gt;-Pokłóciłem się z nim... Więc dlatego chce spać u ciebie.-mówił.&lt;br /&gt;-W porządku.- odparłem obojętnie. Poszedłem do mamy po drugą poduszkę. Gdy wróciłem do pokoju, on już spał.&lt;br /&gt;Na moim miejscu...&lt;br /&gt;Przesunąłem go brutalnie stopą pod ścianę i sam wsunąłem się na ten skrawek łóżka, który mi pozostał. &lt;br /&gt;Minęło sporo czasu, nim zasnąłem. &lt;br /&gt;Obudziłem się rano, jeszcze przed dziewiątą, czując przyjemne ciepło na brzuchu. Dopiero później spostrzegłem, że to ręka Eryka, więc z obrzydzeniem zrzuciłem ją z siebie. &lt;br /&gt;Rutynowe czynności zajęły mi 15 minut. Następnie poszedłem biegać. &lt;br /&gt;Wróciłem po 30 minutach. &lt;br /&gt;Eryk już wstał.&lt;br /&gt;Dziarsko gawędził z moją mamą przy śniadaniu. Kochała go jak drugiego syna.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Ominąłem ich, olewając totalnie i poszedłem się wykąpać. Po doprowadzeniu się do jako takiego stanu używalności publicznej, przyszła pora na uzupełnienie kalorii, więc chcąc nie chcąc, musiałem iść do kuchni. Mama przywitała mnie ciepłym całusem w środek czoła, który starłem natychmiast. &lt;br /&gt;Eryk uśmiechnął się na powitanie. Usiadłem naprzeciw niego i zrobiłem sobie kilka kanapek.&lt;br /&gt;-Itadakimasu&lt;a href="http://www.blogger.com/post-create.g?blogID=2535128069770368636#_ftn1" name="_ftnref1" title=""&gt;&lt;span class="MsoFootnoteReference"&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="MsoFootnoteReference"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;[1]&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;!- rzucił szczęśliwy. &lt;br /&gt;Nic nie odpowiedziałem.&lt;br /&gt;Miałem nadzieję, ze po śniadaniu wróci do domu, ale po odstawieniu talerza od razu ruszył do mojego pokoju. &lt;br /&gt;Zmęczony pogodziłem się z tymi trzema godzinami, które będę jeszcze musiał mu poświęcić. &lt;br /&gt;Zacząłem czyścić gitarę, bo jej powierzchnia poznaczona była miliardem śladów po tłustych palcach. Eryk siedział naprzeciw mnie i przyglądał mi się uważnie.&lt;br /&gt;-Kiedy napiszę książkę, zadedykuję ją tobie.- powiedział. Spojrzałem na niego zdziwiony. -Czemu?- odłożyłem szmatkę na bok. -Bo jesteś dla mnie najważniejszy.- odparł. &lt;br /&gt;Mieliśmy 14 lat. &lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;Nie wiedzieliśmy o życiu praktycznie nic. Nie mieliśmy pojęcia czym jest prawdziwe zło, bo sami nigdy go nie doświadczyliśmy. Nie docenialiśmy pieniądza bo dostanie go przychodziło nam zbyt łatwo. Naszym życiem kierowały tylko i wyłącznie marzenia i wyobrażenia na temat prawdziwego świata. &lt;br /&gt;Napisanie powieści było więc dla nas błahostką. Wydanie jej - oczywistością.&lt;br /&gt;Perspektywa mojego imienia na jednaj z pierwszych stron, przeraziła mnie. &lt;br /&gt;Wzdrygnąłem się.&lt;br /&gt;-Nie chcę.- rzuciłem, powracając do namiętnej pielęgnacji czerwonego lakieru. &lt;br /&gt;-I tak to zrobię.- szepnął obrażony. Przewróciłem oczami, poddając się. &lt;br /&gt;Czegokolwiek by nie mówił, postanowiłem puścić to mimo uszu. Zanim on skończy to swoje 'dzieło', minie wystarczająco dużo czasu, by zapomniał o tej idiotycznej obietnicy. &lt;br /&gt;Do domu odprowadziłem go około czternastej, bo jego rodzice prawie zgłosili zaginięcie syna. &lt;br /&gt;Nie było go jedną noc. Gdy przekroczył próg domu zachowali się tak, jakby odnaleźli go po pięciu latach. &lt;br /&gt;Wróciłem do mieszkania z rękami w kieszeniach, wybierając jak najdłuższą drogę. Powietrze zrobiło się chłodne, a ja czułem w nim ten specyficzny zapach deszczu, który uspokajał mnie zazwyczaj. &lt;br /&gt;Zdążyłem tylko włączyć komputer, a moje szyby zalały się łzami. &lt;br /&gt;Uchyliłem okno, by posłuchać tych melodii wygrywanych przez wiatr. &lt;br /&gt;Wakacje dobiegały końca, a ja byłem wręcz spragniony czułego dotyku czerwono-złotych liści sypiących się z włosów drugiej kobiety, którą udało mi się pokochać.&lt;br /&gt;Jesieni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br clear="all" /&gt;  &lt;hr align="left" size="1" width="33%" /&gt;    &lt;div id="ftn1"&gt;  &lt;div class="MsoFootnoteText"&gt;&lt;a href="http://www.blogger.com/post-create.g?blogID=2535128069770368636#_ftnref1" name="_ftn1" title=""&gt;&lt;span class="MsoFootnoteReference"&gt;&lt;span&gt;&lt;span class="MsoFootnoteReference"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;; font-size: 10pt;"&gt;[1]&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; jap ‘Smacznego’&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-5801305485571120679?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/5801305485571120679/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-5.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/5801305485571120679'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/5801305485571120679'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-5.html' title='Rozdział 5'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-325704690714124343</id><published>2010-10-02T12:31:00.001-07:00</published><updated>2010-10-02T12:31:22.719-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 4</title><content type='html'>Rozdział 4&lt;br /&gt;„Gimnazjum – demoralizacja kompletna.’&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od naszego pierwszego spotkania minęło już dobrych parę lat, a ja jeszcze nigdy nie widziałem go w czymś innym niż w swetrze lub w bluzie w poziome pasy, wiec zdziwiłem się niemało, gdy na rozpoczęciu pierwszej klasy gimnazjum przyszedł w jednolitej, czarnej koszuli. –Mama kazała.- burknął stając obok mnie. –Super...-zająłem się nowym telefonem komórkowym. –Ale patrz na to.- szturchnął mnie w żebra łokciem i uniósł nogawkę spodni pokazując rażące, pomarańczowożółte pasiaste skarpetki. Uśmiech dumy. Przewróciłem oczami. &lt;br /&gt;Zawsze myśleliśmy, że nasza droga demoralizacji zakończyła się w czasach podstawówki i że wchodząc do gimnazjum rozpoczniemy zupełnie nowe życie osób kształcących się i dobrze wychowanych. Jednak przekraczając próg nowej szkoły dostaliśmy objawienia. Tu nawet powietrze przesiąknięte było agresją! Brak szacunku do nauczycieli, tłuczenie się nawzajem za byle pierdoły i picie wódki zmieszanej z sokiem marchewkowym pod ławką było tu na porządku dziennym. I choć byłem taki sam, z jakiegoś dziwnego powodu miałem ochotę zrzucić na wszystkie gimnazja w kraju, bombę atomową.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Naszą pierwszą lekcją była lekcja niemieckiego. Wystarczyło mi 5 sekund aby znienawidzić ten język. &lt;br /&gt;Byłem właśnie w trakcie&amp;nbsp; wysadzania w powietrze naszej nauczycielki, gdy poczułem łokieć Eryka w swoich żebrach. –Wiesz co?- powiedział. –Gdy dorosnę... Pojadę do Niemiec… I wystrzelam wszystkich szwabów.- wyjął z kieszeni niewidzialnego shotguna, wycelował w psorkę i wydał z siebie odgłos strzelania. Następnie schował pistolet pod ławkę. –Jesteś… Upośledzony, wiesz o tym?- mruknąłem. –Nie jestem idiotą, Wikuś. Odkąd panna przywitała się z nami po niemiecku masz taką minę, jakbyś żałował, że bomb atomowych nie robią w wersji mini.- prychnął. Wymierzyłem mu spojrzenie nienawiści i powróciłem do wegetacji nad czystą kartką, z tyłu zeszytu przedmiotowego. &lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nienawidziliśmy tych lekcji. Były zbędne i tylko marnowały nasz cenny czas. Obaj już dawno zaczęliśmy uczyć się angielskiego. Po co mamy uczyć się języka ludzi, którzy jeszcze nie tak dawno temu zabijali nam rodziny, tylko dlatego, że byliśmy Polakami i nasze państwo sąsiaduje z nimi?&lt;br /&gt;Boże miłosierny... Naprawdę dziękuję ci za to, że miałem dopiero 13 lat. Gdybym był pełnoletni zostałbym terrorystą...&lt;br /&gt;I wysadziłbym się w Reichstagu.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&amp;nbsp;Najbardziej chyba nienawidziliśmy naszego fizyka. Był cholernym hitlerowcem o stalinowskim wychowaniu.&amp;nbsp; Co dzień śmigał w tym samym, zielonym pulowerku z czarną koszulą pod spodem. W klasie wprowadzał reżim. Nie było osoby, która odważyłaby się choćby szepnąć na lekcji. Bali się nawet oddychać. A my… wyszkoleni w trakcie dwóch tygodni na obozie harcerskim, zrobiliśmy z długopisów plujki i po ulepieniu papierowej kulki językiem, celowaliśmy w jego wielkie, świecące,&amp;nbsp; faszystowskie czoło.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;Ile razy przez to wylądowałem u dyrektora? Nie wiem… &lt;br /&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Eryk robił karierę przystojnego chłopca z poczuciem humoru i dobrodusznością. Dobrze, że jego prawdziwą naturę znałem tylko ja. Bo inaczej zacofana hołota naszego gimnazjum, powróciłaby do czasów średniowiecza i spaliła go na stosie. &lt;br /&gt;Ja zamknąłem się w swoim zakamarku niedostępności z ołówkiem za uchem i rysownikiem pod ręką. Rysowałem wszystko i wszędzie, co było tylko możliwe wyrabiając sobie dłoń. W końcu doszedłem do wniosku, że jestem w tym całkiem niezły i nawet zacząłem chodzić na kółko plastyczne. Ale po jakimś czasie i tak z tego zrezygnowałem. Uznałem, że mój czas jest po prostu zbyt cenny, a ja zbyt doskonały by ktoś miał uczyć mnie rysować.&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Kolejnym przedmiotem, który jako tako lubiliśmy, był język polski. Mieliśmy dobrego nauczyciela, który jak się później okazało, stał się naszym wzorem do naśladowania. Jego elegancki styl z niechlujnie wystającą koszulą spod swetra, butami, które z pewnością liczyły sobie już dobrych parenaście lat, z okularami w grubych oprawkach i szarym płaszczem, lekko znoszonym z łatą na ramieniu, był dla nas jak błysk ideału. Uwielbialiśmy go za to, że nosił to, co lubił nie to, co było modne. Kochaliśmy tą prostotę i szyk.&lt;br /&gt;Obydwaj zapragnęliśmy być tacy jak on. I gdy nastała moda kroku w kolanach, my nosiliśmy marynarki, T-shirty i trampki tak, jak nosiliśmy zawsze. Byliśmy od nich lepsi, oryginalniejsi. Nie potrzebowaliśmy ubierać się jak wszyscy tylko po to, by mieć więcej znajomych. Eryk poznawał nowych ludzi tylko dla własnych korzyści, mnie i tak nikt nie lubił. Czuliśmy się dobrze tacy, jacy byliśmy… I nie mieliśmy potrzeby się zmieniać.&lt;br /&gt;Jako, że wkraczając do gimnazjum weszliśmy w wiek dojrzewania, powoli uwidaczniające się krągłości naszych koleżanek zaczęły przyciągać naszą uwagę i ciekawić niezmiernie. Odwieczna wojna między płcią piękną, a płcią naszą, która zaczęła się jeszcze w latach przedszkolnych, rozmyła się gdzieś i utonęła między piersiami młodych dziewcząt, a naszym buzującym libido. A że Eryk i ja grzeszyliśmy wręcz pięknem pierwszego zarostu i wzrostem powyżej 1m50 jako jedyni chłopcy z klasy, mieliśmy powodzenie i łatwość w zdobywaniu nowych znajomości i praktykowaniu pobieżnych miłostek. Miłostki te można zamknąć w przedziale: dać buzi- trzymać się za ręce. Bądź co bądź 14 lat to jeszcze zbyt mało na utratę dziewictwa.&lt;br /&gt;Gdy uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej bawić się w takie ‘związki’, piski tych wszystkich&amp;nbsp; dziewcząt zaczęły nas męczyć. Czternastoletnie dziewczynki&amp;nbsp; w skąpych spódniczkach i obcisłych bluzkach robiły wrażenie plastikowych prostytutek. &lt;br /&gt;A dookoła rozsiana była sztuczność pierwszych prób używania fluidu i tuszu do rzęs. &lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Eryk odkrył potęgę w-fu uznając, że może wyładować agresję kopiąc kolegów w kostki w czasie gry w nogę. Lecz ja… Kurwa… Ja byłem rysownikiem. Artystą! Moim jedynym sportem wyczynowym była wspinaczka na trzecie piętro. I ja miałbym pocić się biegając w tą i powrotem jak debil za piłką? &lt;br /&gt;Nigdy w życiu. &lt;br /&gt;Tak przynajmniej myślałem… Dopóki na dworze nie zrobiło się cieplej i nie poszliśmy na zajęcia do parku. &lt;br /&gt;Zacząłem biegać. &lt;br /&gt;Bieganie było dla mnie synonimem wolności. Byłem tylko ja, wiatr i muzyka w słuchawkach. A przede mną tylko droga. I spokój… i ja… I ten upust złości, gdy przyspieszałem, gdy czułem ból mięśni i pot spływający mi po plecach. Kochałem to. I nim zdążyłem zauważyć, poświęcałem temu każdy ranek. &lt;br /&gt;A potem wysłuchiwałem kąśliwych uwag mojego kochanego przyjaciela. &lt;br /&gt;-Podobno nie lubisz sportu.- mówił. –Bo nie lubię.&lt;br /&gt;-Ale biegasz.- kuł mnie w żebra. –Nie twój interes.- odwracałem się wtedy i odchodziłem obrażony. &lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W wieku czternastu lat wchodzi się również w okres buntu więc i my się zaczęliśmy buntować. Naszym pierwszym jego objawem były papierosy. Każdy w swoim życiu choć raz pali papierosa. Jedni próbują i mówią, ze to nie ma sensu nigdy już po nie niesięgając, a drudzy próbują, mówią, że to nie ma sensu i zostają nałogowymi palaczami. I tak też było w naszym przypadku. Lubiliśmy palić. Nie dlatego, że palili wszyscy, ale dlatego, że to było przyjemne. Nigdy nie próbowaliśmy skończyć z nałogiem. Wręcz przeciwnie… Byliśmy z niego dumni. Papierosy spokojnie mogę wrzucić do strefy nieograniczonego substytutu szczęścia. &lt;br /&gt;Nim się obejrzeliśmy skończyliśmy klasę pierwszą i z otwartymi ramionami przywitaliśmy wakacje. Pierwsze co zrobiliśmy, by godnie je uczcić, to pójście do parku na porządne chlańsko. &lt;br /&gt;Nie pamiętam jak wróciłem do domu. Wiem tylko, że rzygałem, bo na drugi dzień nie miałem gardła. I mama raczej nie była zadowolona. Ale jak na pierwszy raz... Było przemega.. &lt;br /&gt;Tak słyszałem.&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; To było chyba najgorętsze lato, jakie zapamiętałem. Duszno, parno, a rtęć w termometrze niemal wybuchała z braku kresek. Życie istniało dopiero pod wieczór, gdy ostatnie promienie słońca pieściły rozpalone dachy budynków, a te z cierpliwszych matek miały jeszcze siłę zabierać swoje dzieci na plac zabaw, który robił wrażenie rozpalonego do białości. Nie było dnia, w którym nie modliłbym się o deszcz. Ale on nigdy proszony, nie nadchodził.&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W wakacje najbardziej lubiliśmy burze. Zawsze nas ciekawiła... Intrygowała. Siadaliśmy na parapecie mojego okna, bo na trzecim piętrze zawsze lepiej widać... I przyglądaliśmy się pięknu natury, który tak rzadko mięliśmy okazję podziwiać. Eryk zawsze śmiał się z ludzi rozkładających parasole, bo przecież wiatr był tak silny, że zaraz je łamał. Śmiał się z ludzi uciekających do domu przed deszczem, bo przecież i tak już zdążyli zmoknąć. Śmieszyła go ludzka głupota. &lt;br /&gt;A gdy wszyscy powbiegali już do swoich domów, gdy pochowali się pod dachami sklepów, on ubierał brudne trampki i wychodził na dwór. Odchylał do tyłu głowę i pozwalał deszczowi zmyć brudy zatęchłego miasta. Potem wkładał ręce do kieszeni i szedł zupełni pustymi ulicami do nikąd... Póki burza nie dobiegła końca. -Burza jest moją inspiracją.- powtarzał. &lt;br /&gt;Podczas tych swoich natchnionych spacerów chciał być sam... Więc prosił mnie żebym szedł razem z nim... Szedłem. Zawsze kilka kroków za nim. Milcząc...&lt;br /&gt;Po powrocie zazwyczaj brał do ręki kartkę i długopis i modlił się nad nią nie odrywając oczu od płaczącego okna. &lt;br /&gt;Nigdy niczego nie napisał...&lt;br /&gt;Mówił, że to jego wena znów się puszcza. Nazywał ją najgorszą prostytutką… bo puszczała się za darmo. –Bo wiesz, Wikuś… ona czasem wraca do mnie i przeprasza. Zapewnia, że to był ostatni raz… A ja jej wybaczam.. Sam nie wiem czemu.. Potem musze cisnąć się z nią w jednym łóżku, gdy ona rozkłada się na mnie... I mimowolnie wpycha mi do ucha nowe pomysły, które ja- głupi, spisuje bez opamiętania do 3 nad ranem... A ona śpi. Nim wyjdę z domu przywiązuję ją do kaloryfera rzemykami, ale gdy wracam już jej nie ma. Niewdzięczna szmata…- opowiadał.&lt;br /&gt;Nie rozumiałem go nigdy, bo ja nie miałem takich problemów. Gdy chciałem coś narysować, po prostu to rysowałem, bez jakiegoś dziwnego czekania na natchnienie. &lt;br /&gt;Pierwszą ilustrację do jego opowiadania zrobiłem pod koniec wakacji, gdy uporał się ze swoją pierwszą książką, która jako taka nie zachwyciła mnie zbytnio. Była raczej grafomańska, niż twórcza. Ale ten styl. Boże.. Ten język… Mieliśmy po 14 lat.. A on umiał składać tak piękne zdania. Znał tak trudne, dziwne a jednocześnie tak cudowne słowa, że czytając je na głos, ulatywały z kartki i tworzyły melodię z liter… Piękniejszą niż niejedna symfonia Mozarta. Były niczym nuty połączone ze sobą harmonią doskonałą. Na zawsze…&lt;br /&gt;Gdyby wyciąć jedną, runie cała konstrukcja. Uwielbiałem to.. Ale moja duma nigdy nie pozwalała mi się do tego przyznać, więc gdy tylko pytał się mnie co o tym sądzę, wzruszałem ramionami krzywiąc się. &lt;br /&gt;Do tej pory zastanawiam się kogo bolało to bardziej…&lt;br /&gt;Jego, czy mnie?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-325704690714124343?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/325704690714124343/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-4.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/325704690714124343'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/325704690714124343'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-4.html' title='Rozdział 4'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-1723076844381058421</id><published>2010-10-02T12:30:00.002-07:00</published><updated>2010-10-02T12:30:48.454-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 3</title><content type='html'>Rozdział 3&lt;br /&gt;‘Ostatni rok podstawówki’&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Rzucanie się specjalnie hodowanymi w plecaku przez miesiąc kanapkami i konkurencje strzelania gilami – oto realia klasy szóstej. Jak zwykle Eryk szalał ze smarkami na dłoni, ja zaś, zbyt dojrzały i inteligentny na takie zabawy, rysowałem, milcząc, w ostatniej ławce. Gardziłem nimi każdą cząstką mego jestestwa. Knułem ich zagładę w brudnopisie, który oczywiście zgubiłem. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności znalazła go moja nauczycielka przyrody, o której również napisałem kilka zdań w ów notesie. &lt;br /&gt;Rozpoczęły się kolejne wizyty u szkolnego psychologa. &lt;br /&gt;-Wiktor, wiesz, że jestem tu po to, aby wam pomóc. Wiesz, że możesz mi zaufać. Proszę cię, powiedz mi co się stało, że tak się zachowujesz? Masz problemy z rodzicami? Umarł ci ktoś bliski?- mówiła przesłodzonym tonem, za który wbiłbym jej w oko ten długopis, którym właśnie bazgrała coś w zeszycie. &lt;br /&gt;Milczałem.&lt;br /&gt;-Powiedz mi, czego tak bardzo nienawidzisz?&lt;br /&gt;-Pani.- powiedziałem i wyszedłem, uznając rozmowę za zakończoną. Nie wiedzieć czemu, tydzień później psycholog zwolnił się z pracy. Nienawidzę tak słabych ludzi. Słabi ludzie są bezradni. Bezradni- nieprzydatni. A nieprzydatni- są po prostu głupi.&amp;nbsp; Ja byłem silny więc eliminowałem niepotrzebny ciężar ewolucji. Czułem się jak emocjonalny bóg, trzymający w dłoni całą nację niepotrzebnych, zawadzających istot. Wystarczyło by gdybym mocniej ścisnął pięść- wszyscy by zginęli. &lt;br /&gt;Przynajmniej tak myślałem. &lt;br /&gt;Upajałem się podłą satysfakcją. Strasznie ją polubiłem jakoś.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;Ojciec Eryka był pisarzem. &lt;br /&gt;Może stąd właśnie wzięła się jego miłość do tworzenia literatury?&lt;br /&gt;Miał na piętrze mały pokój, wypełniony książkami, słownikami, zeszytami i pomiętymi kartkami porozrzucanymi po podłodze. Zawsze pachniało tam atramentem, a ściany poplamione były farbami i grafitowymi śladami palców. Oboje lubiliśmy ten pokój. Potrafiliśmy przesiadywać tam godzinami gdy nikogo nie było w domu. A gdy jego ojciec wracał, siadaliśmy pod ścianą i słuchaliśmy skrobania pióra na papierze. &lt;br /&gt;Dźwięk idealny.&lt;br /&gt;Najbardziej jednak, uwielbiałem drzwi. Poznaczone licznymi rysunkami, ilustracjami z jego powieści. Przechodząc przez nie miało się wrażenie, jakby wchodziło się do świata książki, stawało się jej częścią.&amp;nbsp; W końcu byliśmy tylko dziećmi. Nie ważne jak bardzo niecierpieliśmy świata, jak bardzo się nim brzydziliśmy, byliśmy tylko dziećmi. A dziecięca fantazja, nawet tak destrukcyjna jak nasza, jest niezastąpiona. &lt;br /&gt;Eryk po ów sylwestrowym incydencie znów zaczął chodzić do biblioteki. Niby mówił, że ogranicza granie... Ale wielkie wory pod oczami wypalone światłem telewizora mówiły za siebie. Wpadł do mnie kiedyś tak uśmiechnięty, jak nigdy wcześniej. Przystawił mi do twarzy jakąś książeczkę. –Wiktor!! Znalazłem swój sens istnienia!- rzekł podekscytowany. Ziewnąłem. Ów książeczka okazała się tomikiem jakiejś mangi. Rysunki były całkiem niezłe i sam po jakimś czasie zacząłem tak rysować, dla sportu. Natomiast Eryk spłonął Japonią dokumentnie. Całymi dniami oglądał te swoje głupie bajki w internecie, zbierał idiotyczne naklejki z chipsów i czytał jakieś bzdury. W dodatku zaczął coś gadać po japońsku. Pojedyncze słówka wtrącone w zdanie, których nauczył się z tych całych anime. Byłem gotów go za to wychłostać. Bo nie dość, ze nic nie rozumiałem, to jeszcze jedyną osobą, która musiała to znosić... Byłem ja... Szczególnie nie znosiłem jego piosenek. Choć tło muzyczne zawsze mieli idealne, to głos i język wykonawców zabijał cały nastrój. Nie mogłem tego słuchać. &lt;br /&gt;Z uwagi iż był to nasz ostatni rok w tej nieszczęsnej szkole, postanowiliśmy wykorzystać to tak bardzo, jak tylko się dało. Na przykład nie lubiliśmy z Erykiem naszego nauczyciela od matematyki więc postawiliśmy wynagrodzić mu te trzy lata&amp;nbsp; znęcania się nad nami i zamknęliśmy go w schowku na środki czyszczące, a klucz wyrzuciliśmy do śmietnika za szkołą. Dodatkowym bonusem była jego klaustrofobia. Nigdy nie zapomnę jego rozpaczliwych wrzasków wmieszanych i zagłuszanych, przez walenie w drzwi. &lt;br /&gt;Okrutne?&lt;br /&gt;To niby miało być okrutne? &lt;br /&gt;Okrutne to było wstawianie nam glanów za poświęconą uwagę i ciężką pracę!&amp;nbsp; Może następnym razem pomyśli chwilę, nim znów wstawi komuś jedynkę.&lt;br /&gt;Staliśmy w wejściu, gdy wynosili go na noszach do ambulansu. Nim zamknęli drzwi samochodu, pomachaliśmy mu życzliwie. Z niewiadomego nam powodu zaczął tak się rzucać, ze musieli go unieruchomić. &lt;br /&gt;I tak oto skończyła się kadencja nauczyciela matematyki.&lt;br /&gt;Nigdy nie mieliśmy okazji dowiedzieć się, że wrócił do pracy dopiero po dwóch latach po naszym odejściu. Podobno więcej nie wstawił nikomu niższej oceny niż 3. Jednak nie pociągnął długo, bo wykończyły go leki antydepresyjne i stres. Popełnił samobójstwo gdy kończyliśmy drugą klasę liceum. &lt;br /&gt;Powinni pisać o nas legendy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-1723076844381058421?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/1723076844381058421/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-3.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1723076844381058421'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/1723076844381058421'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-3.html' title='Rozdział 3'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-5573555489596498326</id><published>2010-10-02T12:30:00.000-07:00</published><updated>2010-10-02T12:30:07.132-07:00</updated><title type='text'>Rozdział 2</title><content type='html'>Rozdział 2&lt;br /&gt;„Pierwsze szkolne lata. Eryk.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okres podstawówki był dla mnie najtrudniejszy. Musiałem zaklimatyzować się w środowisku pełnym bakterii, syfu i ludzi, z którymi będę musiał zmarnować około sześć lat życia... Lub dłużej. Pierwszego dnia ukryłem się w kącie, jak to miałem w zwyczaju. W ławce usiadłem sam. Cisza, spokój i destrukcyjne rysunki z tyłu zeszytu w cienką linię. Moja sława mnie przerosła. Dzieci z klasy unikały mnie. Byłem dla nich odmieńcem. Jak nawiedzony. Chory na trąd. Amen.&lt;br /&gt;W drugim tygodniu doszedł nowy. Ciemne włosy, ciemne oczy. Zwykły dzieciak w swetrze w paski. Ręce schowane miał w kieszeniach choć wręcz emanowało od niego dobrym wychowaniem i ogładą. Przedstawił się grzecznie, uśmiechnął się, ukłonił. Eryk? Chyba tak powiedział. Pani kazała mu zająć miejsce. Wędrował wśród puszczy wolnych ławek rozglądając się to w lewo, to w prawo. Nasze spojrzenia się spotkały. Moje – przeraźliwie zimne, jego – rozkosznie ciepłe. Szeptałem w myślach żeby nie podchodził jednak on skierował się prosto w moją stronę, zupełnie nie przejmując się zdziwionymi spojrzeniami i złośliwościami wyszeptywanymi w jego kierunku. Stanął nade mną uśmiechając się szerzej niż leśne elfy z bajek o lalkach Barbie. –Mogę się dosiąść?- zapytał melodyjnie. –Nie.- odrzekłem nie patrząc na niego. –Świetnie!-&amp;nbsp; usiadł obok mnie. Chęć mordu to tylko mała drobinka w wielkim wszechświecie w porównaniu z tym, co do niego czułem. Jednak on był silny. Nie odstraszało go moje milczenie, nie raziły opryskliwe odpowiedzi, nie przerażało nieszczęśliwe podejście do życia, a rysunki przedstawiające jego śmierć – podobały się. Po jakimś czasie przestałem zwracać na niego uwagę. Potem przywykłem do jego obecności. A później… zacząłem z nim rozmawiać. Wbrew pozorom okazał się naprawdę ciekawym człowiekiem. Z dobrego domu, z ciekawymi planami na przyszłość. –Kiedyś zostanę pisarzem! I zaleję świat moją pornograficzną twórczością! Cokolwiek to znaczy.-&amp;nbsp; mówił. Wtedy też tego nie wiedziałem. Ale oboje uznaliśmy określenie ‘pornograficzny’ za określenie nietuzinkowe i mówiące wszystko. Nawet i we mnie tkwiła nuta naiwności. Wyglądaliśmy razem dziwnie. On ciągle się śmiał – ja milczałem. On wciąż gdzieś biegał – ja siedziałem. Byliśmy jak ogień i woda. Jak brud i domestos. Jak zło i boskość w najczystszej postaci. Jednak przez to, że zaczął się ze mną zadawać dzieci go znienawidziły. Zaczęły go tępić tak samo, albo czasem nawet i gorzej, jak mnie. On natomiast każdego ranka o godzinie 8 siadał obok mnie w ostatniej ławce i opowiadał zabawne historyjki z jego życia, które nigdy mnie nie śmieszyły. Marzył, że jak&amp;nbsp; tylko pozna wszystkie wartościowe słowa i jak nauczy się już pisać wszystkie litery równo, napisze książkę, tak cudowną o jakiej nigdy nie słyszał świat. A jak już ją wyda, to ja mu zrobię ilustracje. Kazał mi grać na gitarze, a ja za każdym razem go wyśmiewałem. W domu zaś siadałem do mojej ukochanej Nancy i brzdąkałem chwile. Nigdy mu się do tego nie przyznałem. Nie przeszkadzały mu śmiechy uczniów, wręcz przeciwnie. Kiedyś zaczepiło nas kilkoro chłopaków z równoległej klasy. Milczałem. A oni opierniczali nas za to, że w ogóle istniejemy. Eryk podszedł do nich i włożył ręce do kieszeni. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem go naprawdę poważnego. Choć miał dopiero 8 lat. -I tak jestem od was lepszy.- powiedział i odszedł. Zostawiając ich zignorowanych i upokorzonych do granic możliwości. Myślałem, że to ja na niego miałem taki wpływ. Ale z biegiem czasu okazało się, że on był taki zawsze. Od tamtego momentu byłem gotów oddać za niego życie. &lt;br /&gt;Gdy przyprowadziłem go pewnego razu do domu po szkole, mama prawie zemdlała. Był pierwszym obcym człowiekiem, z którym mnie widziała. I ostatnim. Zapoznałem go z moją Nancy. Zagrał marsz żałobny w wersji skróconej i rozłożył się na moim nigdy nie zaścielanym łóżku.&amp;nbsp; Odwiedzaliśmy się nawzajem dość często. Jak to dzieci.&amp;nbsp; Raz na weekend, raz tylko na kilka chwil. Staliśmy się nierozłączni. To dziwne, jak człowiek przywiązuje się do drugiego człowieka. Był moją słabością. I nienawidziłem go za to. &lt;br /&gt;Gdy skończyliśmy 9 lat nasze życie diametralnie się zmieniło. Na pierwszą zasraną komunię świętą dostaliśmy komputery. Ileż to nocy nieprzespanych spędziliśmy przy nich rozmawiając przez komunikatory dopóki nie pozasypialiśmy z głowami na klawiaturze? Nie wiem. Ten szatański prezent zmarnował trzyczwarte mojego dzieciństwa. Dziękuję mu za to. Byłem tak młody… A już uzależniłem się od wirtualnego świata. Błądziłem po labiryncie Internetu, zatracałem się w nim. Odkrywałem rzeczy dla dzieci niedostępne... I oglądałem je z zapartym tchem. Zrozumiałem w końcu pojęcie „Pornograficzny”... Jakież to życie bywa zaskakujące. Internet nie podziałał jednak za&amp;nbsp; dobrze na naszą psychikę. Byliśmy istnym złem w dziecięcym przebraniu. Jak Wilk w „Czerwonym Kapturku”. Tyle, że Wilk szybko zdechł. A nam było pisane sianie zniszczenia jeszcze przez wiele lat.&lt;br /&gt;Rok później postanowiliśmy w jakiś sposób odwdzięczyć się ojczyźnie. Pewnie był to impuls po obejrzeniu ‘Dnia Niepodległości’, w każdym razie wstąpiliśmy do harcerstwa. Nasza wola walki została zauważona przez rodziców. Zapisali nas na wakacyjny obóz harcerski. Myśląc, że znajdziemy tam spełnienie, spakowaliśmy się bez gadania i trzy godziny przed przyjazdem autobusu czekaliśmy na przystanku. Moja matka wylewała łzy szczęścia uważając, ze w końcu otworzyłem się na ludzi. A ja tylko chciałem nauczyć się strzelać. Jednak gdy dotarliśmy na miejsce zamiast broni dostaliśmy kawałek kija, który zresztą wyrzuciłem patrząc prosto w oczy naszego Druha. Eryk natomiast uznał, że to całkiem dobra rzecz jest. I gdy tylko nikt z opiekunów nie widział, tłukł każdego nim po głowie. Nie wiedzieć czemu zamiast walki uczyli nas jak rozpalać ogień z kilku badyli lub zbierać szyszki.&amp;nbsp; Nasze plany o zorganizowaniu armii walczącej legły w gruzach, gdy jedynym narzędziem jakim mogliśmy się posługiwać była mała, drewniana proca na jagody, za pomocą której można było jedynie strącić wiewiórkę z drzewa. Nudziłem się. Wiarę odzyskaliśmy dopiero gdy poznaliśmy alfabet Morse`a. Jednak zaraz po tym odesłali nas do domu, bo Eryk uznał za bardzo zabawne zamiast SOS przesłać świetlną wiadomość ‘SSIJ’ do naszego Druha. Może i z ortografii za dobry nie był, ale ten alfabet opanował wręcz na perfekcję. Powinien dostać za to przynajmniej ze dwie plakietki sprawności. Oni natomiast kazali nam się stąd zabierać. Dostaliśmy wilczy bilet do końca wszechświata.&amp;nbsp; Gdy wróciliśmy do domu, powróciliśmy do naszych codziennych zajęć. Czyli gnicia na ławce przed moim blokiem. Pewnego dnia siedzieliśmy, w samym słońcu, przy grupce bawiących się na trzepaku dzieci. Przeżywałem właśnie jedną z moich artystycznych wizji. Mój ołówek płonął pod naporem mojej dłoni. Eryk obserwował bawiące się dzieciaki. –Ej.... Myślisz, że też tak byśmy mogli?- zapytał wskazując na dziewczynkę, która zrobiła sobie na trzepaku huśtawkę ze sznurka. –Ja tak nie umiem.- mruknąłem nie odrywając oczu od kartki. –A ja spróbuję.- wstał. –Mogę spróbować?- zapytał rudowłosą wskazując na jej huśtawkę. Przytaknęła wesoło. Stanął na metalowej rurce i odpowiednio skracając sznurek przełożył przez niego głowę. –Wiktor! Puścić się?- zapytał z triumfem przyglądając się przerażonym, dziecięcym twarzom, choć sam był niewiele starszy. –No. Będę miał święty spokój.- prychnąłem. Wiedziałem, że tego nie zrobi. Uśmiechnął się delikatnie. Zwrócił zapłakanej dziewczynce sznurek i usiadł obok mnie. –Gdybyś chociaż mówił poważnie…- zaśmiał się. Nigdy nie byłem bardziej poważny.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;br /&gt;Zauważając naszą bezcelową&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &amp;nbsp;egzystencję ojciec Eryka przekazał nam tajemną sztukę składania samolotów i statków z papieru. Od tamtego dnia, każdego wieczoru, gdy jeszcze było na tyle jasno, ze rodzice nie mieli pretensji, braliśmy zeszyt a3 w kratkę, siadaliśmy nad rzeką blisko domu Eryka i wodowaliśmy nasze ogromne tankowce, podpisując je koślawie świecową kredką. Śledziliśmy drogę naszych statków ku przeznaczeniu. A wszystkie kończyły marnie w odmętach wodospadu. Fakt iż ów wodospad miał z pół metra, nie robił nam różnicy. Destrukcja to destrukcja, nawet w tak marnej postaci. A potem nadszedł wrzesień. Czas powrotu do szkoły, nudnych lekcji i bezmózgich uczniów. Czwarta klasa.&lt;br /&gt;Co za żal.&lt;br /&gt;Dość szybko jednak znaleźliśmy coś na czym mogliśmy się wyładować. Piętro niżej&amp;nbsp; mieszkał zrzędliwy emeryt, który odkąd zmarła mu żona, stal się wkurwiającym obiektem zemst i złorzeczeń całego osiedla. Nienawidziłem tego starucha. Szczerze życzyłem mu śmierci. Może za mało tego pragnąłem, może spieprzyli to na górze… W każdym razie zamiast tego dupka zdechł jego kundel. &lt;br /&gt;Trudno…&lt;br /&gt;I takie rzeczy się zdarzają. Dobre&amp;nbsp; i tyle.&amp;nbsp; Dzień po jego śmierci przyszedł Eryk. Wychodząc z nim z domu spotkaliśmy tego łysego durnia. Był zasępiony i przygnębiony. Eryk podszedł do niego i uśmiechnął się szeroko. –Ojej… Zdechł panu piesek?- zapytał. I te jego oczy bez wyrazu, które największego twardziela przyprawiały o atak paniki. Mimo iż miał 10 lat. Parsknąłem śmiechem. Byliśmy siebie warci. Jedno gorsze od drugiego. &lt;br /&gt;Wybiegliśmy szybko na dwór. Cztery dni później znaleźli go martwego w salonie. Nie mógł znieść samotności, więc popełnił samobójstwo. Może jednak moje życzenie się spełniło?&lt;br /&gt;Czy mieliśmy wyrzuty sumienia?&lt;br /&gt;Skąd… Należało się staremu dziadowi. I wszystkim sąsiadom ulżyło. Eryk opisał to w swoim wierszu, który zdążyłem zgubić przez te kilka lat. &lt;br /&gt;W październiku przez przypadek odkryliśmy bibliotekę. Wpadliśmy w pierwsze lepsze drzwi chroniąc się przed deszczem. Naszym oczom ukazał się świat, idealny świat przepełniony kurzem, literami i wspomnieniami wypalonymi niewidzialnymi śladami opuszków palców, które kiedyś przewracały te strony. Chłonęliśmy atmosferę słów każdym odkrytym kawałkiem skóry, każdą częścią ciała, każdą cebulką włosa.&amp;nbsp; Tyle razy przechodziliśmy obok tego miejsca, nie wiedząc o jego istnieniu, mimo iż wielki, biały napis można było odczytać z odległości 20 metrów. Od tamtego momentu pokochaliśmy deszcz. Chodziliśmy tam tak często jak tylko mogliśmy. Zrywaliśmy się wcześniej z lekcji, żeby zajść tam choć na chwilę. Utonęliśmy w fascynacji książek. Eryk pisał zawzięcie swoje historie, nowe, ulepszone, pod wpływem nowych opowiadań, a ja rysowałem co raz to nowe ilustracje. &lt;br /&gt;Nasze zauroczenie trwało do klasy piątej. Aż nadszedł grudzień. Czas świąt i rodzinnej atmosfery, którą spędzałem sam, zamknięty w pokoju, w towarzystwie słodkiej Nancy. Boże Narodzenie to w oczach dziecka przede wszystkim tylko prezenty. Więc i ja, wciąż nękany bolesnymi wspomnieniami z czasów dzieciństwa, czekałem tylko na ów podarki. W tym roku dostałem prezent dość duży. Wielkie pudło, ciężkie. Rozpakowałem je ostrożnie, czule, a gdy zsunąłem delikatnie kolorowy, aksamitny papier w pokoju rozbłysło światło objawienia.&lt;br /&gt;Dostałem Xboxa.&amp;nbsp; &lt;br /&gt;Jak się później okazało, Eryk również. Skończyły się wypady do biblioteki. Teraz obydwoje umieraliśmy przed telewizorem nabijając milion kombosów i brutal fatalitów na&amp;nbsp; nieistniejących wrogach, zdobywając nowe levele, odkrywając nowe epizody. &lt;br /&gt;Rodzice zepsuli nam życie do końca. &lt;br /&gt;O ile to w ogóle możliwe, zgorszyliśmy się jeszcze bardziej. Za oknem padał śnieg. Dzieci lepiły bałwany i zjeżdżały na sankach. Chodziły na lodowisko, jeździć na łyżwach… A my gniliśmy przy grach.&amp;nbsp; Jedyną okazją zaczerpnięcia świeżego powietrza było dla nas przejście z mojego domu do domu Eryka, bądź odwrotnie. Stworzyliśmy sobie świat pełen przemocy i krwi, z którego agresja wylewała się brzegami. &lt;br /&gt;Nawet sylwester spędziliśmy razem przy grach. Rodzice Eryka jak zwykle gdzieś wyszli, więc mieliśmy całą noc na nasze zatracanie. Ale z jakiegoś dziwnego powodu o godzinie 22:15… nie było prądu. –Kurwaa!!- wrzasnął Eryk, którego 3 godziny starania wbicia się na 31 level poszły sypać się na zawsze. –Niee!!- bił pięściami w pada. –Nienawidzę was!!&lt;br /&gt;-Kogo?- zapytałem, ciesząc się iż to nie ja akurat grałem. –Wszystkich!!- furia uzależnionego od gier jest furią konkretną, więc wyszedłem do łazienki. Wpełzłem jakoś na górę po schodach odprowadzany wrzaskami Eryka. Było tak koszmarnie... Koszmarnie ciemno... szedłem na oślep macając powietrze rękami. Oczywiście z moją gracją wpadłem na jedną z małych szafek w przedpokoju. Upadłem, doniczka z kwiatem spadła mi na głowę i w ogóle... Zakląłem cicho. Eryk wbiegł ze świeczką na górę. I jak to zazwyczaj bywało, zamiast pomóc mi wstać, wybuchł dzikim śmiechem. Podniosłem się na rękach i rzuciłem go kawałkiem kwiatu. Ucichł. Obraził się i odszedł. –Nienawidzę cię!- krzyknąłem za nim. –też cię kocham.- zawołał. Boże… ile bym dał za możność uderzenia go... Ale byłem zbyt leniwy i w dodatku nic nie widziałem przez te ciemności. &lt;br /&gt;Prąd powrócił około 1:30. nie spaliśmy. Leżeliśmy gapiąc się na płomienie świec. Właściwie milcząc, bo nie było już o czym rozmawiać. Gniew Eryka zelżał trochę, więc nie był już taki nieznośny jak kilka godzin wcześniej. Ale i tak miałem ochotę wydłubać mu oczy. Albo może odciąć ręce? Bo wtedy nie mógł by grać. Bez oczu to jakoś by mu sam słuch wystarczył... kiedy usłyszeliśmy charakterystyczny dźwięk uruchamianych sprzętów, otworzyliśmy oczy&amp;nbsp; nieprzyzwyczajone do światła, które oślepiło nas na chwilę, jaśniejsze i jaskrawsze od światła świec. Nie mieliśmy ochoty grać. Eryk pewnie nie włączy tej gry już do końca wszechświata, a ja.. Ja czułem się zbyt dobrze na tym tapczanie. Więc leżeliśmy dalej. &lt;br /&gt;Za oknem znów zaczął padać śnieg. Wtedy były jeszcze prawdziwe zimy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-5573555489596498326?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/5573555489596498326/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-2.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/5573555489596498326'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/5573555489596498326'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/10/rozdzia-2.html' title='Rozdział 2'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2535128069770368636.post-3798426809547284520</id><published>2010-09-30T14:26:00.000-07:00</published><updated>2010-09-30T14:49:57.609-07:00</updated><title type='text'>....</title><content type='html'>Jako, że nie lubię tytułów, tego posta zacznę od wielokropka...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Założyłam tego bloga, gdyż zostałam bardzo rozczarowana przez pewien portal i stwierdziłam, że nie chcę już umieszczać na nim przygód mojego bohatera - Wiktora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że jego historia przypadnie Wam do gustu i go polubicie tak samo bardzo jak i ja &amp;gt;////&amp;lt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozdrawiam! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DensuNoBaka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdział 1&lt;br /&gt;„Czyli o tym co wpłynęło na moje zachowanie.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sens życia straciłem w wieku 4 lat, gdy nakryłem ojca przebierającego się za świętego Mikołaja.&amp;nbsp; Tamtego dnia umarłem jako dziecko, a odrodziłem się jako egoistyczny pesymista płonący nienawiścią do świata. Emanującym obrzydzeniem, od którego stroniły nawet owady. Przed ludźmi chroniła mnie bariera niechęci. Snułem życie w samotności, powolnie, nie spiesząc się. Przywykłem do ludzkiej ignorancji. Ludzie do mojej obojętności. Byłem sam bo chciałem być sam.… I było mi z tym dobrze.&amp;nbsp; A jedyną miłością jaką czułem była miłość do samego siebie. Dzieciństwo miałem urocze. Słodkie do obrzydzenia. Miałem co chciałem, nie dziękując nawet. Nie dzieląc się z nikim. Rozpieszczony. Nienawidzący. Tam tam taram… Moja matka wychowała potwora.&lt;br /&gt;W wieku 6 lat zabiłem chomika. Choć nie byłem wtedy tego świadom. Ja po prostu chciałem nauczyć go latać. Chciałem by poczuł się lepiej. Chciałem spełnić jego najskrytsze marzenie.. Chciałem by był szczęśliwy.… Bo ja nigdy nie byłem. Próbowałem wzbudzić w nim uczucie, którego ja nigdy nie zaznałem, bo chciałem się dowartościować.&amp;nbsp; Ale… Czy chomik może być szczęśliwy? &lt;br /&gt;Im bardziej się nad tym zastanawiam tym mam większe wątpliwości. Ale wtedy pochłonięty byłem spełnianiem jego marzeń, więc w mojej głowie nie było miejsca na zbędne myśli. Hym… Czy kiedykolwiek byłem tak zaskoczony, jak wtedy gdy zauważyłem iż chomik miast wzbijać się ku niebu, spada na same dno piekielne betonowego osiedla?&amp;nbsp; &lt;br /&gt;Chyba nie... &lt;br /&gt;Obserwowałem jego spełniający się sen stojąc na palcach przy balustradzie. W głowie słyszałem szybkie bicie jego malutkiego serduszka. Pęd wiatru rozwiewał jego kolorową sierść. Wydawał się być taki sztywny... A potem… Tak nagle jego sen się skończył. Na 3 piętrze słychać było chrupnięcie jego malutkich kosteczek. Z wysoka widziałem małą czerwoną plamkę na szarym chodniku. Mimo to łudziłem się iż ta mała czerwona plamka pozbiera się i przybiegnie przepełniona szczęściem z powrotem do swojego pana....&lt;br /&gt;Nie przybiegła. &lt;br /&gt;Dostałem więc nowego chomika. Rodzice próbowali wmówić mi, że to ten sam.... Lecz miałem już 6 lat. Zdołałem wyśmiać ich naiwność. &lt;br /&gt;W przedszkolu zabierałem dzieciom cukierki. Uwazałem, ze jeśli ja na nie nie zasluguję, to nikt ich nie dostanie. A nie zasługiwałem. Byłem niegrzeczny? Przedszkolanki uważały, ze tak… Choć ja tylko próbowałem nikomu nie wchodzić w drogę. –Ach Wikuś! Widziałeś jaki ładny motylek?- zapytała slodziutka Amelka. –Gardzę nimi…- rzekłem depcząc go butem. I wpadła w histerię. Od tamtej pory… Przestałem zasługiwać na słodycze. Mimo wszytsko, dla matki wciąż byłem słodkim aniołkiem. Broniła mnie zawsze. Była aż tak ślepa? W każdym razie cokolwiek bym zrobił i tak byłbym niewinny. Rodzina uważała, że zepsuło mnie otoczenie. A przecież to mój własny ojciec zrujnował moje marzenia. Miałem 6 lat, a ludzie już zaczęli mnie nienawidzić. Przedszkole było dla mnie niczym więzienie. Kazali mi się bawić, a ja odmawiałem, bo brzydziłem się piskiem rówieśników. Dlatego raczej ode mnie stronili zostawiajac mnie w spokoju. I lepiej dla nich. Choć byli i tacy , którzy chcieli się ze mną zaprzyjaźnić. Może kazała im pani... Może z litości... Choć takie dzieci nie wiedzą jeszcze co to litość. Bądź co bądź owa przyjaźń nie trwała dłużej niż 60 sekund. Jak np. z Amelką. Zazwyczaj ich ignorowałem. Ukrywałem się między krzakiem a drzewem, siadając na małym kamieniu, gdzie tylko słońce i deszcz mogły mnie dotknąć. Zajęty tam byłem rozmyślaniem o niesprawiedliwości życia i rysowaniem… Lubiłem rysować. Dziwne płody mojego chorego umysłu spływały na kartkę nęcone moją dłonią. A kiedy chciałem umrzeć, rysowałem swoją śmierć. Ginąłem na różne sposoby: przejeżdżała mnie ciężarówka, wpadałem pod pociąg, topiłem się, pożerał mnie rekin, deptał koń, rozszadzał dynamit, podpalała wiewiórka, szatkował helikopter.... I tak dalej, i tak dalej na ile pozwalała mi dziecięca wyobraźnia. Niestety przez moje roztargnienie zostawiłem raz rysunki na ławce i zobaczyła je pani. Przez pół roku chodziłem do psychologa. Mężczyzna był tak cholernie spokojny, szczęsliwy i milutki, że wszytskie moje sposoby samozniszczenia przeniosłem na niego. Najzabawniejsza jednak była ankieta wstępna. Pytanie 1: czego się boisz? Napisalem: niczego. Pytanie 2: Co lubisz robić najbardziej?&amp;nbsp; Napisałem: umierać. Pytanie 6: Co czujesz do swoich rodziców? Napisałem: nienawiść. &lt;br /&gt;Odpowiedzi dla mnie oczywiste i normalne sprawiły, że zostałem skierowany do dzicięcego psychiatry i dostałem leki antydepresyjne... których nie brałem. W końcu jednak przestalem tam chodzić. Powiedziałem matce, że to psychiatra mnie przeraża. Byłem jej ukochanym synkiem. Lekarz dostał grzywne. Dni spędzałem czytając, rysując lub wyglądając przez okno. Podziwialem dzieci w moim wieku lub młodsze uganiające się za piłkami, spocone, zmęczone… pałające do siebie miłością nieposkromioną. &lt;br /&gt;Rzygałem. &lt;br /&gt;Sam na dwór wychodziłem tylko wtedy, gdy matka to na mnie wymuszała. Lub kazała iść do sklepu. Siedziałem wtedy na ławce ze słuchawkami na uszach, rozpływając się w brutal death metalu, który ukradłem kuzynowi z szuflady na urodzinach cioci. Miałem 6 lat. Zapragnąłem grać na gitarze, założyć zespół i drzeć mordę do mikrofonu wyzywając cały świat i niesprawiedliwość życia. Znalazłem upust swym destrukcyjnym myślom. Pod choinkę więc dostałem gitarę elektryczną. Moją małą dziewczynkę. Jedyną kobietę, którą zdołałem pokochać. Była piękna. Nęcąca krwiście czerwonym, połyskującym lakierem, smukłą talią, srebrem strun. Pierwszy miesiąc bałem się jej dotknąć. Przerażało mnie jej brutalne szarpanie.&amp;nbsp; Ale potem przyjechał mój dorosły kuzyn, zobaczył pudełko po swojej kasecie na moim biurku i uśmiechając się zaczął grać.&amp;nbsp;&amp;nbsp; Był moim autorytetem, do którego nigdy nie chciałem się przyznać.&amp;nbsp; I wciąż tego nie robię. Uczył mnie grać. Pokazywał chwyty i&amp;nbsp; piosenki. Uczył stroić a nawet odpowiednio dotykać gitarę. A gdy już zacząłem płonąć do niego szacunkiem i uwielbieniem, który kosztował wiele moją dumę, zabił się jadąc na motorze, a moja nadzieja na odrobinę szczęśliwych dni runęła na pysk roztrzaskując sobie głowę. &lt;br /&gt;Zacząłem zaniedbywać ukochaną.... Palce mi zesztywniały. I w dodatku rozpocząłem prawdziwą, poważną naukę w pierwszej klasie. W styczniu skończyłem 8 lat.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2535128069770368636-3798426809547284520?l=zycie-z-wiktorem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/feeds/3798426809547284520/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/09/blog-post.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3798426809547284520'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2535128069770368636/posts/default/3798426809547284520'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zycie-z-wiktorem.blogspot.com/2010/09/blog-post.html' title='....'/><author><name>DensuNoBaka</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17865254438646489084</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/-8SpKHxqK_U8/Ti84Th6tmVI/AAAAAAAAAB8/MJeHU2fyk8E/s220/IMAG0128b%2526w.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
